Chcąc, nie chcąc, ja również muszę włączyć się do walki o życie misiaczków. Coraz częściej jestem po prostu zmuszony jeździć samochodami, których zadaniem jest ograniczenie emisji dwutlenku węgla. Tylko w ciągu ostatnich dwóch miesięcy miałem okazję bliżej poznać się z trzema modelami wyposażonymi w napęd plug-in oraz z jednym w pełni elektrycznym. Oczywiście wolałbym poświęcić stracony w ten sposób czas na poznanie czegoś naprawdę ekscytującego. Czegoś, co w poniedziałek wyrzuciłoby w powietrze tyle CO2, że we wtorek wszystkie media informowałyby o oderwaniu się od Antarktydy gigantycznej góry lodowej, dryfującej w kierunku Świnoujścia. Niestety, mogłoby to zostać źle odebrane, a mieszkańcy Świnoujścia z pewnością mieliby do mnie dużo żalu.
Żeby temu zapobiec, wsiadłem na kilka dni do elektrycznego BMW iX3. Niemcy chwalą się, że w procesie produkcji jego baterii do atmosfery nie ulatuje nawet gram dwutlenku węgla. Wykorzystali też o 60 proc. mniej kobaltu, którego wydobycia nie zlecają – jakże szlachetnie – kongijskim dzieciom, tylko ich rodzicom. Efekt tego wszystkiego jest ponoć taki, że w całym cyklu życia (od narodzin, przez eksploatację, po recykling), iX3 zostawia po sobie aż o 30 proc. mniejszy ślad węglowy niż BMW X3 20d. A jak do ładowania auta wykorzysta się prąd z OZE, to nawet o 63 proc.