Odwilż z Mińskiem okazała się krótka. Władze znad Świsłoczy wykonały pod adresem Polski serię nieprzyjaznych gestów. Do aresztów trafiło kilku współpracowników Biełsatu, resort edukacji szykuje przepisy rusyfikujące polskie szkoły, a prezydent Alaksandr Łukaszenka oskarżył Warszawę o finansowanie prowokacji z użyciem broni palnej.
Łukaszenka gościł wczoraj w mohylewskim przedsiębiorstwie meblarskim. Jeden z robotników zadał mu pytanie – jak relacjonuje służba prasowa prezydenta – o „przyczyny aktywizacji w ostatnim czasie tzw. piątej kolumny i różnych struktur opozycyjnych”. – Kilka godzin temu zatrzymaliśmy kilkudziesięciu bojowników, którzy przygotowywali prowokacje z użyciem broni. Pieniądze szły do nas przez Polskę i Litwę – dowodził Łukaszenka. Prezydent utrzymuje, że zatrzymani na białoruskiej granicy prowokatorzy próbowali wwieźć do kraju pistolety, karabiny i granaty.
Jego słowa korespondują z ostatnimi tezami białoruskiej propagandy, łączącej Białorusinów protestujących przeciw tzw. podatkowi od darmozjadów, nakładanemu na osoby niewykazujące dochodu, z anarchistami i ludźmi z doświadczeniem bojowym z Donbasu, którzy mieliby szykować na Białorusi zamieszki. Szef telewizji państwowej Hienadź Dawydźka określił manifestantów mianem karaluchów. A milicja, początkowo biernie przyglądająca się protestom, zaczęła zatrzymywać ich uczestników. – To najpoważniejszy kryzys od 2010 r. Reakcja Łukaszenki jest podobna jak wówczas – wskazywanie wroga zewnętrznego – mówi DGP poseł PO Robert Tyszkiewicz, przewodniczący parlamentarnego zespołu ds. Białorusi.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.