Oto dwie historie z nieodległej przeszłości, które mówią więcej o transporcie VIP-ów w Polsce, niż niejedna ekspercka analiza.
Podsekretarz stanu zamawia samolot, którym poleci na ważne wydarzenie do Zachodniopomorskiego. Na miejscu spotkania przedłużają się o kilka godzin. Polityk za pośrednictwem swoich ludzi pyta pilota, czy uda się opóźnić powrót do stolicy. Oficer odpowiada, że nie da rady. Jeśli przedłuży czas swojej pracy nawet o kilka godzin, nazajutrz nie będzie mógł zasiąść za sterami maszyny. Tymczasem musi gdzieś polecieć ze swoim dowódcą. Staje przed dylematem, komu odmówić. Politykowi czy swojemu bezpośredniemu przełożonemu? Pierwszy, dopóki jest na stanowisku, może mu zaszkodzić w karierze. Drugi decyduje o wielu prozaicznych sprawach: począwszy od zgody na urlopy, a skończywszy na awansach.
Druga historia jest nieco lepiej opisana w prasie. Do ważnego dowódcy, który dysponuje wojskowymi casami, zgłasza się wiceminister, który dopiero co objął stanowisko. W Brukseli był zamach terrorystyczny. W związku z nim zaplanowano spotkanie szefów MON Unii Europejskiej. Minister musi tam być za kilkanaście godzin.