Musi istnieć jakiś sposób, by pomijać problematyczne państwa. To lekcja, której nauczyły UE potyczki z Polską i Węgrami. Z Ireneuszem Pawłem Karolewskim rozmawia Emilia Świętochowska.

Ireneusz Paweł Karolewski politolog, profesor na Uniwersytecie w Lipsku. Zajmuje się m.in. teorią demokracji, integracją europejską i nacjonalizmem / Materiały prasowe / Fot. Christian Hüller /Mat. prasowe
Od październikowych wyborów w Polsce płynie coraz więcej sygnałów, że UE odkręci nam wkrótce kurek z pieniędzmi zablokowanymi za rządów PiS. To nie mamy już problemów z praworządnością?

Mamy. Dopóki wyroki Trybunału Sprawiedliwości UE nie są wykonane, dopóty problemy z praworządnością pozostaną. Choć możliwe, że część pieniędzy będzie odblokowana dla zachęty – tak jak w zeszłym roku Komisja Europejska odmroziła część funduszy dla Węgier. Oczywiście reformy, które wprowadził w zamian rząd Viktora Orbána, były tylko pozorne. Brukseli chodziło raczej o to, aby zmiękczyć jego stanowisko w sprawie pomocy dla Ukrainy. Nikt już dziś nie wierzy, że na Węgrzech nastąpią zmiany systemowe. W przypadku Polski wciąż jest nadzieja, że tak się stanie.

Unii nie przeszkadza to, że nowa władza przywraca praworządność za pomocą środków, których legalność jest kwestionowana?

Ocena Brukseli jest taka, że w Polsce istnieje podwójne państwo. Trybunał Konstytucyjny wydaje orzeczenia poza swoimi kompetencjami. Sąd prawomocnie skazuje dwóch polityków, a prezydent tego nie uznaje. Najważniejsze instytucje w państwie nie zgadzają się, co jest praworządne, a co nie. A do tego media donoszą, że prezydent zastanawia się nad wykorzystaniem swoich uprawnień jako zwierzchnika sił zbrojnych, aby bronić obecnego składu TK. Dla przeciętnego biurokraty czy polityka unijnego są to sygnały, że kryzys konstytucyjny w Polsce trwa i może się pogłębić. Na razie Komisja Europejska nie podejmuje więc decyzji, tylko obserwuje rozwój sytuacji.

Odwołanie prokuratora krajowego na podstawie wytrychu prawnego, odbicie mediów publicznych metodami, które wielu skrytykowało jako niekonstytucyjne – to nie budzi zastrzeżeń biurokratów i polityków UE?

Panuje przekonanie, że system zbudowany przez PiS jest na tyle wadliwy, że jego rozmontowanie może wymagać użycia instrumentów, które nie są jednoznacznie praworządne. Niektórzy moi koledzy po fachu powiedzieliby, że to nieliberalne wprowadzanie liberalizmu. Ale ja tak nie uważam.

Nie?

Zasadnicze pytanie jest takie: czy można dokonać zmian inaczej niż za pomocą wytrychów prawnych, które rutynowo stosował PiS? Można się oburzać, ale ja osobiście nie mam obiekcji. Nie da się rządzić z TK, prokuraturą i mediami kontrolowanymi przez polityków i lojalistów poprzedniej władzy, które systematycznie podkopywały demokrację i praworządność. A jeśli nie da się naprawić państwa metodami idealnie praworządnościowymi, to może trzeba sięgnąć po rozwiązania bardziej kontrowersyjne, lecz skuteczne. Oczywiście chodzi mi o metody, które nie wykraczają poza ramy państwa prawa.

Na prawicy doniesienia o możliwym odblokowaniu Polsce funduszy unijnych są odbierane jako dowód na to, że KE od początku chodziło o zmianę władzy, a nie o obronę demokratycznych zasad.

I ta narracja do pewnego stopnia jest prawdziwa. Ale wbrew temu, co powtarza PiS, Komisja nie działa na podstawie politycznych motywacji. To system biurokratyczny, którego proces decyzyjny opiera się na regułach i przepisach. Premier Morawiecki zgodził się na kamienie milowe, gdy składał KPO. Jakiś biurokrata w Brukseli musi więc teraz stwierdzić, że zostały one spełnione, żeby pieniądze mogły być odblokowane. Nie da się tego przeskoczyć.

„Wybory 15 października 2023 r. to nie były zwyczajne wybory krajowe. One nadały Europie nowy kierunek” – powiedział szef Europejskiej Partii Ludowej Manfred Weber w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”. Pan też tak uważa?

Tak. Te wybory były o tyle ważne, że rozbiły środkowoeuropejski konglomerat, który utrudniał funkcjonowanie UE. Teraz Węgry są osamotnione. Jest jeszcze Słowacja z prorosyjskim premierem Robertem Ficą. Ale to mały kraj, a Fico jest pragmatycznym politykiem. Słowacja będzie chciała za wszelką cenę uniknąć losu Węgier i Polski, jeśli chodzi o kłopoty z praworządnością. A z powodu kontrowersyjnych zmian w tamtejszym kodeksie karnym spór z Brukselą jest blisko. Dziś Fico obiecuje, że nie pozwoli odebrać Węgrom prawa głosu w Unii, ale niewykluczone, że pod wpływem nacisków KE zmieni zdanie. Orbán nie może być pewien jego lojalności. Możliwości wywierania presji na Budapeszt są więc teraz większe, co pokazuje już choćby to, że Orbán ustąpił w sprawie pomocy dla Ukrainy. Głównie dzięki temu, że w Polsce zmienił się rząd.

O co chodzi Orbánowi w Europie? Co jest jego celem?

Przede wszystkim chce jak najdłużej utrzymać się przy władzy. Stworzony przez niego system finansowo-korupcyjny bazuje w dużej mierze na funduszach oraz dopłatach unijnych, których beneficjentami są oligarchowie i politycy powiązani z Fideszem, jego partią. Gdyby pieniądze z UE przestały płynąć, system orbánowskiej nomenklatury prawdopodobnie by się załamał.

A dlaczego Unia wciąż go toleruje? Liczy, że nawet skorumpowane i otwarcie prorosyjskie Węgry lepiej mieć w swojej orbicie, bo w przeciwnym razie już całkiem otwarcie staną za Putinem?

Chodzi o dwie rzeczy. Pierwsza jest banalna – UE nie ma skutecznych procedur wykluczania państw członkowskich. Może jedynie zawiesić im prawo głosu.

Dlaczego nie ma?

Przez wiele lat Unia uważała, że jest w stanie kontrolować i demokratyzować kraje w swoim sąsiedztwie, oferując im perspektywę członkostwa. Mówiono im: jeśli chcecie dołączyć, musicie wprowadzać gospodarkę rynkową, reformować wymiar sprawiedliwości itd. Unia nie stworzyła mechanizmu wykluczania członków, którzy się „popsują”, bo założyła, że proces integracji jest nieodwracalny.

A model, który oferuje, jest na tyle atrakcyjny, że żaden kraj nie będzie chciał go „psuć”?

Tak. Były w tym arogancja, przekonanie o cywilizacyjnej wyższości. A przy tym brak wyobraźni. Upadki demokracji zdarzały się przecież w historii dość często. Na drugi powód, dla którego UE toleruje Węgry, zwrócił uwagę amerykański politolog Daniel Kelemen. Funkcjonowanie systemów nieliberalnych w UE tworzy dla niej paradoks: nie może otwarcie stwierdzić, że Węgry są państwem autorytarnym albo że w Polsce za PiS nie było rządów prawa, bo z definicji jest organizacją krajów demokratycznych i praworządnych. Unia może oskarżać swoich członków o łamanie praworządności i wytaczać im postępowania, ale nie może uznać, że są niedemokratyczni, bo w ten sposób zaprzeczyłaby podstawie swojego funkcjonowania. A decyzje, w podejmowaniu których brały udział te kraje, byłyby nieważne. To dylemat tożsamościowy, który UE stworzyła sama sobie.

Ale minęła już ponad dekada, odkąd Węgry stały się obiektem krytyki na forach unijnych…

Problem w tym, że na zmiany zasad głosowania czy wprowadzenie mechanizmu wykluczania członków musiałyby się zgodzić wszystkie kraje. Konieczne byłoby – jak mówią politolodzy – rozsznurowanie traktatów. A to się wiąże z olbrzymim ryzykiem. Oznacza konieczność negocjacji z problematycznymi krajami, które przecież nie zgodzą się na osłabienie swojej pozycji.

Rozumiem, że dyskutowane obecnie propozycje reformy UE nie mają według pana większych szans?

Nie poprzez zmiany traktatowe. Ostatnio dużo się mówi o zmianie systemu głosowania w polityce zagranicznej, ale to też wymagałoby podpisania nowego traktatu. Mniejsze kraje się nie zgodzą. Nie chodzi tylko o Węgry, lecz także o Cypr, Maltę, Słowację czy republiki bałtyckie. Litwa, Łotwa oraz Estonia, które graniczą z Rosją, mogą nie chcieć oddać swojego prawa weta na wypadek, gdyby Francja i Niemcy po raz kolejny wpadły na pomysł negocjowania z Putinem.

A coś można zrobić?

Jedynym rozwiązaniem jest tworzenie instytucji pozatraktatowych. Sięgano już po nie w odpowiedzi na kryzys finansowy z 2009 r. – to choćby Europejski Mechanizm Stabilności. Jest zatem możliwość, by grupa państw się dogadała i wykluczyła niesforne kraje ze wspólnych decyzji w polityce zagranicznej, a jednocześnie zostawiła furtkę dla tych, które będą chciały dołączyć w przyszłości.

Czy potyczki z tymi niesfornymi krajami czegoś UE nauczyły?

Tego, że musi istnieć jakiś sposób pogłębiania integracji, który pozwoli pomijać problematyczne państwa. Dotyczy to szczególnie konsensusu w polityce zagranicznej, z którego Węgry się wyłamują. Zawsze były kraje, które umizgiwały się do Rosji: Cypr, Grecja, Austria, ale w przypadku Budapesztu mamy do czynienia z otwartą kolaboracją wewnątrz UE. To poważny problem dla wiarygodności organizacji, uważającej się za mocarstwo normatywne, które potępia akty agresji i naruszenia praw człowieka. Jeszcze w 2014 r., gdy w reakcji na sankcje Rosja przykręciła Ukrainie kurek z gazem, Węgry ulegały presji Niemiec. Wraz ze Słowacją zgodziły się wtedy dostarczać Kijowowi gaz rewersem. Jednak z czasem wycofały się z tego. Większość europejskich elit politycznych ma świadomość, że trzeba znaleźć jakiś sposób, by izolować na tym polu Budapeszt, ale pomysłów brak. Przecież decyzję o rozpoczęciu negocjacji akcesyjnych z rządem w Kijowie udało się przyjąć tylko dlatego, że na czas głosowania Orbán wyszedł do toalety. To nie jest poważny mechanizm działania w polityce zagranicznej. UE tylko się w ten sposób ośmiesza.

Czy Europa ma dziś wyraźne przywództwo?

Nie. Od czasu do czasu z inicjatywami przywódczymi wychodzi Francja, ale jest za słaba, aby je przeforsować. Od lat nie układa się też współpraca niemiecko-francuska. Widać to było już za Merkel, a dzisiaj jest jeszcze gorzej, gdyż oba kraje borykają się z dużymi problemami wewnętrznymi. Prezydent Macron jest niepopularny. Najlepsze wyniki w sondażach mają we Francji politycy skrajnej prawicy na czele z Marine Le Pen. Gdyby wybory prezydenckie odbyły się teraz, to ona by wygrała. Koalicja rządząca w Niemczech jest pogrążona w konfliktach. Kompletnie nie radzi sobie z wyzwaniami społecznymi. Niektórzy mówią, że to najgorszy rząd po II wojnie światowej. W sondażach do 80 proc. respondentów uznaje Olafa Scholza za kiepskiego kanclerza. Nawet Helmut Kohl nie miał tak złych notowań pod koniec urzędowania, gdy wybuchł skandal z czarnymi kasami, finansowaniem CDU z nielegalnych źródeł. SPD, partia Scholza, dostaje w badaniach 13–14 proc. Jeśli w wyborach do europarlamentu zdobędzie 10 proc., będzie to sukces. Porażki w polityce krajowej przekładają się zaś na brak zdolności działania w polityce zagranicznej.

Podczas kryzysu zadłużeniowego w strefie euro nazywano Niemcy „hegemonem wbrew woli”. Dziś wróciło określenie, którego używano wobec nich pod koniec lat 90.: „chory człowiek Europy”.

Pamiętajmy, że Niemcy pozostają najpotężniejszym ekonomicznie krajem Europy i jedną z największych gospodarek świata. W polityce zagranicznej są aktywne, choć różnie to im wychodzi. W procesie pokojowym na Bliskich Wschodzie – słabo. Podejście Niemiec do wojny w Ukrainie nieco się zmieniło. Dostarczają sporo broni, choć nie tyle, ile powinny, biorąc pod uwagę ich PKB.

I wciąż są krytykowane za brak determinacji w dostawach uzbrojenia. Wcześniej zarzucano im blokowanie sankcji wobec Rosji.

Ostatnio odmówiły przekazania Ukrainie pocisków manewrujących Taurus o zasięgu ponad 500 km, które mogłyby pomóc przerwać rosyjskie linie zaopatrzenia.

Z jakiego powodu?

Na wysłanie taurusów zgadzają się CDU, FDP, Zieloni i część SDP. Ale blokuje to urząd kanclerski. Pytanie, kto konkretnie. Czy jest to sam Scholz? Możliwe, że ważny jest tu głos jego doradcy ds. bezpieczeństwa Jensa Plötnera, znanego ze swoich prorosyjskich sympatii. W SPD wciąż istnieje też silna frakcja, która liczy na dalszą współpracę z Moskwą. Pewne jest jedno: z Scholzem jako kanclerzem pewne rozwiązania nie wchodzą w grę.

Dlaczego?

Powszechnie uważa się, że nie sprawdza się on jako przywódca. Mimo że konstytucja wyposażyła kanclerza w szerokie uprawnienia – w tym narzucania kierunków polityki i wymagania od szefów resortów, aby je realizowali – Scholz z nich nie korzysta. Widzi siebie raczej w roli moderatora. Niektórzy niemieccy eksperci liczą, że gdyby Donald Trump znowu wygrał wybory prezydenckie, to Scholz mógłby przejąć po Ameryce przywództwo w polityce wobec wojny w Ukrainie. Rzecz w tym, że taka rola nie polega tylko na spotykaniu się ze światowymi liderami i organizowaniu konferencji pokojowych. Trzeba też finansować dostawy broni i podejmować decyzje o bolesnych wydatkach, które mogą być trudne do zaakceptowania przez społeczeństwo i partnerów koalicyjnych. Scholz tego nie potrafi. Albo nie chce.

Niemcy nie chcą być europejskim hegemonem?

Nigdy nie chcieli nim być. Zawsze powtarzali: chcemy się skupić na realizowaniu interesów gospodarczych, nie lubimy wojska, nie wychodzimy z inicjatywami przywódczymi, bo ze względu na naszą przeszłość wszyscy dokoła się nas boją. Niechęć ta niekoniecznie wynika z kwestii historycznych – bardziej z egoizmu i wygodnictwa. Niemcy przez dekady pasożytowały na gwarancjach bezpieczeństwa udzielanych przez NATO. Nie chciały brać odpowiedzialności za inne kraje, co widać po ich egoistycznej współpracy energetycznej z Rosją, która działała na niekorzyść Ukrainy, Polski i republik bałtyckich. Wszelką krytykę wyśmiewano, uznawano za przewrażliwienie historyczne. Pierwsze oznaki otrzeźwienia przyszły dopiero po 24 lutego 2022 r.

Nadeszły rozliczenia?

Nie ma żadnych rozliczeń. Podejście się trochę zmienia, ale w 2023 r. – wbrew obietnicom – niemieckie wydatki na obronność nie osiągnęły progu 2 proc. PKB, ustalonego w ramach NATO. Toczą się poważne dyskusje, czy Niemcy będą w stanie się same bronić, jeśli Trump zwycięży i spełni swoje obietnice. Merkel do dziś nie wypowiedziała krytycznego słowa o swojej katastrofalnej polityce zagranicznej, która przyczyniła się do tego, że Rosja mogła napaść na Ukrainę. Z perspektywy Niemiec byłoby najlepiej, gdyby ta wojna już się zakończyła – niekoniecznie gwarancją suwerenności terytorialnej Ukrainy. Padają pomysły zorganizowania negocjacji pokojowych w stylu rozmów w Mińsku z lat 2014 i 2015. Z takim pomysłem wyszedł niedawno Christoph Heusgen, wieloletni doradca Merkel, a obecnie szef Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa, której kolejna edycja rozpoczyna się 16 lutego. Pojawiają się podejrzenia, że Niemcy znowu będą naciskać na rozwiązania pokojowe, które dla Ukrainy oznaczałyby utratę części terytoriów. Dla Rosji byłaby to tylko nagroda, która pozwoliłaby jej odbudować potencjał militarny. A za chwilę zaatakować po raz kolejny. Takie pomysły sugerują, że niemieckie elity nie uczą się na własnych błędach.

Mieszka pan w Lipsku, największym mieście Saksonii, gdzie przed wrześniowymi wyborami landowymi sondaże dają Alternatywie dla Niemiec 33 proc., nieco więcej niż CDU. W Turyngii, którą też czeka w tym roku głosowanie, AfD jest wyraźnie na prowadzeniu. Jak poważnym zagrożeniem dla niemieckiej demokracji jest prawicowy ekstremizm?

Bardzo poważnym. W ocenie ekspertów część AfD to neonaziści, niezwykle wpływowi szczególnie w Turyngii. Zwłaszcza Björn Höcke, który uchodzi za jednego z najważniejszych polityków Alternatywy i jej prawdziwego szefa. W Saksonii Urząd Ochrony Konstytucji niedawno uznał AfD za organizację prawicowo-ekstremistyczną i zagrożenie dla porządku konstytucyjnego Niemiec. Do tej pory na scenie politycznej istniał konsensus, że nie można dopuścić tej partii do rządzenia. Ale ten swego rodzaju firewall słabnie. Na pytania o ewentualne zbliżenie czołowi politycy CDU, w tym jej szef Friedrich Merz, wypowiadają się już inaczej niż dawniej.

Czyli jak?

Może koalicje z AfD nie wchodzą w grę, ale tolerowane przez nią rządy mniejszościowe są po cichu brane pod uwagę. Zresztą niemiecka historia lat 30. XX w. podpowiada, że prawicowi ekstremiści dochodzą do władzy przede wszystkim dzięki wsparciu partii konserwatywnych. Podobnie było w latach 2000–2005 i 2017–2019 w Austrii. Oceniana jako neofaszystowska, prorosyjska FPÖ została wtedy koalicjantem chadeków. Gdy w 2022 r. Merz przejmował funkcję przewodniczącego CDU, zapowiadał, że odbije AfD połowę poparcia. Postanowił odwrócić proces rozpoczęty przez Merkel, czyli przesuwania chadeków na lewo, popychając ich znowu na prawo. Efekt? Poparcie dla AfD się podwoiło. Politolodzy już od lat wiedzą, że wyborcy nie dają się robić w konia – wolą oryginał, nie kopię. Wiele zależy również od tego, jak wypadnie Sojusz Sahry Wagenknecht – socjalistyczno-narodowa, proputinowska partia, która odbiera wyborców głównie lewicy. Dziś sondaże dają jej ok. 7 proc. głosów w skali kraju. Jeśli uzyska dobre wyniki w Saksonii czy Turyngii, niewykluczone, że będzie nawet w stanie rządzić tam u boku AfD. Wybory te nie mają jedynie skutków na szczeblu regionalnym – landy tworzą Radę Federalną. Obawy są więc olbrzymie. System partyjny może za kilka miesięcy przejść dużą reorganizację.

Protesty, które wybuchły po doniesieniach o tajnym spotkaniu skrajnej prawicy z udziałem AfD, nie wpłyną na sondażowe trendy?

Nie sądzę. To chwilowe zrywy. Być może za dwa tygodnie już nikt o nich nie będzie pamiętać. A jeśli nawet, to nie wpłyną na wyniki wyborów. Myślę, że niechęć do obecnego rządu jest w społeczeństwie zbyt silna.

Czy popularność AfD bardziej nakręcają jej antymigranckie hasła, czy utrata wiarygodności przez główne partie?

To drugie. Kluczowe znaczenie mają błędy SPD. Również w polityce migracyjnej, która w zasadzie nie istnieje. Przyjmuje się praktycznie wszystkich, którzy przyjeżdżają, co budzi opór dużej części społeczeństwa. Zgodnie z prawem ci, którzy nie dostali statusu azylanta, powinni zostać deportowani. Ale państwo jest tak nieefektywne, że nie potrafi tych ludzi odnaleźć i wydalić. Pozostają więc na miejscu, pracują w szarej strefie, a niekiedy wchodzą w nielegalną działalność. Nikt nie wierzy w niedawne zapewnienia Scholza, że „będziemy deportować na olbrzymią skalę”. Raczej wywołało to uśmiechy politowania.

To ciekawe, bo w Polsce wciąż pokutuje mit sprawnej niemieckiej biurokracji.

No właśnie, to mit. Niemiecka biurokracja jest przeregulowana, w niektórych obszarach kompletnie nie funkcjonuje. Mieszkańcy Berlina odczuwają to najbardziej – wyrobienie paszportu czy zarejestrowanie samochodu w kilka miesięcy nie wchodzi tam w grę. Jeśli chodzi o migrantów, za których odpowiadają głównie samorządy, to lokalna administracja jest przeciążona. Rząd federalny i władze landowe dosypują im pieniędzy, ale to nie wystarczy. Nie da się w dwa tygodnie wybudować mieszkań dla setek czy tysięcy azylantów. Brakuje ludzi i rozwiązań systemowych. Słowa „damy radę”, wypowiedziane przez Merkel w 2015 r., okazały się mocno na wyrost. Państwo nie radzi sobie ani z migracją, ani z polityką obronną, ani nawet gospodarką. W listopadzie 2023 r. Federalny Trybunał Konstytucyjny uznał, że przeniesienie 60 mld euro z funduszu covidowego na transformację energetyczną jest niezgodne z konstytucją ze względu na przekroczenie limitu zadłużenia. W budżecie powstała gigantyczna dziura, więc rząd musiał szukać oszczędności.

Co pięć lat przed wyborami do Parlamentu Europejskiego słyszymy o gwałtownym wzroście notowań skrajnej prawicy, nasilaniu się tendencji eurosceptycznych i nacjonalistycznych. A potem okazuje się, że tradycyjne partie centrowe i tak dominują, marginalizując radykałów. Czy tym razem będzie inaczej?

Tak rzeczywiście było w poprzednich latach. Ale tym razem wiele wskazuje na to, że będzie inaczej. W krajobrazie politycznym Europy widzimy wyraźne przesunięcie na prawo: Niemcy, Francja, Austria, Włochy, Holandia... Wzmocnienie klubu Europejskich Konserwatystów i Reformatorów to zatem prawdopodobny scenariusz. Dla ugrupowań skrajnej prawicy wybory do PE są nie tylko szansą na legitymizację, lecz także testem przed wyborami krajowymi. AfD czy Zjednoczenie Narodowe Marine le Pen chcą uchodzić za partie ludowe, które reprezentują cały przekrój społeczeństwa, i udowodnić, że głosuje na nie ponad 30 proc. wyborców.

Jakie sprawy najbardziej mobilizują wyborców przed wyborami do PE?

Myślę, że migracja. W Niemczech na pewno jest na pierwszym miejscu. Jeśli unijny pakt migracji i azylu nie zadziała, to poparcie dla skrajnej prawicy będzie tylko rosło. Druga kwestia to państwo socjalne. Mali i średni przedsiębiorcy, szczególnie ze wschodnich landów, czują się przeciążeni. Podwyżki cen energii i paliwa dały się im mocno we znaki. Wielu z nich zarabia tylko nieco więcej niż osoby, które – czasami z wyboru – nie pracują i żyją z dochodu obywatelskiego wypłacanego przez państwo. Rosnąca część społeczeństwa uważa, że rząd ją ignoruje. Panuje przekonanie, że zamiast inwestować w infrastrukturę, edukację czy wsparcie przedsiębiorczości – co było długo niemiecką tradycją, rząd woli inwestować w politykę socjalną ideowo bliską SPD. ©Ⓟ

Bicie w demokrację

Adam Czarnota: Populizm nie ma własnej ideologii. To fenomen, który żeruje na dominującej na Zachodzie ideologii, czyli liberalizmie. Nie ma też własnego pozytywnego programu – poza hasłem zwiększenia zaangażowania obywateli w podejmowanie decyzji politycznych. Główna funkcja populizmu to punktowanie i uderzanie w słabości demokracji. Ważna jest dla niego kwestia narodowej tożsamości, która odgrywa rolę takiej ostoi w zglobalizowanym świecie. Pożywką dla populistów są też pogłębiające się nierówności.

Na edgp.gazetaprawna.pl • „Prawo jest dla ludzi”, DGP Magazyn na Weekend nr 228 z 24 listopada 2023 r.