Histeria wokół molestowania związana z #MeToo to nie tylko wyzwalająca deklaracja doznanych krzywd. To także frustracja związana z latami prób, by przez kilka chwil w życiu nie być piersiami, pupą albo starą postprodukcyjną babą, ale po prostu, jak człowiek, być człowiekiem.
Reklama
Dziennik Gazeta Prawna/Inne
Czy ja też? Oczywiście, że #MeToo, co nikogo już nie dziwi ani nie wstrząsa w obliczu tsunami kobiecych wyznań w internecie. Dla tych, co jeszcze nie słyszeli: #MeToo to hashtag, jaki – za namową aktorki Alyssy Milano wstrząśniętej doniesieniami o licznych gwałtach hollywoodzkiego magnata Harveya Weinsteina – umieszczają w mediach społecznościowych kobiety, które doświadczyły jakiejkolwiek formy molestowania seksualnego. Skala zjawiska okazała się szaleńcza. Miliony kobiet ujawniły, że je molestowano, na profilach prywatnych i publicznych, czasem pisząc o swojej historii, częściej po prostu oświadczając, że „one też”. Wśród nich aktorki, działaczki polityczne, pracownice uniwersytetów, celebrytki, intelektualistki, dziennikarki. Amerykanki, Polki, Rosjanki, Szwedki i Nigeryjki. Wygląda na to, że przemoc seksualna jest wszędzie, nawet w najbardziej hermetycznych enklawach progresywno-liberalnych, takich jak zachodni przemysł filmowy czy północnoamerykańskie uczelnie.
A więc #JaTeż, i #TyTeż, i #OneTakże. Szok. Ale po szoku przyszły opinie. Dla jednych akcja jest długo wyczekiwaną rewolucją, która może sprawiedliwiej rozdać karty w wojnie płci. Dla innych to hucpa i nadwrażliwość, która nie przysłuży się sprawie faktycznie molestowanych kobiet, a wręcz jej zaszkodzi. Kto ma rację? Rzecz łatwa nie jest. Przyjrzyjmy się wspólnie różnym racjom.
Rewolucja pod miotłą
Co miała w założeniu przynieść akcja #MeToo? Pokazać skalę problemu, przekonać molestowane kobiety, że nie są same. To się na pewno udało – jest nas wiele milionów, a to tylko w samych mediach społecznościowych, gdzie przecież nie każda odważyła się ujawnić. Jednak słowem kluczem, które wybrzmiewało najczęściej w kontekście akcji, było „empowerment”. Może i Polacy nie gęsi, ale takiego słowa akurat nie mają – oznacza ono umocnienie, polepszenie pozycji, zastrzyk mocy, społeczny awans, zwiększenie kontroli. Żadne z tych tłumaczeń jednak nie oddaje dobrze emocji, jakie to słowo wyraża. Empowerment w USA to najczęściej nie tyle zwykłe umocnienie, ile mitologiczne powstanie z duchowych popiołów, psychologiczno-społeczna wersja American Dream. W oryginalnym amerykańskim śnie awans był ekonomiczny – zaczynałeś od łachmanów, by skończyć w bogactwach; w tym nowym śnie startujesz jako mysz pod miotłą, którą inni zamiotą, gdzie im się podoba, a kończysz jako akceptujący siebie pan swojego losu, który nie boi się już sam sięgać po drążek miotły i metaforycznie zamiatać innymi myszami. Czy akcja #MeToo naprawdę przyniosła kobietom spodziewany empowerment?
Niektórym na pewno tak. Żeby to zrozumieć, należy sobie uświadomić, że molestowanie jest dla kobiet formą przemocy bardzo szczególną, której emocjonalne implikacje nie są łatwo zrozumiałe dla większości mężczyzn. Program instalacyjny osobowości żeńskiej w naszej kulturze nie jest pisany przez geniusza spójności i wgrywa w nas wiele głęboko sprzecznych algorytmów. Sprzeczności są przede wszystkim okołoseksualne. Masz oto seksualne zobowiązania do świata (bądź osiągalna, piękna i otwarta), ale zarazem masz obowiązek pozostania nieskalaną dziewicą, bo tylko tak zachowasz swoją wartość. Jak to zrobić? Jeśli bycie zarazem kurtyzaną i madonną jest logicznie nie do ogarnięcia, to tym bardziej trudno się połapać w genderowej strukturze rozkładu „winy seksualnej”. Jeśli nie chcesz, jesteś winna (bo przecież mężczyźnie się należy, bo przecież on chciał, bo dlaczego jesteś taka oziębła, co jest z tobą nie tak? Zresztą jesteś brzydka, stara albo gruba i powinnaś być wdzięczna za awanse, ba, modlić się powinnaś o to, żeby ktoś cię jeszcze chciał. #NiktCięNawetKijem). Jeśli znów za bardzo chcesz, to niespodzianka: również jesteś winna! Wszak nic gorszego niż kobieta rozwiązła i niemoralna, a taką czyni z ciebie uzewnętrzniane pożądanie. Poza tym pani już dziękujemy, stała się pani towarem second hand. To znaczy chętnie skorzystamy raz jeszcze, ale na pewno nie będziemy się tym za bardzo publicznie chwalić... Jeśli zaś nie chcesz, ale on i tak sobie wziął, to też jesteś winna. Bo masz krótką spódnicę, na pewno skrycie tego chciałaś, co można przecież udowodnić twoim wyborem ciemnej drogi przez park. Albo nie chciałaś, a przecież się mężowi należało. Było mieć cycki? Gwałto-prewencyjna mastektomia na pewno zdjęłaby ci z karku rzekome jarzmo patriarchatu, ty niespełniona córo Koryntu z podejrzanie uporczywym biustem.
Kto znajdzie w tym wszystkim jakiś słodki złoty środek, z pewnością dostanie Nobla z teorii gier za pracę pod tytułem „Między młotem dziewictwa a kowadłem kurestwa – jak dokonywać jakichkolwiek wyborów, od majtek po męża, w logicznie sprzecznym uniwersum”.
Stąd właśnie bierze się kobiecy empowerment, jaki niesie ze sobą katarktyczne wyznanie w sprzyjających okolicznościach. Kobiety rzadko czują się na pewnym moralnie i emocjonalnie gruncie wokół seksu i zwykle automatycznie szukają winy w sobie; zamiast złości czują przede wszystkim wstyd. Tak się dzieje, bo sama bliskość kontekstu seksualnego ustawia nas na moralnej przegranej: cokolwiek by się działo, to pewnie my dałyśmy (literalnie i metaforycznie) ciała. Dlatego aktorka Asia Argento, którą fizycznie i zawodowo potężny Harvey Weinstein zaskoczył w rozpiętym szlafroku i wymusił na niej seks oralny, powiedziała magazynowi „New Yorker”: „Czułam się odpowiedzialna. Gdybym była silną kobietą, kopnęłabym go w krocze i uciekła. Ale nie uciekłam. Więc czułam się odpowiedzialna za to, co się stało”. Poczucie winy jest wszędzie. I kiedy na powierzchnię wychodzi nagle systemowy charakter problemu, jak ma to miejsce w akcji #MeToo, owa wyimaginowana wina, owo irracjonalne poczucie odpowiedzialności za zdarzenie daje nagle człowiekowi trochę odetchnąć. Poza tym czarny sekret zjada człowieka od środka, a wyrzucony w przestrzeń powoli się rozpływa – i w tym sensie kobiety dostały jednak jakiś zastrzyk mocy, pozbywając się długo ukrywanego ciężaru.
Ale czy to nie zastrzyk jednak żałośnie niewielki, czy dawka nie jest iście aptekarska? Po pierwsze, poczucie wspólnoty dodaje siły, ale jednoczące się online kobiety jednoczą się właśnie jako ofiary. Nie tyle wychodzą spod miotły, ile pod tą miotłą właśnie robią sobie mysi fest, tam się gnieżdżą, tam rozpamiętują. Tarana Burke, aktywistka, która jako pierwsza w 2007 r. użyła sformułowania „Me too” w kontekście molestowania, mówi: „Tu chodzi o te, które przetrwały”; Alyssa Milano dodaje: „Musimy skupić się przede wszystkim na ofiarach”. Ofiary mają prawo do widzialności, ale w pewnym momencie samo bycie ofiarą, jeśli stanowi oś wspólnoty i umocnienia, zaczyna być stanem niemal pożądanym, a przynajmniej psychologicznie bezpieczniejszym niż próba przekroczenia statusu pokrzywdzonej. W tym sensie francuska wersja akcji, której hasłem było nie skromne „Me too”, ale „zadenuncjuj swoją świnię” (publicznie powiedz, kto cię molestował), jest może prawnie problematyczna i trudna do polecenia, ale na pewno skuteczniejsza jako narzędzie umacniania, bo status ofiary przerabia na bejsbol, którym faktycznie wali po łbie opresora.
Po drugie, nieoczekiwany zakres zjawiska, jaki ujawniły liczne hashtagi, może mieć niezamierzone efekty uboczne, które także umocnią, ale już nie tę właściwą demografię. Dobrą analogią może tu być znana polska kampania reklamowa z lat 90., mająca uwrażliwić społeczeństwo na problem przemocy domowej, gdzie zdjęcie pobitej kobiety ilustrowało m.in. hasło „Bo zupa była za słona”. Kampania rzeczywiście spowodowała wzrost liczby telefonów na Niebieską Linię i w tym sensie odniosła pewien sukces, lecz przyniosła bijącym żony knurom pewną ulgę, bo pokazała, że nie tylko oni katują swoje kobiety. Niektórzy w #MeToo widzą powstanie molestowanych kobiet, ale są i tacy, którzy w ukryciu obcierają swe ryje i kwiczą radośnie #NieTylkoJa.
A po trzecie, do diaska, czasem nie da się już wytrzymać tego gadania o kobiecym empowerment. Dlaczego? Cały ten nacisk na umacnianie coraz częściej wydaje mi się jedną wielką hucpą, która polega na tym, żeby mierzalne postulaty walki o równość płci zamienić na jakieś subiektywne hokus-pokus. Druga fala feminizmu (nie te panie, które paliły staniki, ale te, które przyszły po nich) może i była brutalna, a nawet nieco przesadna, ale przynajmniej tamte kobiety dokładnie wiedziały, czego chcą: na przykład równego traktowania w pracy czy odrzucenia zwyczajów dyktowanych im przez patriarchat. Dziś zaatakowany wirusem kapitalizmu feminizm amerykański (czyli za parę lat również polski) dokonuje zadziwiającej mentalnej gimnastyki, by feministycznie usankcjonować zachowania przede wszystkim konformistyczne i konsumenckie. Teraz makijaż jest umacniający, umacniające jest noszenie ładnych sexy rzeczy, Kim Kardashian fotografująca swoje cztery litery dla gawiedzi też robi to w ramach samoumacniania, ku aplauzowi ekstatycznych komentatorów. Dziwnym trafem najbardziej umacniają kobiety te zachowania, które wymagają wzmożonej konsumpcji i z zadziwiającą regularnością kłaniają się gustom mężczyzn. Błędem była moja poranna wycieczka na Twittera, gdzie zareklamowano mi pewną fajną kampanię: miły pan fotograf robi kobietom wszelkich rozmiarów i ras zdjęcia podczas orgazmu. Dlaczego? Bo jest starym popaprańcem? A może to ezoteryczna sztuka nowoczesna, koncept, który wybaczy wszystko? Otóż nie, celem kampanii jest „umacnianie kobiet poprzez skłanianie ich do akceptacji własnej seksualności”. Myślę, że bardziej skorzysta na tej kampanii pan fotograf, chętna męska gawiedź i Google, który sobie zamieści przy niej parę reklam: czy wszyscy oni mogliby marzyć o lepszym feminizmie? Ale co ja tam wiem. Kim jestem, żeby mówić innym, co ich umacnia? Nikim, tu nikt nie jest kimś i to jest właśnie problem, bo zmiana społeczna mierzona subiektywnie zawsze będzie iluzją.
Innymi słowy: czasem chciałoby się nie tyle widzieć kobiety umocnione, ile po prostu niemolestowane. Dlatego pomyślmy teraz o faktycznych efektach akcji #MeToo.
Zyski i straty
Akcja #MeToo na pewno wpisuje się w ciąg wydarzeń, które sugerują, że problem molestowania zaczyna być powoli może nie tyle rozwiązywany, ile zauważany i mniej wstydliwy. Demaskacja Harveya Weinsteina miała miejsce po ujawnieniu gwałtów Billa Cosby’ego i przed zarzutami postawionymi Kevinowi Spaceyowi i Dustinowi Hoffmanowi – hollywoodzka zmowa milczenia na pewno się sypie. Autorytet przestaje chronić przed konsekwencjami takich zachowań – jedna z kobiet na przykład ujawniła ostatnio, że za pośladki łapał ją Elie Wiesel. W samym akademickim środowisku filozoficznym, które jest mi bliskie, namiętnie zresztą progresywno-lewicowym, też coś się ruszyło: kobiety zaczęły wskazywać na słynnych profesorów, których generalna obślizgłość była od dawna tajemnicą poliszynela. Jednym z bardziej widocznych przypadków był Thomas Pogge z Uniwersytetu Yale. Ów gigant etyki globalnej i fanatyk praw człowieka, moralny autorytet grzmiący na TED-zie, że na Zachodzie spoczywa odpowiedzialność za uciśnianie słabszych, został wielokrotnie oskarżony o domaganie się seksualnych usług od swoich młodych studentek. Nawet John Searle, słynny filozof umysłu, został niedawno oskarżony o molestowanie; oskarżenia zaczęły się sypać, kiedy studentka z Azji opowiedziała, że gdy wspomniała przy nim o amerykańskim imperializmie, legendarny filozof bardzo się zapalił. „Amerykański imperializm?”, zapytał. „Brzmi fantastycznie, kochanie, wskoczmy do łóżka i wypróbujmy to od razu”. Na niemożliwie hierarchicznych uniwersytetach poważne potraktowanie tych zarzutów to krok doprawdy milowy. Coraz wyraźniej widać, że mężczyźni będą modyfikować swoje zachowania z obawy przed oskarżeniami, czego dowodem jest choćby panika prawicowych publicystów („Jutro oskarżą nas o molestowanie za dzień dobry!”, piszą ci, którzy najczęściej mają ciut więcej niż „dzień dobry” za uszami). Gdyby to wszystko stało się nieco wcześniej, może prezydentem USA nie byłby dziś pan chwalący się, że jak się ma pieniądze, można „po prostu łapać kobiety za cipkę”.
Ale niektórzy twierdzą, że akcja ma głęboko kontrproduktywne elementy. Na przykład dlatego, że zrównuje różne stopnie molestowania, rozmywając koncept i sprawiając, że staje się zbyt szeroki, by można w ogóle było skutecznie walczyć ze zjawiskiem. #JaTeż piszą kobiety brutalnie zgwałcone, lecz również te, na które bezczelnie gapi się szef. I faktycznie jest tu pewien problem. Zaliczając niechciane spojrzenia do tej samej grupy co gwałty, paraliżujemy zmianę społeczną, która mogłaby być efektem tych wyznań, bo jej wymagany zakres staje się niewyobrażalny.
Dla niektórych jest to też świetny pretekst do obśmiania całej sprawy molestowania jako takiej. Na portalu wPolityce w jakże arcyzabawnym tekście Aleksander Nalaskowski twierdzi, że jest męską, szowinistyczną świnią, bowiem molestował kobietę, a konkretnie swoją żonę, zanim jeszcze zaczęła tę zaszczytną funkcję pełnić. Napraszał się! Łaził za nią! Stał pod jej domem! Cha, cha, panie Nalaskowski, strasznie z pana retorycznie szczwany lis, bo przecież to oczywiste, że pan nie molestował, tylko, no wiecie, podrywał, a więc cała ta sprawa z molestowaniem musi być, że użyję naukowego sformułowania (w końcu Nalaskowski to profesor), jakaś głupia. Tekst ten może miałby więcej sensu, gdyby nie zawierał opisów naprawdę podejrzanych zachowań („Potem oznajmiłem, że jak mnie nie zechce, to sobie coś zrobię”, pisze autor i z ironiczną emfazą dodaje: „szantaż emocjonalny!”. Jakby to panu powiedzieć, no tak, to podręcznikowy przykład takiego szantażu). Faktem jednak jest, że ekspansywność pojęcia molestowania seksualnego wystawia takie akcje jak #MeToo tak na żer krotochwilnych prawicowych publicystów, jak i na słuszną krytykę.
Po tę słuszną krytykę można się udać na przykład na amerykańskie kampusy, gdzie panika seksualna staje się powoli faktem. Może wciąż trudno oskarżyć ważnego profesora, ale kolega to sprawa już zupełnie inna. Z całą odpowiedzialnością za słowo powiem teraz, że owego kolegę czy partnera tam (tam, nigdzie indziej) dziś oskarżyć jest zbyt łatwo. Po pierwsze, funkcjonująca definicja molestowania jest formułowana z punktu widzenia ofiary, czyniąc przewidzenie tego, czy molestujemy, bardzo trudne. A po drugie, uniwersytety rozsądzają oskarżenia o molestowanie, kierując się Title IX, rozporządzeniem, które czyni z całego procesu administracyjne szaleństwo i jest nakierowane nie na sprawiedliwość, ale na pomoc ofiarom.
Młody mężczyzna na podstawie Title IX nie jest „niewinny, dopóki nie udowodnią mu winy”, ale może być skazany na podstawie „większości dowodów”. On ma pięć dowodów na swoją niewinność, oskarżycielka sześć na jego winę – to wystarczy, żeby wylecieć ze szkoły i żyć w potępieniu. Owszem, na kampusach mnożą się przypadki molestowań, ale coraz częściej słychać też o niesprawiedliwie potraktowanych oskarżonych (liberalną zmowę milczenia na ten temat przełamała autorka Emily Yoffe w serii reporterskich tekstów dla „The Atlantic”). Dlatego uważam, że chociaż Betsy DeVos, minister edukacji w administracji Trumpa, orłem nie jest i świat amerykańskich szkół miałby się o wiele lepiej bez niej, to jej determinacja, żeby obalić wprowadzone za Obamy Title IX jest akurat godna pochwały. Polowanie na czarownice w Salem nie było amerykańskim wypadkiem przy pracy; to naród wciąż duchowo purytański, gdzie słuszne moralne wzmożenie często przedzierzga się w nadgorliwą i zapalczywą żądzę wyplenienia absolutnie wszelkich przejawów jakiegoś zła – a żeby to zrobić, trzeba wieszać ludzi na zapas. Ciekawy fakt: kiedy profesorka na Northwestern University Laura Kipnis napisała tekst krytykujący panikę seksualną na kampusach i afirmację bycia ofiarą, została oskarżona o przemoc – tekst ranił bowiem uczucia pokrzywdzonych. W takich wypadkach zdrowy rozsądek błaga o brak przesady, a my musimy pamiętać, że nasz feminizm ma rodowód bardziej anglosaski niż polski i jako taki powinien próbować uniknąć błędów prekursora.
Rozdmuchane pojęcie molestowania może, innymi słowy, najpierw kobietom pomóc (zwłaszcza w kraju takim jak nasz, gdzie mało który mężczyzna rozumie, czemu ma się nie gapić na czyjś biust), ale w dalszej, odległej perspektywie obrócić się przeciwko nim. Łatwość wyśmiania, wzmożenie defensywnej mizoginii, niechęć profesorów czy partnerów w firmach prawniczych do mentoringu młodych kobiet z obawy przed oskarżeniami to potencjalne straty dla sprawy.
Ale są też naprawdę dobre powody, by bronić takiego pojęciowego rozmachu. Niektórzy sensownie twierdzą, że tożsamość tych zdarzeń jest tu strukturalna – śliniący się szef i gwałciciel to dwa różne symptomy tego samego problemu kulturowego, jakim jest przyzwolenie na traktowanie kobiet instrumentalnie. A poza tym właśnie dlatego, że reakcje na seksualne ataki są dla kobiet tak skomplikowane i trudne, niekiedy nie sposób ocenić rzeczywistej szkody, jaką poniosła ofiara, używając jedynie prawnej kwalifikacji czynu.
Niektóre znane mi osoby na przykład obśmiały tekst Magdaleny Grzyb w Kulturze Liberalnej, w którym opisuje ona swoją historię #MeToo. Autorka późnym wieczorem stała samotnie na przejściu dla pieszych, czekając na zielone światło, gdy nagle zakradł się do niej z tyłu jakiś pan i wyszeptał: „Ładne pończoszki”. Co to ma być za molestowanie? Przecież to komplement! Zaraz nas za „dzień dobry”... Ja jednak doskonale rozumiem, jak czuje się kobieta, której w banalny sposób (łapiąc za tyłek w tramwaju, szepcząc coś do ucha na przejściu dla pieszych) męski świat przypomina, że jest przedmiotem i że może być zagrożona. To obrzydzenie, konfuzja, ale jednak głównie strach, bo, o czym często zapominają krytycy aktywizmu feministycznego, przeciętny mężczyzna jest zwyczajnie silniejszy od przeciętnej kobiety. Ja mam na koncie jedno bardzo poważne #MeToo (dzięki niebiosom za przechodnia w parku), ale – o paradoksie – to te spocone szepty i łapy doświadczone we wczesnej młodości bardziej spędzają mi sen z powiek. Ekwiwalencja szkody jest poniekąd niemożliwa do ustalenia; trudno więc wymagać od ofiar, żeby spowiadały się tylko z tych przypadków, które my uznajemy za istotne.
Akcja ma więc efekty, ale trudno je zmierzyć i skalibrować.
Głupie swary o posłańca
Jednak potencjalne problemy, jakie może klimat wokół #MeToo wytworzyć, nie mogą nam przesłonić pewnej fundamentalnej prawdy: molestowanie jest złem. Nikt nie ma prawa do ciała drugiego człowieka; nikt nie może używać siły – symbolicznej, ekonomicznej czy fizycznej – do tego, by zapewniać sobie do owego ciała dostęp. Kropka. Tej cywilizacyjno-moralnej prawdy nie może nam przesłonić gadanie o odmiennym przetwarzaniu pożądania przez płcie czy trudnościach w kodyfikacji napaści seksualnej. I jest w związku z tym w tej analizie akcji #MeToo, którą wykonuję tu ja, a gdzie indziej inni, pewna niesprawiedliwość. Polega ona na starym triku: zamiast zająć się problemem sproblematyzujmy samo zajmowanie się owym problemem, dzięki czemu problem pozostanie tak, jak był, a my będziemy się naparzać o to, jak można by go najlepiej załatwić. #MeToo ma przewagę nad wieloma innymi sposobami zwrócenia uwagi na kwestię molestowania seksualnego, a mianowicie już się dzieje. Nie bądźmy jak generał, któremu przez posłańca przesyłają wieści o ataku, a on zamiast ruszać do boju, kłóci się z oficerami, czy wiadomość nie powinna była przyjść przez gołębia czy raczej telegrafem.
Bardzo ważne wydaje mi się również, żeby zamiast kopania rowów między płciami próbować budować wspólne zrozumienie sprawy. Mężczyźni też bywają molestowani – ci w sposób naturalny rozumieją specyfikę przemocy seksualnej. Tym zaś, którym udało się tego uniknąć, proponuję ćwiczenie z historii alternatywnej, które może pomóc w zrozumieniu skomplikowanych i zamotanych, głęboko negatywnych i autoagresywnych emocji kobiet wobec wszelkiego rodzaju przemocy seksualnej, nawet tej z pozoru drobnej.
Legginsy, dres i bezzębna straganiarka
Wyobraź sobie, że żyjesz w świecie, w którym niewiele rzeczy jest tak istotnych, jak kształt męskiego penisa – i kobiety nie obawiają się tego pokazać. Już w podstawówce koleżanki ściągają ci spodnie i ryczą ze śmiechem, że za krótki. Porównujesz z penisami chłopaków, czy aby faktycznie niekrótki? Dziewczynki rysują koślawe penisy na kartkach i parskają. W gimnazjum właściwie mógłbyś nie mieć twarzy, bo wszyscy i tak patrzą tobie i innym chłopcom na krocze i obłapują wśród salw śmiechu.
Polski poeta feministyczny Rafał Ziemkiewicz zaintonowałby teraz, uderzając w lirę: „Ach, w to mi graj! Cóż za cudowny świat!”. Tyle że atencja, po pierwsze, rzadko przychodzi z pożądanej strony (sześćdziesięcioletnia pani od historii wyciera ci ze spodni wyimaginowaną plamę, a spocona i nieprzyjemna koleżanka zawsze znajdzie sposób, żeby cię pomacać). A po drugie, nawet jeśli czasem uwaga bywa fajna i miła, to w końcu staje się przede wszystkim frustrująca. Odpowiadasz z Chrobrego, a z tylnych rzędów słychać: „Pokaż fifa!”. Pani nie reaguje, jeśli nie liczyć tłumionego śmiechu. W końcu, kiedy naprawdę chcesz po prostu poczytać książkę, a koleżanka znów łapie cię za spodnie, krzyczysz: „Zabieraj łapy!”. „Jak chcesz, bulwiasty penisie” – odpowiada. „Ciesz się, że ktoś chce w ogóle łapać za to chuchro”. „Może faktycznie?”, myślisz sobie. Kupujesz obcisłe spodnie, może nawet wypychasz majtki watą. W końcu tak przynajmniej wszyscy zwracają na ciebie uwagę, jesteś kimś. Ale teraz trudniej ci odganiać koleżankę, bo zaraz słyszysz, że jak się nie chce dzielić maluchem, to nie trzeba go wystawiać. Ma rację? Nie ma racji?
Innymi słowy, gros twojego rozwoju odbywa się wokół penisa. Twój status od niego zależy, jest on powodem przyjemności, ale też wstydu, konfliktu wewnętrznego i ciągłej frustracji społecznej. Pokazać? Założyć dres? Na pierwszą rozmowę o pracę w końcu idziesz w legginsach, w końcu musisz jakoś zmiękczyć komisję. Ale dyrektorka ewidentnie patrzy na twoje krocze bez cienia ekscytacji. Masz dobre CV, ale facet za tobą miał w majtkach bochen chleba. Po co robiłeś te szkolenia, trzeba ci operacji plastycznej! Z drugiej strony i ten z bochnem nie ma fajnie, czeka go kryzys egzystencjalny związany z własnymi kwalifikacjami i ciągłe wysłuchiwanie komentarzy. „Ej, ty”, słyszysz, wracając do domu. „Fajny fiutek!”. Przyspieszasz. I kiedy wieczorem kupujesz jabłka na straganie, a bezzębna straganiarka szepcze ci na ucho, że chętnie by pogmerała cię między nogami, wpadasz w szał. „Zawołam policję”, krzyczysz, zielony z obrzydzenia. „Komplementu nie umie przyjąć”, buntuje się kolejka. „Będzie stary kawaler”, śmieje się jakaś licealistka. „Pewnie ma małego”, dodaje filozoficznie przechodząca kobieta z siatami. Ale cóż, jabłka kupić trzeba, więc wlepiasz wzrok w chodnik i wyłuszczasz trzy złote.
To oczywiście ilustracja tylko części problemu: kobiety, oprócz posiadania fizycznych obiektów uwagi, mają jeszcze na przykład moralnie obarczone funkcje reprodukcyjne. Ale może w kontekście tej opowieści i tak łatwiej będzie zrozumieć, dlaczego czasem można dostać szału od samych cmoknięć i drobnych macań. Bo histeria wokół molestowania związana z #MeToo to nie tylko wyzwalająca deklaracja doznanych krzywd. To także frustracja związana z latami prób, by przez kilka chwil w życiu nie być piersiami, pupą albo starą postprodukcyjną babą, ale po prostu, jak człowiek, być człowiekiem.