Zdaniem Konarskiego debata była zorganizowana po to, by to premier odniósł z niej korzyść.
"Z drugiej strony nie było mu (premierowi - PAP) tak łatwo dlatego, że goście którzy znaleźli się wraz z nim w tym miejscu nie ułatwili mu wyłożenia jego racji i byli dość dobrze do tej rozmowy przygotowani" - ocenił w rozmowie z PAP.
Konarski uważa, że ciekawszą w przebiegu byłaby debata z udziałem Solidarności i OPZZ.
Jego zdaniem premier jest "przebiegłym graczem politycznym" i prawdopodobnie kierował się zasadą "dziel i rządź".
"Gdyby doszło do spotkania premiera ze wszystkimi czterema związkami zawodowymi i gdyby zaznaczały się między związkowcami różnice zdań, szef rządu najprawdopodobniej chciałby odegrać rolę mediatora" - uważa politolog.
Jak dodał, premier powinien był powstrzymać się podczas debaty od ocen i komentarzy, a jedynie odpowiadać na pytania.
"Premier stosuje manierę, która staje się irytująca, a mianowicie lubi oceniać, używając słów, że ktoś sprostał debacie, argumentom albo nie. To jest niepotrzebne" - powiedział Konarski.
Jak mówił debata odbyła się dlatego, że istnieją poważne różnice zdań między światem związkowców a światem rządzących i w takiej sytuacji szef rządu nie powinien stawiać "kropki nad i", ale odpowiadać na pytania albo przedstawiać wizje dla stoczni.