PiS obstaje przy majowym terminie wyborów prezydenckich, a co najwyżej ich przesunięciu o tydzień później. Wczoraj z tego powodu do dymisji podał się wicepremier Jarosław Gowin. Ale dalej w grze jest także wariant przesunięcia głosowania na drodze wprowadzenia stanu klęski żywiołowej.
Reklama
Premier Mateusz Morawiecki przyznał wczoraj w Sejmie, że szczyt zachorowań na koronawirusa jest dopiero przed nami – może już w kwietniu, a może w maju lub czerwcu. Załóżmy więc, że rząd decyduje się na wprowadzenie stanu klęski żywiołowej. To może być początek serii konfliktów o szczegóły. Ale zanim wejdziemy w ten scenariusz, wiele kwestii warto wyjaśnić.
Pierwsza dotyczy długości stanu klęski. Od tego bowiem zależy przecież, kiedy wypadnie dzień głosowania. Stan klęski to maksymalnie 30 dni (przez 90 dni po nim nie można organizować wyborów) z opcją przedłużenia go przez Sejm. Jednak w debacie pojawiają się pomysły, by wprowadzić go na symboliczny jeden dzień. To daje spory potencjał dla politycznych kłótni. Tym bardziej że rząd i opozycja mają tu zupełnie przeciwstawne agendy.
Kolejne pole sporu to odpowiedź na pytanie, czy przesunięcie wyborów będzie skutkować resetem przygotowań, czy tylko zamrożeniem kalendarza wyborczego. Pojawiały się już opinie, że jeśli zostanie wprowadzony stan klęski, to po jego ustaniu kampania rusza od zera. Marszałek Sejmu ogłasza nowy termin głosowania, rusza od nowa rejestracja kandydatów i zbieranie podpisów. Ale Krajowe Biuro Wyborcze, a także konstytucjonalista dr hab. Ryszard Piotrowski uważają, że wprowadzenie stanu nadzwyczajnego jedynie zamraża kampanię na danym etapie. Czyli po jego ustaniu nie powtarza się czynności, które się już odbyły. W tym wariancie kandydatów nie można by było zmienić, jeśli kampania ruszy ponownie.

Reklama
Jak by to wyglądało w praktyce? Załóżmy, że rząd wprowadza stan klęski żywiołowej 10 kwietnia. Według wyliczeń Ryszarda Piotrowskiego dopiero po 150 dniach mogłyby się odbyć wybory. Skąd 150 dni? 30 dni stanu klęski, 90 dni potem, w czasie których nie mogą odbyć się wybory, plus czas kampanii, który przepadł.
Dwie instytucje mają tu inicjatywę – marszałek Sejmu, który wyznaczy nowy termin wyborów, oraz Państwowa Komisja Wyborcza, której zdanie co do dalszych losów kalendarza wyborczego będzie istotne. Jedno jest pewne – bez rozstrzygnięcia, czy proces wyborczy się zeruje, czy tylko zamraża, nie powinna zostać podjęta decyzja o przesunięciu wyborów.
Ale idźmy dalej. Załóżmy, że wybór padnie na scenariusz odmrożenia, który nie jest nigdzie opisany. Rozstrzygnąć trzeba będzie, w którym momencie kalendarz wyborczy ulegnie odmrożeniu. Wedle interpretacji Piotrowskiego dopiero po 90. dniu od ustania stanu klęski. Ale już KBW przychyla się do stanowiska, że kampania może zacząć się w trakcie 90 dni od stanu wyjątkowego, a tylko same wybory powinny się odbyć najwcześniej 91. dnia po ustaniu stanu klęski.
Między interpretacją KBW a konstytucjonalisty jest spora różnica w terminach. Trzymając się przykładu 10 kwietnia jako początku stanu klęski, zgodnie z różnymi opiniami – wybory mogłyby się odbyć albo po 121 dniach, albo po około 150. Czyli albo na początku sierpnia, albo września.
Pytanie też, co z ciągłością kadencji Andrzeja Dudy, która kończy się w sierpniu? Zgodnie z konstytucją w przypadku wprowadzenia stanu nadzwyczajnego kadencja prezydenta ulega „odpowiedniemu przedłużeniu”. Byliśmy już nieraz świadkami, że pewne sformułowania z konstytucji mogą być różnie rozumiane. I tak może być w tym przypadku. W standardowej sytuacji wybory odbywają się przed upływem kadencji urzędującej głowy państwa, a ewentualny następca czeka na przejęcie stanowiska. Teraz sytuacja może być odwrotna – to prezydent Duda może być w sytuacji, w której będzie oczekiwał ewentualnego następcy. Pytanie więc, który moment (w przypadku wyborów np. w drugiej połowie sierpnia) będzie właściwy dla przejęcia urzędu – czy nastąpi to np. po oficjalnym zatwierdzeniu wyników przez PKW, czy dopiero po stwierdzeniu ważności wyborów przez Sąd Najwyższy?
Mapa politycznych interesów pokazuje, że w pewnych sprawach linie podziału biegną między opozycją a PiS, w innych idą w poprzek całej sceny politycznej. W głównej kwestii terminu wyborów różnica interesów jest oczywista. Dla PiS im szybciej będą wybory, tym lepiej, gdyż partia obawia się negatywnych ekonomicznych skutków epidemii. Krytycznym punktem dla PiS jest koniec lata. Potem obecnemu prezydentowi może być bardzo trudno wygrać. Z kolei interesy opozycji są przeciwne. Odłożenie wyborów na jesień czy wiosnę przyszłego roku wzmacnia szanse jej kandydatów.
Tu jednak pojawia się możliwy podział wewnątrz opozycji dotyczący tego, czy przesunięcie wyborów zamraża proces, czy przerywa. PSL, ale także PiS wolałyby ukończyć kampanię w obecnej stawce. Z kolei PO uważa, że kampania powinna startować od nowa. To nieoficjalne opinie, ale sugerują, że PO chciałaby mieć swobodę działania i zostawić sobie możliwość ewentualnej wymiany kandydata.