Zupełnie nietrafiony werdykt – nie tylko jeśli chodzi o Złotego Niedźwiedzia, ale także o większość kategorii – powtarza błędy jurorów zeszłorocznego Berlinale i kompletnie rozmija się z atmosferą i duchem festiwalu. W rozdaniu nagród pominięto najważniejsze filmy i kreacje aktorskie

Przyznanie nagrody peruwiańskiemu "Milk of Sorrow" Claudii Llosy dowiodło, że po raz kolejny zmęczona Europa uległa egzotycznemu kinu, w przypadku którego brak zrozumienia jest odbierany jako wielka głębia znaczeń i treści. W tym kontekście boczną nagrodę dla "Tataraku" Wajdy należy potraktować jako wielki błąd jurorów.

Tegoroczny 59. festiwal filmowy w Berlinie nie spełnił pokładanych w nim oczekiwań

Imponująca lista znaczących twórców w konkursie głównym, m.in. Stephen Frears, Lukas Moodysson, Sally Potter, chiński mistrz Chen Kaige czy Grek Theo Angelopoulus zaprezentowali filmy poniżej oczekiwanego poziomu i zebrali chłodne, a czasami miażdżące recenzje. Uratować sytuację mógł rozsądny werdykt. Tymczasem jury pod przewodnictwem Tildy Swinton zignorowało najwyżej oceniane przez krytykę filmy – brytyjsko-francuską koprodukcję "London River", irańskie "About Elly" i świetnie przyjęty "Tatarak" Wajdy. Tytuły, o których było w Berlinie najgłośniej, wprawdzie zostały wyróżnione, ale niekoniecznie w kategoriach, w których na te nagrody zasługiwały.

Na żadną nagrodę nie zasłużył zdobywca Złotego Niedźwiedzia – drugi film w karierze peruwiańskiej reżyserki Claudii Llosy "La Teta asustada". Odwołując się do ludowych wierzeń i rytuałów, próbuje ona uchwycić traumatyczne przeżycia pokolenia czasów terroru w Peru, który panował od początku lat 80. do końca 90. Wedle ludowych wierzeń tytułowe mleko smutku to choroba, na którą cierpią wszystkie dzieci urodzone w złym okresie – z mlekiem matki przekazany im bowiem został nie tylko smutek, ale także lęk, melancholia i fizyczna słabość. Bohaterka filmu Fausta jest jedną z takich ofiar. Matka karmi ją śpiewano-recytowanymi drastycznymi opowieściami o tym, jak była gwałcona, jak zmuszano ją do zjedzenia penisa zabitego męża. Córka nie odróżnia rzeczywistości od tych opowieści – boi się mężczyzn i nosi w waginie ziemniak, by uchronić się przed ich atakami. Sposobem na oswojenie jej lęku jest śpiew, którym zainteresowana jest jej pracodawczyni. Po śmierci matki Fausta najmuje się jako służąca, by zarobić na pogrzeb i transport ciała do jej rodzinnej wioski.

Portretując lokalne zwyczaje, obrzędy pogrzebowe, przesądy i lęki Llosa wraca do tematów, które fascynowały ją w debiutanckim filmie "Madeinusa". Rozgrywał się on w wiosce w peruwiańskich Andach i opowiadał o najważniejszych świętach dla tamtejszych Indian – Wielkanocy. Reżyserka pokazała okres od Wielkiego Piątku do Święta Zmartwychwstania, który przez mieszkańców jest tradycyjnie czasem bez Boga – nie ma wówczas prawa, moralności, grzechu i wszystko wolno. Film miał szerszy kontekst religijny, wychodziły poza granice etnograficznej ciekawostki. Tymczasem "La Teta asustada", porywając się na połączenie kina politycznego z kinem etnicznym, odniosło porażkę. A symbolicznie odcinająca pędy rosnącego w niej ziemniaka Fausta – tak jakby chciała odciąć się od kultury, która narzuciła jej rolę słabszej i innej – wypada zwyczajnie karykaturalnie.

Widząc taki werdykt jury, trudno nie oburzyć się za przyznanie Wajdzie jedynie nagrody im. Alfreda Bauera

Nagroda Bauera przyznawana jest za poszerzanie horyzontów sztuki filmowej. To fascynujące, że 82-letni reżyser ma być wzorem innowacyjności dla młodszych kolegów, ale "Tatarak" – najlepszy film Wajdy od dekady – zasługiwał na więcej, przynajmniej nagrodę za scenariusz i za przejmującą kreację Krystyny Jandy. Wajda, rozmawiając z "Dziennikiem", opowiadał o "Tataraku": "Mnie się wydaje, że kino w ogóle idzie w tę stronę, by łączyć film fabularny z filmem dokumentalnym. Coraz częściej widzi się materiał dokumentalny, który jest częścią fabuły. Może to jest jakaś droga do nowych rozwiązań w filmie”. Choć polski reżyser odebrał nagrodę z uśmiechem, po werdykcie jury pozostaje niesmak.

I to nie pierwszy rok, kiedy Berlin ma kontrowersyjne rozdanie nagród

W zeszłym roku po politycznej nagrodzie dla brazylijskich "Elitarnych" jury pod przewodnictwem Costy Gavrasa dostało się za koniunkturalizm. Tym razem członkowie komisji zaserwowali mieszankę jeszcze mniej strawną - eskapistyczno-polityczno-mitologiczną. Podczas konferencji prasowej otwierającej festiwal aktorka Tilda Swinton i pisarz Henning Mankell mówili o potrzebie kina komentującego sytuację tu i teraz, o tym, że zbyt wiele bolesnych historii pozostaje nieopowiedzianych. Taka deklaracja pasowała do społeczno-politycznego profilu Berlinale. Tylko dlaczego mając do wyboru kilka niezłych filmów, którym udało się uchwycić złożone problemy naszych czasów, zdecydowano się na najgorszy?



Werdykt skrzywdził świetne "London River" Rachida Bouchareba

W filmie Bouchareba splatają się losy Brytyjki i muzułmanina z Francji. Oboje poszukują swoich dorosłych dzieci, które zaginęły w dniu ataków terrorystycznych na londyńskie metro. Film zasługiwał na nagrodę dla grającej główną rolę Brendy Brethlyn, ale nie zdziwiłaby też nagroda dla niego za reżyserię, scenariusz czy nawet Złoty Niedźwiedź. Zamiast tego jurorzy w "London River" dostrzegli partnerującego Brethlyn i słabszego od niej Malijczyka Sotigui Kouyate (współpracował m.in. z Peterem Brookiem przy "Mahabharacie"). Nagroda dla aktorki powędrowała w ręce Brigit Minichmayr ("Alle Anderen"), która ani z Brethlyn, ani z fantastyczną Jandą w "Tataraku" nie mogła się równać.

Z kolei amerykański "Messenger", przez wielu typowany do nagrody dla aktora Bena Fostera i też znakomicie wpisujący się w formułę Berlinale, zasłużył jedynie na Srebrnego Niedźwiedzia za scenariusz. Opowiada on historię dwóch oficerów, którzy po powrocie z Iraku muszą poinformować rodziny zabitych żołnierzy o śmierci bliskich. Na szczęście w swoim kinowym debiucie Izraelczyk z Nowego Jorku Oren Moverman zgrabnie ucieka od banału obecnych filmów o wojnie, stracie, polityce amerykańskiej, ale przede wszystkim o jego sile stanowi gra młodego Fostera.

W tym roku dystrybutorzy wyjechali w Berlina prawie z pustymi rękami

Wielu narzekało, że kryzys spowodował, że kupili 2 – 3 razy mniej filmów niż zwykle. W sytuacji, kiedy rynek się kurczy, targi nie są tak intratną imprezą, jaką były jeszcze rok temu. Szefowie festiwali powinni bardziej uważać, komu powierzają wybór zwycięskiego filmu, bo na obniżenie prestiżu artystycznego swoich imprez chwilowo nie mogą sobie pozwolić.

Magdalena Michalska

Więcej informacji - dziennik.pl