Rysowanie wyborów w sułtanatach, czyli się załatwia dobry wynik Jednej Rosji

Moskwa Rosja Kreml
Moskwa Rosja KremlShutterStock
20 września 2018

Stanisław Andriejczuk, który bada procesy elekcyjne, opowiada DGP, jak się załatwia dobry wynik Jednej Rosji i skąd bierze ona pieniądze na kampanię.

3662941-u7641615stanislaw20andriejczukfot20mat20prasowe-p.jpg
Stanisław Andriejczuk

Sfałszowana druga tura wyborów gubernatora Kraju Nadmorskiego, która miała miejsce w niedzielę, dzisiaj zostanie najpewniej unieważniona. Fałszerstwa były zbyt bezczelne?

Ta historia stała się tematem o znaczeniu federalnym. Cały kraj o niej dyskutuje. To, co się wydarzyło, było tak oczywiste, że nawet zwolennicy władz uznali, że tak nie wolno, a na ulice Władywostoku zaczęli wychodzić ludzie. Władza musiała zareagować. Już szybki wzrost popularności kandydata komunistów, który startował w kontrze do przedstawiciela Jednej Rosji, był potwierdzeniem niezadowolenia w regionie.

Skąd ten bunt? To efekt podwyższenia wieku emerytalnego czy coś więcej?

Minęła fala hurrapatriotyzmu z czasu po aneksji Krymu. Starczyło jej na dwa lata. Już podczas wyborów prezydenckich w marcu 2018 r. się o nim tak dużo nie mówiło. Gdy pierwszego dnia piłkarskich mistrzostw świata rząd ogłosił reformę emerytalną, wywołał falę sprzeciwu. Pojawił się popyt na nowe twarze, na zmianę. W efekcie ludzie głosowali w proteście nawet na nieznanych sobie kandydatów. Jestem zawodowym analitykiem politycznym. 30 lat mieszkałem w Kraju Ałtajskim, a nigdy wcześniej nie słyszałem o kandydacie, który dostał tam 16 proc., choć nie prowadził nawet kampanii wyborczej. Jeśli to niezadowolenie nie znajdzie ujścia, może doprowadzić do wybuchu. Wiele zależy od systemowej i antysystemowej opozycji.

W niedzielę gubernatorów wybiorą mieszkańcy Chakasji, Kraju Chabarowskiego i obw. włodzimierskiego. Historia z Władywostoku będzie miała wpływ na ich przebieg?

Teoretycznie nie powinno dojść do tak otwartego sfałszowania rezultatów. Jeśli szykują się fałszerstwa, to nie będą tak oczywiste.

Odkąd w 2012 r. prezydent Dmitrij Miedwiediew przywrócił powszechne wybory gubernatorów, tylko raz się zdarzyło, że nie wystarczyła jedna tura wyborów. Niespodzianką był już sam fakt, że tym razem w czterech na 22 regiony, w których wybierano gubernatorów, konieczna okazała się druga tura.

To nieoczekiwane wyniki, jeśli wziąć pod uwagę, że minęło raptem pół roku, odkąd Władimir Putin wygrał z dużą przewagą wybory prezydenckie. Co więcej, oponenci władzy nie prowadzili nawet prawdziwej kampanii wyborczej. A mimo to we Włodzimierzu kandydat obozu władzy przegrywa po pierwszej turze 10 pkt proc. W kilku regionach wybierano też lokalne parlamenty. Jedna Rosja otrzymała znacznie niższe poparcie niż zwykle. Gdzieniegdzie będzie musiała wejść w koalicję, do czego nie przywykła. Nagle się okazało, że instytucja wyborów, która w Rosji nie funkcjonowała, przebudziła się. Co więcej, to, że w czterech regionach trzeba było zorganizować drugą turę, świadczy o braku poważnych fałszerstw w pierwszej. Są terytoria, które dzięki wysiłkom społeczeństwa obywatelskiego udało się oczyścić, bo w latach 2011–2012 fałszerstwa przykrywały praktycznie cały kraj.

Jak to się udało?

W latach 2011–2012 odbyły się protesty przeciwko fałszerstwom. Władze zareagowały dwojako. Z jednej strony represjami, ale z drugiej – zrozumieniem, że jawne fałszerstwa drażnią ludzi. Zmieniono skład Centralnej Komisji Wyborczej, zaczęto walczyć z jawnymi manipulacjami w dzień głosowania. Spośród 83 regionów Rosji pozostało 10–15, które nazywamy elektoralnymi sułtanatami, gdzie oficjalne dane nie mają nic wspólnego z rzeczywistością.

Na przykład Północny Kaukaz.

Nie tylko. Oczywiście Czeczenia i Dagestan, ale też Tatarstan czy regiony rdzennie rosyjskie, np. regiony Zagłębia Kuźnieckiego, obw. biełgorodzki i tiumeński. Rosja jest państwem federalnym i oprócz wielkiego reżimu w Moskwie istnieją reżimy w regionach. One się różnią od siebie. W obw. kemerowskim na Kuzbasie poprzedni gubernator Aman Tulejew wygrywał z poparciem 98 proc. przy 90-proc. frekwencji. Wyprzedzał nawet Ramzana Kadyrowa.

Jak Saddam Husajn.

Niedawno Tulejewa zdymisjowano. Nowemu gubernatorowi Siergiejowi Cywilowowi opuszczono frekwencję do 66 proc., a poparcie – do 81 proc. Chociaż człowiek przyjechał do Kemerowa trzy miesiące temu i nikt go tam nie zna. Wszyscy wszystko rozumieją, ale – jak widać – nawet na Kuzbasie trzeba było zrobić mniej oczywisty wynik. W Tatarstanie, który też zawsze zadziwiał, przynajmniej normalnie wyniki zaczynają wyglądać w milionowym Kazaniu. Społeczeństwo zmusza władzę, by chociaż dzień głosowania był w miarę czysty. A to daje możliwość toczenia walki politycznej, chociaż wciąż warunki konkurencji są bardzo nierówne. Niezależnie od historii z Władywostoku, problemem wyborów nie są raczej otwarte fałszerstwa, ale to, co nazywamy wykorzystaniem adminresursu. O ile wiem, po polsku nawet nie ma odpowiednika tego słowa…

Znamy to zjawisko z Ukrainy. Chodzi dosłownie o „zasoby administracyjne”.

Najpierw odsiewa się niepotrzebnych kandydatów na etapie rejestracji. Komuś – by nie mógł startować – można wytoczyć sprawę karną. Tak było w przypadku Aleksieja Nawalnego. Podczas wyborów gubernatorskich można zastosować filtr municypalny, czyli nie pozwolić zebrać wśród radnych potrzebnych podpisów poparcia. Na poziomie władz zawierane są porozumienia. Na zasadzie: dopuściliśmy was do wyborów, ale rozumiecie, o co chodzi. Prowadzone są targi z partiami; komuniści w ich efekcie nie wystawili kandydatów w kilku regionach, w których podczas wyborów prezydenckich ich człowiek zdobył poparcie większe niż średnia.

Wydawałoby się, że powinno być odwrotnie.

Zwłaszcza że w dwóch z tych regionów mogliby nawet wygrać. Ale w zamian wyczyszczono komunistom obw. orłowski. Jedna Rosja zrezygnowała z walki, pomogła komunistom zebrać podpisy, prezydent wyznaczył na p.o. gubernatora ich przedstawiciela i ten wygrał właśnie z wynikiem 84 proc.

Na czym polega adminresurs podczas kampanii?

Kandydat otrzymuje promocję w mediach państwowych i samorządowych. Na prowincji nie ma mediów niezależnych, a jeśli są, to bardzo słabe. W Moskwie na ekranach w metrze puszczano reklamówki starającego się o reelekcję mera Siergieja Sobianina. Formalnie była to informacja o działaniach ratusza. Przed głosowaniem dba się o to, by do urn poszli ci, nad którymi władze mają jakąś kontrolę – pracownicy budżetówki, mundurowi, studenci.

Głosy są realnie liczone, czy tak jak na Białorusi – wpisuje się przysłane odgórnie wyniki?

To zależy od regionu. Niedzielne fałszerstwo w Kraju Nadmorskim polegało na poprawianiu już gotowych protokołów z lokali wyborczych. W elektoralnych sułtanatach wybory są właśnie – jak to się mówi w Rosji – rysowane. W Inguszetii po wyborach prezydenckich nanieśliśmy wyniki z poszczególnych lokali na układ współrzędnych. W wielu lokalach wyniki były identyczne, jak od linijki, co do dziesiętnych części procenta. Tak być nie może.

A jak to wygląda w Moskwie i Petersburgu? Jak tam przebiega proces wyborczy? Ile jest rysowania, ile adminresursu, a ile realnego wyboru?

Moskwa jest uznawana za region relatywnie czysty w dzień głosowania. Tam pracę wykonuje się w ramach adminresursu. Choć i w uczciwych wyborach pokonanie aktualnego mera byłoby bardzo trudne. Moskwa dysponuje ogromnym budżetem. Mer ma dostęp do tych środków i wszelkie możliwości, by realnie zmieniać to miasto na lepsze. Badałem dla Transparency International przetargi miejskie. W latach 2015–2016 na niejawne sondaże i kampanię informacyjną w mediach ratusz wydał 2,5 mld rubli (140 mln zł – red.). Na podstawie tych badań robi się potem kampanię wyborczą.

Czy istnieją regiony, w których cały proces wyborczy jest czysty?

Nie ma takich. Dzień głosowania różni się pod względem uczciwości z regionu na region, ale adminresurs jest wykorzystywany wszędzie. Różnice zależą od siły gubernatora na miejscu. Są regiony z polityczną konkurencją, która jednak nie polega na rywalizacji międzypartyjnej, a międzyfrakcyjnej wewnątrz partii. W milionowym Jekaterynburgu, który wybierał radę miasta, wicegubernator wystawił własną listę w kontrze do listy gubernatora. Na obu byli kandydaci z trzech partii: Jednej Rosji, komunistów i Partii Emerytów. Jeszcze inne są regiony, w których zachowała się struktura klanowa. To republiki kaukaskie, ale też południowa Syberia. Na Ałtaju startuje np. osiem osób z ośmiu różnych partii, ale o tym samym nazwisku. Tam kandydat Jednej Rosji może dostać 2 proc., bo klany go nie chcą.

Analizował pan też metody finansowania Jednej Rosji. Jak to działa?

Rosja zakazuje zagranicznego finansowania partii politycznych. Problem w tym, że pieniądze wpłacają głównie duże firmy, a te często są zarejestrowane w rajach podatkowych. W efekcie pieniądze te są niecałkiem rosyjskie. W ostatnim czasie partie zaczynają zbierać pieniądze przez fundacje, a one nie muszą publikować spisów darczyńców. Każda z partii ma regionalne fundacje i każda z nich daje np. 25 mln rubli (1,4 mln zł – red.) na kampanię. Skąd te środki pochodzą, nie wiadomo. W ten sposób sfinansowano ostatnią kampanię Putina. Inny sposób to układ z biznesem. Firma wygrywa przetarg, ale w zamian musi wpłacić 10 proc. jego wartości na Jedną Rosję.

Wskazał pan w badaniach kilka firm, które pierwsze przetargi wygrały tuż po tym, jak zaczęły finansować partię władzy.

W jednym z regionów kandydat startował do rady miasta. Jego kampania kosztowała jakieś 5 mln rubli (270 tys. zł – red.). Wyłożył te środki z własnej kieszeni, a jego firma dostała taką samą kwotę w formie państwowych subsydiów na modernizację zakładu. Zresztą i bez nagród firmy mają motywację, by się dzielić. Jeśli ma pan firmę billboardową, co roku musi pan uzgadniać z samorządem punkty rozmieszczenia reklamy. Z władzą lepiej dobrze żyć, bo za rok trzykrotnie zmniejszą panu liczbę takich miejsc i biznes umrze. Nawet nie trzeba panu zwracać wydatków na kampanię. 

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.