Plan budowy europejskiej armii powraca jak bumerang po 10 latach przerwy. Przed laty wspominała o tym kanclerz Angela Merkel, a teraz z podobnym pomysłem wystąpił wysoki unijny urzędnik, odpowiadający za sprawy obronne.

Europejska armia wraca do łask

W ocenie komisarza Andriusa Kubiliusa, rosyjska agresja na Ukrainę oraz odwracanie się USA od Europy spowodowały, iż Stary Kontynent powinien na nowo zdefiniować sposób samodzielnej obrony. Jak informuje Politico, komisarz ds. obrony swój pomysł wyłuszczył podczas zorganizowanej w Szwecji konferencji bezpieczeństwa. Oparł go na doświadczenia Stanów Zjednoczonych, które nie posiadałaby tak silnego wojska „gdyby miały 50 armii na szczeblu stanowym zamiast jednej armii federalnej”.

- Musimy zacząć inwestować nasze pieniądze w taki sposób, abyśmy mogli walczyć jako Europa, a nie tylko jako zbiór 27 narodowych <armii bonsai>. Europa mogłaby zamiast tego stworzyć potężne, stałe europejskie siły zbrojne, liczące 100 000 żołnierzy – cytuje komisarza Politico.

Jego pomysł zakłada też powołanie do życia Europejskiej Rady Bezpieczeństwa, w której skład wchodziłoby od 10 do 12 członków stałych i kilku rotacyjnych. To oni mieliby zajmować się omawianiem najważniejszych kwestii obronnych i podejmować konkretne decyzje. Pomysł, choć nie nowy, powrócił w chwili, gdy europejskie państwa borykają się z dwoma poważnymi, wojskowymi problemami. Z jednej strony starają się skompletować odpowiednio mocne siły, które UE mogłaby wysłać na Ukrainę w charakterze wojsk pokojowych, już po ogłoszeniu zawieszenia broni. Z drugiej pojawia się Grenlandia i coraz donośniejsze głosy, by państwa europejskie wysłały tam swe wojska w odpowiedzi na terytorialne apetyty Donalda Trumpa.

Wojsko Polskie zostaje nad Wisłą

Nad Wisłą zapowiedź stworzenia wspólnych, europejskich wojsk nie wywołała przesadnego entuzjazmu. Jak wyjaśnia w rozmowie z DGP poseł Andrzej Grzyb, szef sejmowej komisji obrony narodowej, Europa już zrobiła poważny krok w kierunku wzmocnienia swych zdolności obronnych, zaczynając zbrojenia i uruchamiając podczas polskiej prezydencji w UE program SAFE, wart 150 mld euro. Na budowę alternatywnych wobec NATO struktur obronnych patrzy z daleko posuniętą rezerwą.

- My powinniśmy, niezależnie od tego, jakie są różnego rodzaju okoliczności polityczne, uznawać, że podstawową formacją jest Pakt Północnoatlantycki, w którym zdolności wojskowe państw członkowskich, które są jednocześnie członkami UE, powinny zostać zwiększone – mówi przewodniczący Grzyb.

Niechętnie patrzy też na pomysł powołania do życia Europejskiej Rady Bezpieczeństwa. Uważa bowiem, iż w UE jest wystarczająco wiele różnych form i płaszczyzn współpracy, by już dziś omawiać i ustalać najważniejsze kwestie.

- Uważam, że wygłaszanie w tej chwili poglądów, które by wskazywały na budowanie jakichś alternatywnych wobec NATO scenariuszy nie jest uprawnione. Myślę, że to jest taka trochę nerwowa reakcja, związana z wypowiedziami niektórych polityków odnośnie Grenlandii. Traktowałbym wypowiedź komisarza Kubiliusa, którego szanuję za przygotowanie Białej Księgi i rozwiązań, które związane są z wdrożeniem programu SAFE i EDiP jako głos w dyskusji, który ma być wyrazisty. Ale nie spodziewam się sukcesu. Na pewno z polskiej strony nie będziemy kwestionowali dotychczasowej linii, że paktem obronnym dla Polski jest NATO – podsumowuje szef komisji obrony.

Słaba współpraca europejskich armii

Według komisarza Kubiliusa, europejska armia miałaby stać się organizmem bardziej sprawnym, aniżeli działające razem połączone siły różnych państw NATO. I akurat w tej kwestii nie można odmówić mu racji, co potwierdza generał Roman Polko, były dowódca jednostki GROM. Przez lata działając w terenie zarówno z Europejczykami, jak i Amerykanami, wyrobił sobie na ten temat dość jasne zdanie.

- Rzeczywiście armie europejskie nie potrafią ze sobą współdziałać. I to nie jest tylko kwestia liczebności, sprzętu, uzbrojenia, bo jakby to razem poskładać, to to wszystko mamy. Mimo tego, że działamy w ramach tych samych procedur NATO, to interoperacyjność, zamienności funkcji nie działa. Ja to przeżyłem osobiście i zupełnie inaczej to wygląda, kiedy działa się z Amerykanami – wyjaśnia generał Polko.

Przytacza przykłady z operacji w Kosowie i Afganistanie. Gdy przyszło mu współpracować z Amerykanami, nie musiał martwić się o dostępność sprzętu, bowiem z tego mogli korzystać wszyscy, wykonujący wspólne operacje. Wojsko działało wówczas jak jedna pięść. Kiedy zaś do współpracy zabierały się kontyngenty poszczególnych państw, zaczynały się problemy.

- Przykładem jest to, że tak naprawdę my nie mieliśmy nawet wspólnej strategii na Afganistan i kontyngent każdego kraju rządził się własnymi prawami. Największym przekleństwem były ograniczenia narodowe. Owszem, działaliśmy razem, ale jeden kraj nie mógł działać w jakimś miejscu, inny nie mógł w nocy. To rozbijało system dowodzenia - wspomina generał.

Generał Polko: kolejne stanowiska dla biurokratów

Wymienione przez generała wady nie oznaczają jednak, iż jest on entuzjastą rozwiązania zaproponowanego przez komisarza Kubiliusa. Uważa, iż budowanie strategicznej autonomii Europy nie może odbywać się obok struktur NATO.

- Europa powinna działać w ramach struktur NATO. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że tworzenie czegoś nowego to tylko kolejne stanowiska dla biurokratów. Zamiast konsolidować się w ramach tych dowództw, które są, to on chce budoaćą struktury obok – mówi wojskowy.

Sam pomysł stworzenia europejskiej armii liczącej 100 tysięcy żołnierzy uważa za zwykły chwyt propagandowy, który nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością. Tę widać na Ukrainie, która dziś posiada armię liczącą ok 880 tys. osób.

- Ukraina ma 880 tysięcy wojska, a my mówimy o 100 tysiącach. Nie chodzi o to, ilu my tu i teraz wystawimy żołnierzy, ale jak to systemowo rozstrzygniemy, że na wypadek konkretnego zagrożenia będziemy w stanie, jako Europa, wytworzyć armię liczącą milion żołnierzy – mówi generał Polko.