Łatwo uznać, że Słowacja to sielanka z elementami kabaretu, ale na szczęście Łukasz Grzesiczak co jakiś czas wyprowadza nas z błędu: to kraj z kłopotami.

Kiedy myślę o Słowacji, przypominam sobie, co mówił profesor zamknięty razem ze Szwejkiem w domu wariatów: „(...) Objaśniał (...), że wewnątrz kuli ziemskiej znajduje się jeszcze jedna, daleko większa od zewnętrznej” (Jaroslav Hašek, „Przygody dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej”, przeł. Paweł Hulka-Laskowski, Wyd. Śląsk 1970). Nie chodzi przy tym o kontekst psychiatryczny, lecz o całkiem trzeźwą obserwację, że w pojemniku mogą się znajdować rzeczy w istocie większe od pojemnika. To właśnie przypadek Słowacji, małego kraju o wielkiej, różnorodnej historii.

Słowacka państwowość – i towarzysząca jej mitologia narodowa – stanowią cienką warstewkę kryjącą fascynujące, często sprzeczne narracje, przynależne do rozmaitych tradycji, tożsamości, formacji kulturowych, cywilizacyjnych, religijnych. Upchnięcie tego wszystkiego na skromnym obszarowo, pociętym pasmami górskimi terytorium powoduje zawrót głowy, przynajmniej u mnie. Tak było choćby podczas ostatnich wakacji: mieszkasz w starej górniczej wsi, założonej w XVI w., ewidentnie przez niemieckich luteran. Ale zjeżdżając do doliny, mijasz kopalnie zbudowane za Franciszka Józefa, 15 km dalej leży miejscowość, która w czasach wojen z Turkami była chłopską twierdzą – zachowały się prymitywne fortyfikacje, stoją dosłownie między chałupami. A kolejne 10 km na południe robi się całkiem płasko: tu ludzie mówią już przeważnie po węgiersku, spacerując po miasteczku płynnie łączącym prowincjonalną secesję o cukierniczym detalu i betonowy brutalizm epoki komunistycznej normalizacji. Wracasz inną drogą: w środku gór, wśród pokopalnianych jeziorek, nagle wyrasta miasto naćkane szlachetnym barokiem, zabytek na zabytku, ani jednej prostej ulicy. A 3 km od niego, pośrodku niczego, przy nieczynnym szybie wydobywczym – romskie osiedle.

Ten natłok pejzaży, narracji, zmiennych perspektyw wynika, oczywiście, ze skomplikowanej historii ziemi, która jest jednocześnie stara (zasiedlona co najmniej od czasów rzymskich) i młoda (Słowacja jako samodzielne państwo liczy sobie 31 lat, jeśli na moment zapomnieć o księdzu-dyktatorze Tiso i jego faszystowskim satelicie III Rzeszy), zarazem pasterska, feudalna, mieszczańska, pachnąca winem albo owczym serem, sekciarska, industrialna i pełna dzikiej, surowej przyrody; słowacka, węgierska, niemiecka, rusińska, żydowska, romska, czeska, a nawet wietnamska (Wietnamczycy od niedawna stanowią tam uznawaną mniejszość narodową).

Zawsze zdumiewali mnie rodacy gotowi ochoczo identyfikować całą Słowację z paroma turystycznymi straganami u stóp Tatr albo określający Bratysławę „przedmieściem Wiednia”. Bratysława była przez ponad 200 lat stolicą Węgier, do cholery! Chociaż nie nazywała się wtedy Bratysławą, lecz Pozsony.

Utopia z urazami

„Wiadomo, że my, Polacy, jesteśmy wielkim narodem, a Słowacy mogą być sympatyczni, o ile mówią po polsku, znają bohaterów naszego oręża, oddadzą nam swoje dziewczyny, zwrócą Spisz oraz Orawę i dadzą zniżkę w sklepach i na basenach termalnych, bo odkąd przyjęli euro, jest tam za drogo – ironizuje Łukasz Grzesiczak, dziennikarz i znawca słowackiej rzeczywistości, w książce «Słowacja. Apacze, kosmos i haluszki». – Z myślą o Polakach odwiedzających Słowację przygotowałem poradnik, który odpowiada na pytanie: jak zwiększyć swoje szanse na dostanie po mordzie na Słowacji”. Punkt pierwszy: „Wszystkie napotkane osoby pytamy, czy jesteśmy w Czechosłowacji. Do skutku”. Punkt trzeci: „Powtarzamy, że Tatry są czeskie, a Zlatý Bažant to czeskie piwo”. Punkt dziesiąty: „Możemy (ubiec) Słowaka i uderzyć go jako pierwsi, kiedy usłyszymy, że Janosik był Słowakiem”.

Żarty żartami, ale „Słowacja. Apacze, kosmos i haluszki” to kolejna – po udanym zbiorze reportaży-esejów „Ufo nad Bratysławą” Weroniki Gogoli (Czarne 2021) – książka, która dokonuje swoistego odkrycia Słowacji dla polskiego czytelnika. Popularyzatorska praca Grzesiczaka, napisana swobodnym, felietonowym, meandrującym stylem bazującym na anegdotach i skojarzeniach, zwraca się nade wszystko do początkujących użytkowników Słowacji – ale, co ważne, nie tylko. „Kosmos” w tytule odnosi się, przykładowo, do bardzo ciekawej historii o pierwszym Słowaku w przestrzeni kosmicznej, Ivanie Belli, który spędził w stanie nieważkości „siedem dni, dwadzieścia jeden godzin i pięćdziesiąt sześć minut. Do gwiazd poleciał 20 lutego 1999 roku jako 385. człowiek w historii i ostatni, który odwiedził rosyjską stację orbitalną Mir. Wraz z nim na pokładzie statku Sojuz TM-29 w kosmos poleciały między innymi popularna słowacka wódka Borovička, sześćdziesiąt jaj przepiórek japońskich i słowacka flaga”. Rzecz w tym, że Bella miał konkurenta, Michala Fuliera, starszego, bardziej doświadczonego i wyższego stopniem (obaj byli pilotami wojskowymi). Fulier miał jednak z kolei feler: urodził się w Czeskim Cieszynie, na terytorium czeskim. Politycznie było to niezgrabne, zwłaszcza że na Słowacji rządził wówczas nacjonalistycznie zorientowany populista Vladimír Mečiar, a Słowak w kosmosie miał być jego wielkim, propagandowym sukcesem.

Łukasz Grzesiczak „Słowacja. Apacze, kosmos i haluszki”, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2023 / nieznane

Grzesiczak za pomocą opowieści o słowackim kosmonaucie daje nam – pośrednio i z dużym wdziękiem – zwięzłą charakterystykę tamtejszej pamięci historycznej i polityki tożsamościowej, zabawnie bombastycznej, a przy tym podatnej na urazy. Udajemy się też z autorem na wycieczkę po osobliwej knajpie Slovak Pub przy ulicy Obchodnej w Bratysławie – knajpie, której menu obfituje w dania tradycyjnej kuchni (realizując przy okazji słowacką utopię, powszechne marzenie o życiu z dala od miasta, w przyrodzie, wśród ludu), a kolejne sale to istny pophistoryczny, narodowo-mitologiczny komiks. Jedna z owych sal to „oryginalny, dwustuletni dom ze wsi Hybie w regionie liptowskim w północnej Słowacji, który został rozmontowany i niemal w całości złożony w pubie”. Inna sala jest poświęcona słowackiemu zbójcy z Terchovej, czyli Jurajowi Jánošikowi. Jeszcze kolejna: poetom, pisarzom i kodyfikatorom języka. Następna: rycerzom Pribiny, księcia nitrzańskiego z IX w., bohatera narodowego i – jak twierdzi narodowa mitologia – pierwszego słowackiego władcy, co do którego wprawdzie nie ma pewności, czy istniał (i czy był księciem), ale który od 1993 r. do 2009 r. straszył z banknotu 20-koronowego.

Marne pocieszenie

Podążając za lekturami, fascynacjami i ścieżkami myśli Grzesiczaka, łatwo wypracować sobie w głowie obraz swego rodzaju sielanki z elementami kabaretu, ale sam autor co jakiś czas wyprowadza nas z błędu: Słowacja była i jest krajem z kłopotami. Wynikają one z różnych przyczyn, wśród których można wymienić gospodarczą i polityczną spuściznę komunizmu, osobliwie przeprowadzony rozwód z Czechami (elity słowackie, mimo buńczucznej retoryki, zdawały się do tego podziału kompletnie nieprzygotowane), problemy z niemal 10-proc. mniejszością romską, w sporej części społecznie wykluczoną i funkcjonującą w odseparowanych gettach (Grzesiczak oferuje nam coś na kształt reportażu ze słynnego getta Luník IX w Koszycach, ciekawie przełamując stereotypy i pokazując potencjalną drogę wyjścia z kryzysu), wreszcie: wyjątkowy brak szczęścia do sensownej klasy politycznej.

„Kiedy czytam narzekania na polskich polityków, zawsze przychodzi mi do głowy, że Słowacy mają gorzej – choć to nędzne pocieszenie – zauważa autor. – (...) Czeskie wybory decydują po prostu o tym, kto przejmie władzę. Inaczej jest na Słowacji – niemal w każdym głosowaniu, które tam obserwowałem, zdaniem komentatorów na szali leżała przyszłość słowackiej demokracji. Tamtejsze wybory zdają się decydować o tym, czy Słowacja pozostanie w obszarze państw Europy Zachodniej, czy też będzie ciążyć w kierunku wschodnich satrapii”.

Politycznej, buntowniczej wściekłości po zabójstwie dziennikarza Jána Kuciaka i jego narzeczonej Martiny Kušnírovej, które obnażyło przegniły, skorumpowany charakter słowackiego systemu władzy, starczyło ledwie na parę lat: wczesną jesienią ubiegłego roku tamtejsi wyborcy ponownie dali szansę rządzenia Robertowi Fice – cynicznemu, ambitnemu populiście, bezlitośnie zawłaszczającemu wszystkie (pozornie niezależne) instytucje państwa. Fico – który jest premierem po raz trzeci – tym razem powrócił, posługując się hasłami antyukraińskimi i proputinowskimi. Wykorzystał w ten sposób to, że słowackie społeczeństwo należy do najsilniej podzielonych politycznie i, zarazem, do najbardziej podatnych na rosyjską propagandę.

Jest w książce Grzesiczaka mnóstwo innych smaczków – jak choćby opis sposobu, w jaki Viktor Orbán spaja ideologicznie węgierską diasporę na Słowacji poprzez sponsorowanie sportu. Albo celne uwagi na temat (braku) nostalgii za Czechosłowacją. Nie ma sensu dekonspirować ich w tym miejscu, zostawiam tę przyjemność czytelnikom. I cieszę się, że Słowacja – piękna, skomplikowana, trochę wyluzowana, a trochę nieszczęśliwa – zdobyła serce kolejnego polskiego autora. ©Ⓟ