Jak Donbas zarabia na broń i luksusy dla swoich władców. Słowacki reporter Tomáš Forró poszedł śladami publikacji DGP o antracycie z Doniecka.
Reklama
Gospodarka wojenna wschodniej Ukrainy jest jak równoległa rzeczywistość wykraczająca poza codzienne operacje bojowe i cierpienia cywilów. Może wpływać na przebieg wojny i odwrotnie, wojna wpływa na nią, ale ostatecznie biznes rządzi się własnymi prawami. Żołnierze, a nawet ich dowódcy, zwykle nie mają nic do dodania. Można codziennie chodzić na linię rozgraniczenia, aby poznać wszystkie kluczowe sektory i ich dowódców po obu stronach frontu, a jednak będzie się pomijać inny, równie ważny aspekt konfliktu.
Nie dotyczy on jednak frontu, ale głębokich tyłów, np. niewinnie wyglądających pociągów pełnych czarnej, błyszczącej skały zwanej antracytem. Pociągi opuszczają okupowane terytoria, by za kilka tygodni pojawić się z fałszywymi papierami w Europie Środkowej lub gdziekolwiek na świecie i opróżnić swój ładunek w lokalnych hutach i fabrykach. Pieniądze, które płacą za to nasze firmy, trafiają na konta wojennych oligarchów i handlarzy bronią, pomagając finansować wojenne szaleństwo na wschodniej Ukrainie. Pociągi odjeżdżają z Donbasu bez przerwy. Dziesiątki każdego dnia.

Życie po życiu

Gorącą jesień 2017 r. spędzam w okupowanym Doniecku. W miejscowej pizzerii Sun City naprzeciw mnie siedzi Serhij, właściciel nielegalnej kopanki, miejscowego odpowiednika biedaszybu, i cierpliwie wyjaśnia szczegóły dostaw wysokoenergetycznego węgla. Udaję, że jestem jego potencjalnym klientem, a on obiecuje, że wyśle mi na próbę kilkaset ton antracytu w niskiej cenie 120 dol. za tonę, o jakiej inni klienci mogą tylko pomarzyć. Za dwa tygodnie mogę odebrać dostawę na białorusko-polskim przejściu granicznym w Brześciu. Pociąg będzie wyglądał niewinnie – chociaż antracyt został wydobyty w kopance na Donbasie, towarzysząca mu dokumentacja będzie wystawiona na jedną z legalnych kopalń z Rosji.
Serhij i podobni mu ludzie nie muszą się martwić koncesjami ani bhp. Mając mapę geologiczną lub płacąc pracownikowi jednej z legalnych kopalń, znajduje się odpowiednie miejsce gdzieś w okolicy oficjalnej kopalni i po prostu zaczyna kopać. Czasami wystarczą prymitywne narzędzia, dziura w ziemi i stary silnik z wyciągarką, by wydobywać surowiec. DGP opisywał już kopankę o średnicy setek metrów z profesjonalnym ciężkim sprzętem i logistyką.
Donbascy górnicy cieszą się, gdy uda im się zarobić 150 dol.
Biznesowe rokowania z Serhijem od początku były skazane na porażkę. Moje mieszkanie na Słowacji jest centralnie ogrzewane. Nasza rozmowa dostarczyła jednak ważnych informacji: przemysł węglowy bez problemów przetrwał wojnę, ukraińską blokadę handlową i nacjonalizację kopalń. Pociągi z Donbasu omijają strefę wojny przez Rosję, gdzie dokumentacja jest fałszowana, a na jednej ze stacji wydawane są nowe dokumenty. Towar przemieszcza się następnie na północny zachód i przekracza granicę Białorusi z UE.
Serhij co miesiąc wysyła tam węgiel w małych ilościach 2–3 tys. ton. Jego stałymi klientami są polskie i czeskie firmy. Zapytany o kondycję branży w kontekście blokady i sankcji nałożonych na separatystów ciężko wzdycha. Wcześniej co roku kupował nowy luksusowy samochód. Od czasu blokady nie kupił ani jednego. Zostały mu tylko trzy białe mercedesy. Jak widać, jego sytuacja jest nie do pozazdroszczenia.
Serhij jeszcze nie wie, że za kilka miesięcy przybędzie mu problemów. W marcu 2018 r. tajemniczy biznesmen Serhij Kurczenko przejął kontrolę nad koleją między Donbasem a rosyjską granicą, a jego pociągi nie chcą przewozić kontrabandy węglowej od nieoficjalnych producentów, jak nasz doniecki rozmówca. Po kilku tygodniach bez eksportu mali producenci będą musieli zacząć płacić Kurczence 300 rubli (18 zł) za każdą tonę przewiezionego węgla. Ruch pociągów zostanie wznowiony.

Kraj cichego węgla

Dwa lata później, w kwietniu 2019 r., w Doniecku o węglu się już nie mówi. Serhij tym razem nie chce się spotkać. Ludzie, którzy byli gotowi zabrać mnie nawet na linię frontu lub miejsca często ostrzeliwane, odmawiają pomocy. W Doniecku, jednym z największych centrów węglowych świata, temat stał się tabu. Nawet niewinne oznaki zainteresowania są ryzykowne. Kilka moich starych źródeł z wahaniem przyznaje, że kryje się za tym ogromny biznes, ale w neostalinowskiej dyktaturze wojskowej, jaką stała się samozwańcza Doniecka Republika Ludowa, niebezpiecznie jest nawet o tym mówić.
Ze skąpych informacji wynika, że Kurczenko zdążył odnieść niesamowity sukces. Nie tylko zmonopolizował transport kolejowy na okupowanych terytoriach, ale i zalegalizował istnienie kopanek. Większość sprzedaje produkcję bezpośrednio jemu. Ma to swoje zalety i wady: drobni producenci nie muszą się martwić o szukanie rynków zbytu, ale to zarazem oznacza mniejsze zyski. Kurczenko odnosi same korzyści. Ma pełną kontrolę nad eksportem węgla od jego wydobycia do transportu, może dyktować ceny i w razie potrzeby dostarczać więcej towaru jednocześnie.
W Doniecku spotykam górników, którzy jednak niewiele wiedzą o swoich pracodawcach. Jeden z nich pracuje w kopalni w Makiejewce koło Doniecka i wie tyle, że oficjalnie jego miejscem pracy włada na odległość firma z Osetii Płd. To kolejny separatystyczny region, tym razem na terytorium Gruzji. Od czasu wprowadzenia blokady Donbasu praca w kopalni jest nieregularna. Czasem górnicy nie pracują nawet przez kilka tygodni.
Jeden z nich opowiada, że zwykle przez kilka dni siedzi bezczynnie w domu, czekając na telefon od szefa. Dzwonek oznacza, że właściciele otrzymali nowe zamówienie, a górnicy mogą zejść pod ziemię i wydobyć niezbędną ilość węgla. Górnicy z Donbasu kiedyś zarabiali świetnie – często ponad 700 dol. miesięcznie. Sytuacji nie pogorszyła nawet wojna. Teraz, w wyniku blokady, cieszą się, gdy dostaną 150 dol., bo pensji nie wypłaca się często przez wiele miesięcy.
Ich świadectwa są pełne goryczy. Za swoją harówkę na starym sprzęcie i ryzyko śmierci setki metrów pod ziemią nie są w stanie wyżywić rodzin. Pieniądze zarobione przez właścicieli nie służą poprawie warunków życia innych mieszkańców okupowanych terytoriów. Trafiają do kieszeni urzędników i oficerów, a zwłaszcza na konta firm wydmuszek kontrolujących całą działalność gospodarczą DRL. Niegdyś bogaci i uprzywilejowani donieccy górnicy, pod separatystyczną administracją są sfrustrowanymi, żyjącymi z dnia na dzień biedakami.
Niektóre elementy emocjonalnej spowiedzi górników mają ogromną wagę. Potwierdzają informacje, które kilka miesięcy później otrzymam od pracownika czeskiego przemysłu węglowego. Dostawy węgla dla czeskiego przemysłu ciężkiego z ukraińskiego wschodu opisuje jako wysoce wątpliwe transakcje, które w przeciwieństwie do praktyki tego biznesu mają charakter doraźny. Mówi, że czeskie zakłady przetwórstwa węgla zwykle składają zamówienia kilka lat wcześniej, aby zapewnić stabilne dostawy. Ale nie w przypadku węgla z Donbasu. Surowiec wątpliwego pochodzenia pojawia się prawie zawsze w postaci nieregularnych dostaw. Ktoś po cichu dogaduje się z nabywcą z huty i po kilku tygodniach przyjeżdża pociąg z tanim węglem.
Moim ostatnim rozmówcą jest żołnierz armii DRL, który w 2018 r. dostał zadanie ochrony mostu kolejowego na wschód od Doniecka. To obszar pełen kopalń antracytu. Podczas służby spał ze swoimi towarzyszami broni tuż przy torach. – Czy widziałem pociągi z węglem? Człowieku, codziennie szło tędy kilkadziesiąt. Były dni, kiedy baliśmy się przekroczyć tory, bo przejeżdżały co kilka minut – mówi i dodaje, że wagony były tylko częściowo wypełnione węglem. Zawsze zastanawiał się, po co marnować przestrzeń ładunkową.

Okno na świat

Moje próby monitorowania ruchu pociągów węglowych w DRL zakończyły się niepowodzeniem, więc po kilku dniach kontynuuję podróż po rosyjskiej stronie granicy. W pobliskim Rostowie nad Donem wynajmuję najgorszy samochód, jaki znalazłem – roztrzaskaną ładę kalinę ze złamanym lusterkiem. Właściciel samochodu nie chce się zgodzić, ale kiedy daję mu gotówkę, obaj jesteśmy zadowoleni. Ja dostałem samochód, na który patrole nawet nie spojrzą, a on ma pieniądze, którymi nie musi się dzielić z fiskusem.
Odtąd codziennie będę jeździć po granicznych miastach, przez które biegnie linia kolejowa z Doniecka do Rosji. Wagony antracytu znajduję każdego dnia. Stoją na bocznicach w pobliżu dróg. Stojące składy można zobaczyć w sennych miastach kolejowych i pod wiaduktami, na których zatrzymuję się, udając, że samochód się zepsuł. W większych miastach śledzenie jest trudniejsze, bo widok zasłaniają tam ogrodzenia i ekrany akustyczne. Tą linią jeździ nie tylko kontrabanda. Według setek zdjęć i filmów w przeciwnym kierunku armia rosyjska przewozi na linię frontu ciężki sprzęt.
Obecności pociągów z węglem na tej linii nie można wytłumaczyć w żaden inny sposób poza tym, że pochodzi on z Donbasu. Po drodze do portu w Taganrogu nie ma kopalń, fabryk ani rozjazdów, do których miałoby sens sprowadzanie węgla z innych części Rosji. Mimo to mamy dokumenty przewozowe z krajów Europy Środkowej, zgodnie z którymi importowany węgiel ma tutaj stację początkową, którą zwykle jest Gukowo albo Uspienskaja. Obie są w rzeczywistości przejściami granicznymi między Rosją a okupowanym Donbasem. Żadna nie ma infrastruktury ani magazynów do załadunku węgla.
DGP ujawnił też inne dowody, że dokumenty towarzyszące pociągom do naszych krajów są fałszywe. W niektórych transportach zamiast antracytu jedzie koks. To zmodyfikowany produkt węglowy, który po wydobyciu surowca jest przygotowywany w piecu koksowniczym, dzięki czemu zyskuje wyższą wartość opałową, ale także staje się kruchy. Koks może być ponownie załadowany tylko za pomocą specjalnych przenośników taśmowych, w przeciwnym razie zostanie zmiażdżony i zniszczony.
Ani w Gukowie, ani w Uspienskiej takich przenośników nie ma. Aby jeszcze bardziej zmylić potencjalną pogoń, po drodze na Zachód do wagonów dosypuje się czasem surowiec z rosyjskiej Syberii. Po wymieszaniu z donieckim żadne laboratorium nie ustali już, skąd ten antracyt właściwie pochodzi. Żołnierz z Doniecka o tym nie wie. Pozostaje mu się dziwić niedoładowanym wagonom sunącym z DRL w stronę Rosji.
*Tomáš Forró jest słowackim reporterem, specjalizuje się w tematyce konfliktowej. Jest autorem książki „Donbas. Svadobný apartmán v hoteli Vojna”. Donieckie fragmenty reportażu są jego autorstwa. Artykuł, wydłużony o wątki, które opisujemy w DGP od 2017 r., ukazuje się dziś równolegle w słowackim dzienniku „Denník N” i jego czeskiej mutacji „Deník N”