W "Polowaniu" Thomas Vinterberg znów demaskuje hipokryzję współczesnego społeczeństwa dobrobytu.
Duński reżyser zrobił to, co potrafi najlepiej. W swoich wysiłkach okazał się zresztą jeszcze bardziej radykalny niż przy okazji słynnego „Festen”. W tamtym filmie poprzestał na ukazaniu patologii toczącej pojedynczą rodzinę. Za sprawą „Polowania” Vinterberg udowadnia, że wirus ślepej nienawiści i agresji ogarnął już całą małomiasteczkową społeczność. Pesymistyczna konkluzja duńskiego reżysera zakłada wręcz, że właśnie te prymitywne pobudki wzbudzają wśród bohaterów poczucie jedności. Równie duże znaczenie mają w tym względzie praktykowane od pokoleń rytuały. Do najważniejszych pośród nich należy sukcesywne polowanie na dzikie zwierzęta. Właśnie ono pozwala bohaterom na zamanifestowanie zbiorowej siły i skierowanie jej wobec wyimaginowanego zagrożenia.
Podobny mechanizm wkrótce zaczyna działać także w wymiarze ludzkim. Wystarczy pozbawione sensu oskarżenie o molestowanie seksualne pod adresem lokalnego nauczyciela, by miejscowi zaczęli traktować go jako godną zaszczucia zwierzynę. W tej sytuacji nikogo nie obchodzi, że zarzuty pod adresem mężczyzny pozostają wątłe, a wina okazuje się niemożliwa do udowodnienia. Dla bohaterów liczy się tylko zidentyfikowanie wspólnego wroga. W punkcie wyjścia „Polowanie” przypomina „Pokutę”. W brytyjskim filmie także fałszywe oskarżenie rzucone przez nieświadomą konsekwencji smarkulę nieodwracalnie wpłynęło na życie dorosłego człowieka. Reżyser Joe Wright nie miał jednak odwagi, by otwarcie zmierzyć się z powagą tematu i ubrał swoją fabułę w kostium melodramatu. Vinterberg nie potrzebuje efekciarskich uników. W surowej wizji duńskiego twórcy istotne znaczenie zyskuje każdy detal. Decyzja o tym, by sprawczynią tragedii bohatera uczynić małą dziewczynkę, również wydaje się dogłębnie przemyślana. Vinterberg sugeruje, że w zatrutym od środka społeczeństwie winą przesiąkają również pozornie nieskazitelne istoty. To wszystko sprawia, że w radykalności sądów duński reżyser bardziej niż bojaźliwego Wrighta przypomina raczej Ulricha Seidla. Tak jak austriacki mistrz, twórca „Festen” z pogardą odnosi się także do współczesnego społeczeństwa dobrobytu, które sankcjonuje swoje szczęście za pomocą bezdusznych paragrafów, przepisów i regulaminów.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.