- Jeśli Korea Północna rozwinie program atomowy i rakietowy, Amerykanie poczują pokusę użycia siły - mówi Akio Takahara, japoński politolog, ekspert Uniwersytetu Tokijskiego oraz Japońskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.
Akio Takahara, japoński politolog, ekspert Uniwersytetu Tokijskiego oraz Japońskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych / Dziennik Gazeta Prawna
Reklama
Czego Azja spodziewa się po prezydenturze Donalda Trumpa?

Reklama
Mam nadzieję, że tacy ludzie, jak sekretarze obrony James Mattis i stanu Rex Tillerson, będą mieć na niego dobry wpływ i główna linia amerykańskiej polityki się nie zmieni. Problem z Donaldem Trumpem składa się zaś z dwóch elementów. Jeden to ekonomia – zarzuca on Japonii i niektórym innym krajom, że mają zbyt dużą nadwyżkę w handlu ze Stanami Zjednoczonymi. Ale myślę, że wkrótce zrozumie, iż japońskie przedsiębiorstwa tworzą dużo miejsc pracy dla Amerykanów. Drugą sprawą są kwestie bezpieczeństwa. Sądzę, że prezydent Trump nie wie, ile przeznaczamy na stacjonowanie amerykańskich wojsk w Japonii. Kiedy zapozna się z sytuacją, powinien zmienić zdanie. Wzywa nas do zwiększania wydatków na obronność, ale po pierwsze robimy to, odkąd pojawiło się potencjalne zagrożenie ze strony Chin, a po drugie musi wziąć pod uwagę obiektywne czynniki, jak deficyt budżetowy. Nastroje społeczne w Japonii też nie sprzyjają zwiększeniu wydatków.
Trump sugeruje, że będzie prowadził bardziej konfrontacyjną politykę wobec Chin. Co na to Pekin?
Będzie na razie obserwował i nie podejmie żadnych pochopnych ruchów, szczególnie że jeszcze nie zostały obsadzone wszystkie stanowiska w administracji, więc nawet samemu Trumpowi zajmie trochę czasu ustalenie, jaka ma być polityka wobec Chin.
Co z oskarżeniami, że Chiny zaniżają kurs juana?
Trump kompletnie się myli. Chińskie władze obawiają się zbyt niskiego kursu juana. Pekin stara się zatrzymać spadek wartości waluty. Kiedy Trump zrozumie, że jest w błędzie, zapewne zmieni taktykę. Być może zechce zawrzeć układ z Państwem Środka, ale żeby zawrzeć dobry układ, najpierw trzeba znać fakty.
Trump może odejść od polityki jednych Chin?
Ale co zamierza zrobić? Uznać Republikę Chińską na Tajwanie? Nie sądzę, by do tego doszło. Zapewne nawet ludzie z jego otoczenia zastanawiają się, o co mu chodzi. Mówienie o uznaniu Tajwanu może być instrumentem negocjacyjnym, ale skoro Chińczycy nie zamierzają tego negocjować, to co Trump zamierza osiągnąć? I jakimi sposobami chce skłonić Chińczyków do rozmów o tym, co uważają za niepodlegające negocjacjom?
USA byłyby skłonne do użycia siły w obronie Tajwanu, gdyby ogłosił niepodległość?
Rząd Tajwanu jest bardzo ostrożny, by nie sprowokować Pekinu. Nie ma możliwości, by ogłosił niepodległość, bo rozumie, że ChRL użyje siły. Nawet słowa Trumpa nie skłonią do tego przywódców Tajwanu. Odwrotnie, będą jeszcze bardziej ostrożni.
Czy pod jakimikolwiek warunkami USA mogą się zaangażować w konflikt zbrojny w regionie Azji i Pacyfiku?
Na teraz jest to Korea Płn. Jeśli Pjongjang wejdzie w posiadanie broni jądrowej i pocisków zdolnych do osiągnięcia kontynentalnej części USA – nie musi to być za kadencji Trumpa, może w następnej – użycie siły będzie jedną z opcji.
Pogarszanie stosunków z Chinami zmniejsza możliwość działania w sprawie Korei Płn., bo to jedyne państwo, które ma na nią jakiś wpływ.
To jeszcze jeden powód, dla którego Chiny i USA powinny się porozumieć.
Gdzie w regionie Azji i Pacyfiku ryzyko konfliktu zbrojnego jest największe?
W kolejności: Korea Płn., Morze Południowochińskie, wyspy sporne między Japonią a Chinami. To, jak duże jest ryzyko, zależy od tempa, w jakim Korea Płn. będzie rozwijać program nuklearny.
A co z Morzem Południowochińskim?
Swoboda przepływu zostanie utrzymana. Oceniając słowa Trumpa o zwiększaniu nakładów na marynarkę i lotnictwo, można się spodziewać większej liczby patroli. Nie sądzę, by to doprowadziło do konfliktu. Chiny zachowują się w sposób wyważony. W tym roku odbędzie się kongres partii komunistycznej, więc prezydentowi Xi Jinpingowi zależy na stabilizacji i napięcia zewnętrzne nie są mu na rękę.
W 2016 r. wzrosła w chińskich badaniach opinii publicznej liczba osób uważających, że między Chinami a Japonią dojdzie do wojny. Ryzyko się zwiększyło?
Chińskie media przedstawiają przejaskrawione informacje o zwiększaniu budżetu obronnego przez Japonię. Teoretycznie nic się nie wydarzyło, ale percepcja społeczna jest ważna, bo może wpływać na przywództwo. Nastroje nacjonalistyczne mogą wpływać na decyzje przez nie podejmowane. Musimy być tego świadomi.
Chiny są otoczone krajami, które się niepokoją ich ambicjami i są skłonne do stworzenia antychińskiego sojuszu. To Japonia, Korea Płd., Filipiny, Wietnam. Ale ostatnio Filipiny pod rządami prezydenta Rodriga Dutertego robią zwrot w kierunku Pekinu, a Chiny próbują przekonać Wietnam. Układ sił przechyla się na korzyść Chin?
Militarne związki Filipin i USA są bardzo silne i Dutertemu nie będzie łatwo ich przerwać, nawet gdyby chciał. Amerykańskie interesy na Filipinach i filipińska sympatia do USA są mocno zakorzenione. Nawet jeśli ten człowiek z jakichś powodów nie lubi Stanów Zjednoczonych, nie zmieni podstawowych relacji między oboma państwami. Duterte jest mimo wszystko racjonalny i ma świadomość, że w kwestii terytorium nie może sobie pozwolić na ustępstwa. Jeśli odda choć skrawek ziemi, straci poparcie.
Czy istnieje możliwość ograniczonej wojny na Morzu Południowochińskim, bez udziału USA, np. między Chinami a Filipinami czy Wietnamem?
Z Wietnamem tak. Wietnam prowadzi rozważną politykę, aby nie być zbyt zależnym ani od USA, ani od Chin. Wietnamczycy nie lubią Chin, ale w obu krajach rządzi partia komunistyczna, co tworzy pewną więź. Gdy tylko władze Wietnamu robią jakiś krok w kierunku USA, natychmiast wysyłają kogoś do Pekinu, żeby uspokoić Chińczyków. Ale jeśli Chiny podejmą jakieś działania w sprawie spornych wysp, Wietnam będzie musiał zareagować. Presja społeczna jest tam bardzo silna.