283 zabitych górników - to najnowszy bilans wtorkowej katastrofy w kopalni w tureckiej Somie. Ratownicy wciąż próbują dotrzeć do uwięzionych pod ziemią, po tym jak w kopalni wybuchł transformator. Szanse na odnalezienie żywych osób są jednak niewielkie. Tymczasem w całym kraju rośnie wściekłość wobec władz, które oskarża się o zaniedbania i przymykanie oka na nieprawidłowości w systemie zabezpieczeń kopalni.
Przed siedzibą kopalni w Somie setki osób czekają na wieści o zasypanych górnikach. W mieście zorganizowano już także pierwsze pogrzeby tych, którzy zginęli w katastrofie. „Ten mężczyzna miał dwoje dzieci. Jego żona jest zrozpaczona. Życie całej rodziny legło w gruzach” - mówi jedna z mieszkanek Somy.
Na miejsce przyjechał także prezydent Turcji Abdullah Gul. „Powinniśmy sprawdzić wszystkie nasze przepisy i zastosować wszelkie możliwe środki bezpieczeństwa” - mówił. Prezydent złożył także kondolencje rodzinom ofiar. Tymczasem w kraju wybuchła wściekłość wobec rządu, który miał zlekceważyć kwestie zasad bezpieczeństwa. Gniew Turków wywołało także zdjęcie z wizyty premiera w Somie, na którym widać, jak jeden z doradców Recepa Erdogana kopie jednego z leżących demonstrantów.
Tureckie związki zawodowe przeprowadziły jednodniowy strajk, a w kilkunastu miastach w kraju doszło do starć policji z demonstrantami. W Izmirze policja użyła armatek i gazów łzawiących.
Kopalnia w Somie została sprywatyzowana 9 lat temu. Krytycy oskarżają rząd, że nie odpowiedział na wcześniejsze apele o sprawdzenie warunków, panujących w kopalni. Władze spółki argumentują tymczasem, że zaledwie w marcu inspektorzy sprawdzili kopalnię i nie dopatrzyli się uchybień.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu