Arsienij Siwicki: Kreml chce naciskać na Warszawę [WYWIAD]

Kreml
KremlShutterStock
31 stycznia 2017

- Rosji zależy, by mieć bazy na Białorusi także po to, żeby zwiększyć presję na jej sąsiadów, w tym Polskę – uważa Arsienij Siwicki. Białoruski ekspert mówi DGP o tym, jak Moskwa próbuje podporządkować sobie Łukaszenkę.

2802331-arsienij-siwicki-dyrektor-centrum.jpg
Arsienij Siwicki, dyrektor Centrum Badań Strategicznych i Zewnątrzpolitycznych w Mińsku

Proces planowania dopiero się zaczyna, więc nic pewnego nie wiemy. Jest jednak różnica w podejściu do przygotowań. Według Rosjan ćwiczenia powinny być odpowiedzią na wzrost obecności NATO w państwach bałtyckich i Polsce. Władze Białorusi sądzą, że manewry nie powinny pogłębiać destabilizacji w regionie. Ich skala nie powinna więc odbiegać od podobnych manewrów w 2009 czy 2013 r. Mińsk chce, by wzięło w nich udział nie więcej niż 15 tys. żołnierzy, w tym do 5 tys. Rosjan. Wzmocniona obecność NATO w pobliżu naszych granic jest na tyle ograniczona, że Białoruś nie postrzega jej jako bezpośredniego zagrożenia. Najwyżej dodatkowy czynnik ryzyka.

Kreml rozpatruje pojawienie się czterech batalionów NATO jako cios dla stabilności strategicznej, chociaż balansu sił w regionie te bataliony nie zmienią. Rosja próbuje wykorzystać napięcie w relacjach z NATO do wzmocnienia presji na Białoruś i przekształcenia jej w przyczółek do nacisków na państwa NATO, UE i Ukrainę. Po to chce rozmieścić na Białorusi znaczące siły. Zapad-2017 będzie sposobem na ich przerzucenie. Dokładnie tak, jak pod przykrywką ćwiczeń Rosja przerzucała w ostatnich latach zgrupowania, które potem wykorzystywano do agresywnych działań przeciw sąsiadom.

Władze białoruskie nie chcą dopuścić do pojawienia się obcych baz u siebie. Kreml jednak zaplanował już wszystko bez konsultacji z nami. Pod koniec ubiegłego roku pojawiły się oficjalne informacje, że ministerstwo obrony przygotowało do wysłania na Białoruś 4162 wagony.

W 4 tys. wagonów można zmieścić dwie dywizje zmotoryzowane. Nie chodzi więc tylko o bazę, ale pełną obecność wojskową na terytorium Białorusi.

Nie tylko. Pytanie, jak daleko jest gotów posunąć się Władimir Putin, by kontynuować eskalację. Po to mu Białoruś. Żeby z jej terytorium zagrażać NATO, w tym Polsce i Bałtom, ale także Ukrainie. Rosjanie nie uzgodnili liczby wagonów z nami. Działają jak w 2015 r., gdy Putin podpisał dekret o stworzeniu na Białorusi bazy, choć mu odmówiliśmy. Na ćwiczenia wystarczyłyby dwie batalionowe grupy taktyczne, może brygada. 400, a nie 4 tys. wagonów. Widocznie Kreml ma inny pomysł, który wychodzi poza zwykły udział w manewrach.

W ramach przygotowań do wojny z Ukrainą.

Jak tylko Rosja zrozumiała, że Kijów może wyjść z jej strefy wpływu po podpisaniu stowarzyszenia z UE, zaczęto przygotowywać możliwe scenariusze. Baza na naszym terytorium była elementem tego najbardziej radykalnego. Nie wiemy, jak wyglądałby konflikt z Ukrainą, gdyby w tym czasie były już u nas wojska rosyjskie.

Nasze europejskie źródła mówią, że rosyjscy dyplomaci wszędzie, gdzie tylko mogą, przekonują, że Łukaszenka już się zgodził na obecność wojskową. To nieprawda. To operacja wymierzona w storpedowanie rodzącego się w Europie zaufania do Mińska w kontekście normalizacji stosunków.

To zjawiska powiązane. Czym jest kryzys ukraiński? Ukraina miała strategiczne relacje z Rosją. Rosyjskie wojska znajdowały się na jej terytorium. Rosja była prawnie zobowiązana do uznania jej niepodległości i integralności terytorialnej. To nie zapobiegło interwencji wojskowej. Skoro Rosja zrobiła tak z zaprzyjaźnionym państwem, nie możemy wykluczyć podobnych działań wobec Białorusi. Dlatego jesteśmy zainteresowani rozwijaniem relacji z Zachodem i Chinami. Ale to wywołuje dodatkowe ekonomiczne, energetyczne, polityczno-wojskowe i informacyjne naciski Kremla, dla którego te procesy stanowią średniookresowe zagrożenie dla rosyjskich interesów. Stąd rozmieszczanie nowych zmechanizowanych jednostek w pobliżu naszych granic – dywizji w Jelnie i brygady w Klincach. Wiele podobnych działań widzieliśmy w przeddzień konfliktu rosyjsko-ukraińskiego.

Białoruś wyciągnęła wnioski. W 2014 r. pojawił się nowy plan obronny, który uwzględnia zagrożenia ze Wschodu. Prezydent podpisał dyrektywę o obronie państwa, która także wylicza te zagrożenia. Przyjęliśmy w 2015 r. doktrynę wojskową, w której nie nazywamy Rosji źródłem destabilizacji, ale piszemy o pewnych państwach, które zagrażają suwerenności państw Europy. Nie używamy pojęcia wojny hybrydowej, zamiast tego piszemy o wewnętrznym konflikcie zbrojnym. To synonimy.

Dodatkowo we wrześniu 2016 r. przeprowadzono ćwiczenia, którym za scenariusz posłużył konflikt w Zagłębiu Donieckim. To nasza odpowiedź. Kreml zamiast tematyki ekonomicznej coraz częściej narzuca nam wojskową. Nie jesteśmy tym zainteresowani. Tym bardziej że nic z tego nie będziemy mieli. Dekret podpisany jednostronnie przez Putina nie zakładał opłat za bazę.

Nikt nie był gotowy, że Rosja zacznie napadać na zaprzyjaźnione państwa. Sytuacja kardynalnie się zmieniła. Po cichu idzie rotacja kadr, by uniknąć zdrad, które widzieliśmy podczas aneksji Krymu. Nie możemy tego robić zdecydowanie, bo Rosja zorientuje się, że traci aktywa, co może ją sprowokować do bardziej radykalnych kroków. Zaczęliśmy miękką białorutenizację, umacniamy pozycję języka i kultury białoruskiej.

Częściowo można się z tym zgodzić. Białoruś dobrowolnie integrowała się z Rosją. Podstawą tej integracji była renta integracyjna: Mińsk w zamian otrzymywał ropę i gaz po cenach wewnętrznych. Potem Rosja wtargnęła na Ukrainę bez konsultacji z Białorusią. Zaczęto tworzyć kolejne bariery do nacisków na Białoruś. Rosyjskie elity stawiają pod znakiem zapytania celowość istnienia suwerennej Białorusi. W warunkach, w których od Łukaszenki wymaga się realizacji kursu Kremla, o dalszej integracji nie ma mowy. Mińsk musi tę 20-letnią politykę korygować, by ocalić suwerenność. To nie znaczy, że ta polityka była zupełnie błędna. Po prostu czasy się zmieniły.

Powstają w dwóch wersjach – otwartej, publikowanej w internecie i zamkniętej, która trafia do dowództwa i władz. Nie mogę powiedzieć, że dostajemy jakąś reakcję zwrotną, ale mam wrażenie, że jesteśmy czytani, skoro podejmuje się działania, które sugerujemy.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.