Stanisław Andriejczuk, który bada procesy elekcyjne, opowiada DGP, jak się załatwia dobry wynik Jednej Rosji i skąd bierze ona pieniądze na kampanię.
Reklama
Stanisław Andriejczuk / Dziennik Gazeta Prawna
Sfałszowana druga tura wyborów gubernatora Kraju Nadmorskiego, która miała miejsce w niedzielę, dzisiaj zostanie najpewniej unieważniona. Fałszerstwa były zbyt bezczelne?
Ta historia stała się tematem o znaczeniu federalnym. Cały kraj o niej dyskutuje. To, co się wydarzyło, było tak oczywiste, że nawet zwolennicy władz uznali, że tak nie wolno, a na ulice Władywostoku zaczęli wychodzić ludzie. Władza musiała zareagować. Już szybki wzrost popularności kandydata komunistów, który startował w kontrze do przedstawiciela Jednej Rosji, był potwierdzeniem niezadowolenia w regionie.

Reklama
Skąd ten bunt? To efekt podwyższenia wieku emerytalnego czy coś więcej?
Minęła fala hurrapatriotyzmu z czasu po aneksji Krymu. Starczyło jej na dwa lata. Już podczas wyborów prezydenckich w marcu 2018 r. się o nim tak dużo nie mówiło. Gdy pierwszego dnia piłkarskich mistrzostw świata rząd ogłosił reformę emerytalną, wywołał falę sprzeciwu. Pojawił się popyt na nowe twarze, na zmianę. W efekcie ludzie głosowali w proteście nawet na nieznanych sobie kandydatów. Jestem zawodowym analitykiem politycznym. 30 lat mieszkałem w Kraju Ałtajskim, a nigdy wcześniej nie słyszałem o kandydacie, który dostał tam 16 proc., choć nie prowadził nawet kampanii wyborczej. Jeśli to niezadowolenie nie znajdzie ujścia, może doprowadzić do wybuchu. Wiele zależy od systemowej i antysystemowej opozycji.
W niedzielę gubernatorów wybiorą mieszkańcy Chakasji, Kraju Chabarowskiego i obw. włodzimierskiego. Historia z Władywostoku będzie miała wpływ na ich przebieg?
Teoretycznie nie powinno dojść do tak otwartego sfałszowania rezultatów. Jeśli szykują się fałszerstwa, to nie będą tak oczywiste.
Odkąd w 2012 r. prezydent Dmitrij Miedwiediew przywrócił powszechne wybory gubernatorów, tylko raz się zdarzyło, że nie wystarczyła jedna tura wyborów. Niespodzianką był już sam fakt, że tym razem w czterech na 22 regiony, w których wybierano gubernatorów, konieczna okazała się druga tura.
To nieoczekiwane wyniki, jeśli wziąć pod uwagę, że minęło raptem pół roku, odkąd Władimir Putin wygrał z dużą przewagą wybory prezydenckie. Co więcej, oponenci władzy nie prowadzili nawet prawdziwej kampanii wyborczej. A mimo to we Włodzimierzu kandydat obozu władzy przegrywa po pierwszej turze 10 pkt proc. W kilku regionach wybierano też lokalne parlamenty. Jedna Rosja otrzymała znacznie niższe poparcie niż zwykle. Gdzieniegdzie będzie musiała wejść w koalicję, do czego nie przywykła. Nagle się okazało, że instytucja wyborów, która w Rosji nie funkcjonowała, przebudziła się. Co więcej, to, że w czterech regionach trzeba było zorganizować drugą turę, świadczy o braku poważnych fałszerstw w pierwszej. Są terytoria, które dzięki wysiłkom społeczeństwa obywatelskiego udało się oczyścić, bo w latach 2011–2012 fałszerstwa przykrywały praktycznie cały kraj.
Jak to się udało?
W latach 2011–2012 odbyły się protesty przeciwko fałszerstwom. Władze zareagowały dwojako. Z jednej strony represjami, ale z drugiej – zrozumieniem, że jawne fałszerstwa drażnią ludzi. Zmieniono skład Centralnej Komisji Wyborczej, zaczęto walczyć z jawnymi manipulacjami w dzień głosowania. Spośród 83 regionów Rosji pozostało 10–15, które nazywamy elektoralnymi sułtanatami, gdzie oficjalne dane nie mają nic wspólnego z rzeczywistością.
Na przykład Północny Kaukaz.
Nie tylko. Oczywiście Czeczenia i Dagestan, ale też Tatarstan czy regiony rdzennie rosyjskie, np. regiony Zagłębia Kuźnieckiego, obw. biełgorodzki i tiumeński. Rosja jest państwem federalnym i oprócz wielkiego reżimu w Moskwie istnieją reżimy w regionach. One się różnią od siebie. W obw. kemerowskim na Kuzbasie poprzedni gubernator Aman Tulejew wygrywał z poparciem 98 proc. przy 90-proc. frekwencji. Wyprzedzał nawet Ramzana Kadyrowa.
Jak Saddam Husajn.
Niedawno Tulejewa zdymisjowano. Nowemu gubernatorowi Siergiejowi Cywilowowi opuszczono frekwencję do 66 proc., a poparcie – do 81 proc. Chociaż człowiek przyjechał do Kemerowa trzy miesiące temu i nikt go tam nie zna. Wszyscy wszystko rozumieją, ale – jak widać – nawet na Kuzbasie trzeba było zrobić mniej oczywisty wynik. W Tatarstanie, który też zawsze zadziwiał, przynajmniej normalnie wyniki zaczynają wyglądać w milionowym Kazaniu. Społeczeństwo zmusza władzę, by chociaż dzień głosowania był w miarę czysty. A to daje możliwość toczenia walki politycznej, chociaż wciąż warunki konkurencji są bardzo nierówne. Niezależnie od historii z Władywostoku, problemem wyborów nie są raczej otwarte fałszerstwa, ale to, co nazywamy wykorzystaniem adminresursu. O ile wiem, po polsku nawet nie ma odpowiednika tego słowa…
Znamy to zjawisko z Ukrainy. Chodzi dosłownie o „zasoby administracyjne”.
Najpierw odsiewa się niepotrzebnych kandydatów na etapie rejestracji. Komuś – by nie mógł startować – można wytoczyć sprawę karną. Tak było w przypadku Aleksieja Nawalnego. Podczas wyborów gubernatorskich można zastosować filtr municypalny, czyli nie pozwolić zebrać wśród radnych potrzebnych podpisów poparcia. Na poziomie władz zawierane są porozumienia. Na zasadzie: dopuściliśmy was do wyborów, ale rozumiecie, o co chodzi. Prowadzone są targi z partiami; komuniści w ich efekcie nie wystawili kandydatów w kilku regionach, w których podczas wyborów prezydenckich ich człowiek zdobył poparcie większe niż średnia.
Wydawałoby się, że powinno być odwrotnie.
Zwłaszcza że w dwóch z tych regionów mogliby nawet wygrać. Ale w zamian wyczyszczono komunistom obw. orłowski. Jedna Rosja zrezygnowała z walki, pomogła komunistom zebrać podpisy, prezydent wyznaczył na p.o. gubernatora ich przedstawiciela i ten wygrał właśnie z wynikiem 84 proc.
Na czym polega adminresurs podczas kampanii?
Kandydat otrzymuje promocję w mediach państwowych i samorządowych. Na prowincji nie ma mediów niezależnych, a jeśli są, to bardzo słabe. W Moskwie na ekranach w metrze puszczano reklamówki starającego się o reelekcję mera Siergieja Sobianina. Formalnie była to informacja o działaniach ratusza. Przed głosowaniem dba się o to, by do urn poszli ci, nad którymi władze mają jakąś kontrolę – pracownicy budżetówki, mundurowi, studenci.
Głosy są realnie liczone, czy tak jak na Białorusi – wpisuje się przysłane odgórnie wyniki?
To zależy od regionu. Niedzielne fałszerstwo w Kraju Nadmorskim polegało na poprawianiu już gotowych protokołów z lokali wyborczych. W elektoralnych sułtanatach wybory są właśnie – jak to się mówi w Rosji – rysowane. W Inguszetii po wyborach prezydenckich nanieśliśmy wyniki z poszczególnych lokali na układ współrzędnych. W wielu lokalach wyniki były identyczne, jak od linijki, co do dziesiętnych części procenta. Tak być nie może.
A jak to wygląda w Moskwie i Petersburgu? Jak tam przebiega proces wyborczy? Ile jest rysowania, ile adminresursu, a ile realnego wyboru?
Moskwa jest uznawana za region relatywnie czysty w dzień głosowania. Tam pracę wykonuje się w ramach adminresursu. Choć i w uczciwych wyborach pokonanie aktualnego mera byłoby bardzo trudne. Moskwa dysponuje ogromnym budżetem. Mer ma dostęp do tych środków i wszelkie możliwości, by realnie zmieniać to miasto na lepsze. Badałem dla Transparency International przetargi miejskie. W latach 2015–2016 na niejawne sondaże i kampanię informacyjną w mediach ratusz wydał 2,5 mld rubli (140 mln zł – red.). Na podstawie tych badań robi się potem kampanię wyborczą.
Czy istnieją regiony, w których cały proces wyborczy jest czysty?
Nie ma takich. Dzień głosowania różni się pod względem uczciwości z regionu na region, ale adminresurs jest wykorzystywany wszędzie. Różnice zależą od siły gubernatora na miejscu. Są regiony z polityczną konkurencją, która jednak nie polega na rywalizacji międzypartyjnej, a międzyfrakcyjnej wewnątrz partii. W milionowym Jekaterynburgu, który wybierał radę miasta, wicegubernator wystawił własną listę w kontrze do listy gubernatora. Na obu byli kandydaci z trzech partii: Jednej Rosji, komunistów i Partii Emerytów. Jeszcze inne są regiony, w których zachowała się struktura klanowa. To republiki kaukaskie, ale też południowa Syberia. Na Ałtaju startuje np. osiem osób z ośmiu różnych partii, ale o tym samym nazwisku. Tam kandydat Jednej Rosji może dostać 2 proc., bo klany go nie chcą.
Analizował pan też metody finansowania Jednej Rosji. Jak to działa?
Rosja zakazuje zagranicznego finansowania partii politycznych. Problem w tym, że pieniądze wpłacają głównie duże firmy, a te często są zarejestrowane w rajach podatkowych. W efekcie pieniądze te są niecałkiem rosyjskie. W ostatnim czasie partie zaczynają zbierać pieniądze przez fundacje, a one nie muszą publikować spisów darczyńców. Każda z partii ma regionalne fundacje i każda z nich daje np. 25 mln rubli (1,4 mln zł – red.) na kampanię. Skąd te środki pochodzą, nie wiadomo. W ten sposób sfinansowano ostatnią kampanię Putina. Inny sposób to układ z biznesem. Firma wygrywa przetarg, ale w zamian musi wpłacić 10 proc. jego wartości na Jedną Rosję.
Wskazał pan w badaniach kilka firm, które pierwsze przetargi wygrały tuż po tym, jak zaczęły finansować partię władzy.
W jednym z regionów kandydat startował do rady miasta. Jego kampania kosztowała jakieś 5 mln rubli (270 tys. zł – red.). Wyłożył te środki z własnej kieszeni, a jego firma dostała taką samą kwotę w formie państwowych subsydiów na modernizację zakładu. Zresztą i bez nagród firmy mają motywację, by się dzielić. Jeśli ma pan firmę billboardową, co roku musi pan uzgadniać z samorządem punkty rozmieszczenia reklamy. Z władzą lepiej dobrze żyć, bo za rok trzykrotnie zmniejszą panu liczbę takich miejsc i biznes umrze. Nawet nie trzeba panu zwracać wydatków na kampanię.