DGP
Słyszę, że SMS-y cały czas przychodzą.
Gorący okres.
Stara nokia.
Nigdy nie miałem smartfona.
Bo podsłuchy?
Nie, bo nie jestem na bieżąco z techniką.
Politycy panu gratulują, wspierają.
Nie znam żadnych polityków.
Sam stał się pan politykiem.
Jestem sędzią sądów powszechnych, a nie politykiem.
Sędzią na sztandarach.
Przez przypadek.
Czekam, aż opozycja ogłosi „Igor Tuleya, nasz kandydat na ministra sprawiedliwości”.
No dobrze, to powiem jasno i chyba dość stanowczo: nawet, gdybym miał zarejestrować się jako bezrobotny i korzystać z pomocy darmowych jadłodajni, to nie będę zajmował się polityką. Nigdy! I nie, nie kierują mną ambicje zawodowe, żeby kiedyś zostać nie wiadomo kim w Ministerstwie Sprawiedliwości.
Ministrem.
Choćby i ministrem sprawiedliwości. To jest oczywiście wykluczone. Zresztą, powiedziałem to już kilka lat temu na Pol’and’Rock Festival i zdania nie zmieniam. Nie zamierzam, nie chcę zmieniać zawodu. Powtarzam: jestem sędzią.
Nieczynnym. Pozbawionym immunitetu. Nie może pan uprawiać swojego zawodu, a więc zmieniła się perspektywa.
To, co się wydarzyło, pokazuje, że rzeczywiście trudno cokolwiek planować. Jednak o własnych wyborach decyduję sam i podejmuję decyzje sam. Mam wolną wolę i wiem, że nie będę ani ministrem sprawiedliwości, ani żadnym urzędnikiem, ani nawet prezesem Trybunału Konstytucyjnego, chociaż kompetencje mam nie mniejsze niż prezes Przyłębska. Polityka mnie nie interesuje. A z polityków to znam tylko Henię Krzywonos i to z czasów, kiedy nie była w polityce, tylko pracowała u rzecznika praw dziecka, a ja byłem rzecznikiem prasowym sądu.
Pan wie, jak wygląda wymiar sprawiedliwości od środka. Pan jest praktykiem, a minister Ziobro teoretykiem.
I bardzo sprawnym, skutecznym politykiem. Mam znów powtórzyć, że moją rolą jest bycie sędzią sądu powszechnego, że nie interesuje mnie stanowisko urzędnicze? Nie wyobrażam sobie też, żebym nagle wskoczył do Sądu Apelacyjnego czy stał się sędzią Sądu Najwyższego. Jakbym miał dzisiaj siedzieć w składzie z sędzią Laskowskim czy prof. Wilińskim, to po prostu byłoby to dziwne. To są dla mnie autorytety. Nominacja prof. Wilińskiego u prezydenta Dudy leżała kilka lat, a to chyba o czymś świadczy. Póki co codziennie bywam w budynku mojego sądu.
Po co? Żeby się umartwiać?
Teraz zajmuję się głównie przecieraniem kurzu na moim biurku i wietrzeniem togi. Do 18 listopada uczestniczyłem w czterech procesach o zabójstwo. Młody chłopak, 25 albo 26 lat, najpierw miał uśmiercić jedno kilkumiesięczne dziecko, a po roku kolejne, które się urodziło – to są oczywiście zarzuty prokuratury, ale jak sądzę od 25 lat, to po raz pierwszy widziałem, żeby wszyscy na sali mieli łzy w oczach. To się wydarzyło podczas słuchania matki tych dzieci.
Pan też płakał?
Na pewno miałem łzy w oczach. Wielkie emocje. Współczuję tej kobiecie, że będzie musiała o tym opowiadać, przeżywać to jeszcze raz.
Zeznania nie są nagrywane?
Nie, w naszym postępowaniu karnym, w sądzie okręgowym pierwszoinstancyjnym te rozprawy nie są nagrywane.
Te o gwałt też nie?
Też nie. W „delikatnych” przestępstwach, tych o charakterze seksualnym, czy wtedy, kiedy mamy małoletnich świadków, jest specjalny tryb przesłuchania – co do zasady powinno się ich słuchać raz i robi to sędzia na wniosek prokuratora. Są do tego specjalne procedury, ale w sprawach, które ja prowadziłem, one nie miały zastosowania.
Jest pan bez pracy.
18 listopada uchylono mi immunitet, 19 listopada pojawiłem się w sądzie, miałem wyznaczoną sprawę. Z tego dnia zapamiętam kilka rzeczy. To, że jak wchodziłem do budynku, nie byłem sam, przyszli ludzie, którzy mnie wspierają. Sędziowie, prawnicy, obywatele. To, że kiedy wszedłem do sądu, dowiedziałem się, że sprawa, którą prowadzę od ponad dwóch lat, została zdjęta z wokandy. Na tym chyba właśnie polega ta „reforma sądów”, że sprawa piramidy finansowej, w której przesłuchałem już ponad 200 pokrzywdzonych, 150 świadków i oskarżonych, została przerwana w momencie, kiedy już wszystko zmierzało do końca. Pamiętam też, kiedy siedziałem w swoim pustym pokoju i usłyszałem ten charakterystyczny dźwięk, kiedy sędziowie idą korytarzem do sal rozpraw. Brzęk sędziowskich łańcuchów. I poczułem... Poczułem, że pewnie nie będę miał długo okazji, żeby nałożyć ten łańcuch. W sumie straszne uczucie, przygnębiające. Wie pani, ludzie, których ta sprawa dotyczyła, siedzieli pod salą rozpraw. Obrońcy, oskarżeni, pewnie świadkowie. Postanowiłem do nich pójść, przez szacunek dla stron procesu. Podszedłem do nich, próbowałem wytłumaczyć, co się stało, dlaczego tej rozprawy nie ma, co się będzie działo. Musiałem im powiedzieć, że trzeba zaczynać wszystko od początku, jeszcze raz wszystkich przesłuchać, sprawdzić i że będzie się tym zajmował już inny skład sędziowski. No i że to kolejnych kilka lat. Trudny, emocjonujący moment. Całkowicie niespodziewane doświadczenie. Po raz pierwszy musiałem być sędzią na korytarzu, pod drzwiami zamkniętej sali rozpraw. Chyba o to im chodziło, moim zwierzchnikom, żeby mnie pognębić, przeczołgać. Bo to, że ludzie jeszcze długo nie doczekają się wyroku, przecież nie ma żadnego znaczenia. Nie czułem się jednak upokorzony. Dla mnie ta scena na korytarzu ma wymiar symboliczny. Od pięciu lat próbuję budować nowy model sędziego – sędziego obywatelskiego. Sędziego, który nie mówi ex cathedra, ale wychodzi do ludzi. Rozmawia z nimi, tłumaczy, ale też słucha: jak widzą sędziów, jak rozumieją prawo, co zmieniliby w pracy sądów.
Warga panu drży.
Czuję, że wszystko mi drży, że to wszystko mnie bardzo dużo kosztuje. Z drugiej strony wiem, że to jest cena, którą trzeba zapłacić, od początku była wkalkulowana w to, co robię. Nie tylko ja, także moje koleżanki i koledzy, generalnie wszyscy, którzy zaangażowali się w obronę demokracji.
„Demokracja to najgłupszy system, jaki wymyślono” – Robert Bąkiewicz, ONR-owiec, gwiazda na prawicy. Emocje opadną, media o panu zapomną i temat Tulei wygaśnie.
Zdaję sobie z tego sprawę. Nie chodzi o to, żeby obywatele myśleli, że walczą dla jakichś konkretnych nazwisk, konkretnych osób.
Łatwiej niż dla jakiejś idei.
My walczymy dla sprawy. A ludzie przychodzą i odchodzą. Zaś pewne zasady i wartości są niezmienne. Sędziów, którzy wypowiadają się publicznie, jest wielu. I będą następni.
Pan jest najbardziej rozpoznawalny. Strój pan ma punkrockowy.
Może to syndrom Piotrusia Pana i wyjdzie na to, że nie jestem dojrzały.
Na ten T-shirt i jeansy nakładał pan togę?
Już pani mówi o mnie w czasie przeszłym. W sądzie pod togą miałem koszulę, a czasem garnitur, choć jak pani widzi, to nie mój kostium. Nie przyzwyczaiłem się przez ćwierć wieku. Nie znam się na modzie. Staram się wypowiadać na temat wymiaru sprawiedliwości, konstytucji i praworządności. Nie zabieram głosu na każdy temat, bo po prostu nie mam wiele do powiedzenia. Z tą moją aktywnością w sferze publicznej też było sporo przypadku. Często wynikała z potrzeby chwili. Były np. demonstracje w obronie sądów. Wakacje. Nie było nikogo z warszawskiego oddziału stowarzyszenia Iustitia, a ktoś musiał pójść i zabrać głos. Ja byłem, poszedłem. To było i jest dla mnie bardzo stresujące, bo ja się po prostu do tego nie nadaję i każde wystąpienie publiczne naprawdę wiele mnie kosztuje. Gdybym nie musiał tego robić, tobym nie robił. Nie robiłbym, gdyby politycy partii rządzącej nie chcieli upodlić sądów, zniszczyć autorytet władzy sądowniczej. Przecież to służy wyłącznie temu, żeby podporządkować sobie trzecią władzę. To jest to, o czym mówi prezes Kaczyński, raz nazywając nas ostatnim bastionem, raz ostatnią barykadą. Niezależne sądy stoją na przeszkodzie temu, żeby zrealizować jakąś chorą wizję państwa: bez wolnych mediów, instytucji pozarządowych, samorządów, bez praw człowieka. Państwa, które będzie ingerować we wszystkie sfery życia obywateli.
Nawet gdybym miał zarejestrować się jako bezrobotny i korzystać z pomocy darmowych jadłodajni, to nie będę zajmował się polityką
Dlaczego wybrali sobie pana, 50-latka o wyglądzie chłopca, wycofanego, introwertycznego?
Boże, nie wiem. Może dlatego, że jestem z Warszawy, a do Sądu Okręgowego w al. Solidarności jest blisko i z Ujazdowskich, na których jest CBA, i z Wiejskiej, na której jest Sejm. Naprawdę jestem zwykłym sędzią sądu powszechnego. Parę razy trafiły do mnie jakieś medialne sprawy...
Parę razy? Sprawa Rywina, Doktor G., Janusz Kaczmarek, mafioso Bogucki…
Zaczyna pani myśleć tak, jak sobie tego życzą rządzący. Każdą decyzję, która jest nie po ich myśli, natychmiast nazywają polityczną. Protestują rodzice niepełnosprawnych w Sejmie – protest polityczny, nauczyciele, lekarze – to samo. Najbardziej mnie rozbawiło, jak Rada Języka Polskiego zaopiniowała paski w „Wiadomościach”, mówiąc, że to propaganda, a pani poseł Kempa od razu skomentowała, że to opinia polityczna. Jeśli mam być w takim zacnym gronie jak rodzice niepełnosprawnych, nauczyciele, lekarze i Rada Języka Polskiego, to niech będzie. Strategia polityków partii rządzącej jest taka, żeby zarzucić sędziom upolitycznienie i wrzucić ich w to bagno, ustawić ich po którejś ze stron. Nie da się. Naprawdę się nie da. Mogą próbować, ja jestem i będę niezależny. Na przykładzie powiem. Prowadziłem dwa postępowania, w których główną postacią był Antoni Macierewicz. I w jednym jemu przyznałem rację, innym razem wydałem rozstrzygnięcie z jego punktu niekorzystne. I nie miało dla mnie znaczenia, z jakiej partii jest pan Macierewicz.
Był na sali?
W jednej sytuacji na pewno. Jest też wiele postępowań, które nie przeniknęły do sfery medialnej, do wiedzy publicznej, na których zapadały rozstrzygnięcia niekorzystne dla szeroko rozumianej opozycji. Nigdy, przez 25 lat, z żadnej ze stron nie zdarzyło się, żeby padł wniosek o moje wyłączenie. Prokuratura też nigdy o to nie występowała. A przecież sądziłem i w postępowaniach lustracyjnych, i w dotyczących unieważnienia wyroków z czasów komunistycznych, byłem w składzie sędziowskim w procesie lustracyjnym pana Kujdy, skarbnika spółki Srebrna. Obrońcą był mecenas Lewandowski.
Mówi pan o tym, bo dla prawicy jest pan resortowym dzieckiem, złogiem komunistycznym, synem komunistów.
Tak, więc była okazja, żeby z tego powodu mnie wyłączać. Nikt się nie odważył, bo wszyscy wiedzieli, że to absurd. Przeszłość moich rodziców, mojej mamy, budzi zainteresowanie w moim kontekście i to już od wielu lat, od ujawnienia Listy Wildsteina w 2004 r. I tak, jestem dla nich, dla prawicy, komunistycznym złogiem. Absurd, ale jestem.
Komunistyczny dom pana ukształtował.
I nie czuję się żadnym komunistycznym złogiem. Dom nas kształtuje, uczy charakteru, wartości, które są wspólne wszystkim ludziom, natomiast mam wątpliwości, czy uczy czegoś ponad. Poglądy, które mam, są moimi poglądami, wartości inne niż te, które wyniosłem z domu, też są moimi wartościami. Pewnie niektórzy sobie wyobrażają, że w domach komunistycznych złogów wigilia wyglądała tak, jak w „Rozmowach kontrolowanych”. Muszę ich niestety rozczarować. Również tym, że historia rodzinna nie przeszkadza mi na płaszczyźnie zawodowej i nigdy nie spotkałem się z sytuacją, żeby przeszłość moich rodziców była problemem dla stron procesu. Nie jest to też moim osobistym problemem, bo ponosimy odpowiedzialność za to, co sami robimy. Nigdy nie czułem się przez moich rodziców indoktrynowany, zresztą mój ojciec umarł, jak byłem w pierwszej klasie podstawówki. Poza tym nic nie jest mi wiadomo, żeby moi rodzice kogoś krzywdzili. A ich aktywność zawodowa nie ma żadnego wpływu na moje uczucia do rodziców. Jako dziecko zawsze ich będę kochał tak samo. Owszem, mogę potępiać ich działalność przed 1989 r., ale zawsze będę ich kochał.
Pan w 1989 r. zaczynał studia prawnicze.
Byłem po klasie humanistycznej i wydawało mi się, że najłatwiej będzie się dostać na prawo, bo miejsc było najwięcej. Łatwiej niż na historię, historię sztuki, psychologię czy nawet filozofię. Dostałem się, skończyłem, jestem sędzią, który nie może wykonywać swojej pracy.
Jest pan też radcą prawnym.
Taką aplikację też skończyłem. Tylko żeby się wpisać na listę radców, potrzeba zgody ministra sprawiedliwości. Podejrzewam, że w tej kwestii minister Ziobro może wyrazić sprzeciw.
Losuje się sprawy sądowe?
Teoretycznie się losuje.
Sprawę Romana Giertycha też pan wylosował?
Teoretycznie wylosowałem.
Dlaczego pan mówi, że teoretycznie?
Bo nikt nie wie, na czym polega to losowanie. Nie, inaczej, powiem szczerze, nie wierzę w system losowego przydziału spraw.
Czyli nie wierzy pan swoim przełożonym.
Nie wierzę swoim przełożonym. Mam wątpliwości, czy to jest uczciwie. Przecież tak naprawdę nikt nie wie, na czym polega ten system. Kilka organizacji pozarządowych usiłowało się w ramach dostępu do informacji publicznej dowiedzieć, jaki to algorytm, jak te sprawy są przydzielane. Nie udało się.
Kiedyś się nie losowało?
Kiedyś system był transparentny. W każdym wydziale była lista imienna sędziów.
Ilu sędziów jest w pana wydziale?
Na pewno mniej niż 15. I było tak, że sprawa, która jako pierwsza wpływała do danego wydziału, była przydzielana sędziemu pierwszemu na liście. Jak się kończyła lista, wówczas zaczynało się od początku. Jeśli ktoś miał wątpliwości, to mógł to sprawdzić: porównać datę wpływu sprawy i kolejność przydziału.
Czyli te wszystkie głośne sprawy trafiały do pana według takiego systemu?
Według mnie tak. Na pewno tu, w sądzie okręgowym, od 2010 r. tak było. Wcześniej w sądzie rejonowym podobnie. Teraz po samym przydziale spraw widać, że jest w tym coś dziwnego. Były okresy, kiedy niektórzy sędziowie nie dostawali żadnych, a inni byli sprawami zasypywani. Na pewno nie działa to sprawiedliwe. A jak działa, to pewnie tylko sam diabeł wie.
Zbigniew Ziobro na pewno wie.
Nie demonizowałbym Zbigniewa Ziobro. Nie znam go osobiście, ale wiem, że w jego karierze było wiele załamań, sytuacji, które powinny go przekreślić jako polityka, ale zawsze wychodził z nich zwycięsko. Na pewno jest skuteczny.
Pan stał się jego wrogiem po sprawie Doktora G.
Proszę pani, ja jestem sędzią.
Proszę pana, po tamtej sprawie sprzed wielu lat stał się pan wrogiem ministra Ziobry.
Wcześniej była sprawa Janusza Kaczmarka. Wtedy rozpoznawałem zażalenie na jego zatrzymanie. Po czym odbyła się konferencja, na której sam minister zabrał głos i odniósł się do mnie personalnie. Powiedział, że jestem jakąś dziwną czy niejasną postacią. Nie pamiętam dokładnie. Chyba mam dość grubą skórę. Jak miałem obowiązki zawodowe, to nie miałem czasu, żeby czytać o sobie, słuchać, sprawdzać i zastanawiać, czy politykom, którzy mnie obrażają, warto dać po nosie. Teraz... Niewykluczone, że teraz to zrobię.
Pozwie pan Zbigniewa Ziobrę?
Może to wynika z braku szacunku do niego, ale nie ma dla mnie żadnego znaczenia, co mówi na mój temat. Nie dotyka mnie i niczym nie jest w stanie mi zaimponować. On niszczy wymiar sprawiedliwości, ale to nie jest mój problem, tylko nas wszystkich. To się nie kwalifikuje ani na sprawę z oskarżenia prywatnego, ani na powództwo cywilne z mojej strony. Nie wiem, przed jakim trybunałem sądzi się „hańbę”.
A tak filmowo, to jak pan sobie wyobraża, że Zbigniew Ziobro mówi do swoich podwładnych: zniszczcie Tuleyę?
Po 2007 r., po upadku pierwszego rządu PiS, ludziom z ministerstwa i prokuratorom trochę rozwiązały się języki. Z tego, co wówczas opowiadali, to były spotkania jakiejś grupy prokuratorów, w których uczestniczyli najważniejsi decydenci. Wspominają, że to były burze mózgów.
Pod kryptonimem Tuleya?
Nie tylko. Rzucano nazwisko. A potem tekst: macie coś na niego znaleźć. Pocieszające jest to, że teraz, po ponad pięciu latach rządów PiS i z pewnością po dosyć drobiazgowym trzepaniu mojej osoby, postawiono mi tak absurdalny i wzięty z kosmosu zarzut.
Że ujawnił pan, co się działo w czasie obrad Sejmu, które przeniosły się do Sali Kolumnowej.
Trzeba zaznaczyć, że to, co się działo w czasie tych obrad, transmitowała telewizja. I że nie czytałem mojej sprawy immunitetowej, która liczy kilkadziesiąt tomów. Nie byłem zainteresowany, co oni tam na mnie zgromadzili, bo to jest po prostu Kafka i nie przypuszczam, żeby coś mnie zaskoczyło w tym materiale dowodowym. Natomiast przeczytałem wniosek o uchylenie immunitetu i zażalenie prokuratora na decyzję, która zapadła w czerwcu tego roku. Zaskoczyło mnie to, że oni w toku tego postępowania karnego, w którym będę podejrzanym, powołali biegłego z zakresu fonoskopii. Biegły sporządził opinię, co ja mówiłem podczas tej sprawy. Zdumiałem się, że w zażaleniu na pierwszą uchwałę tzw. Izby Dyscyplinarnej jest napisane, że z jednej strony wygłosiłem szczegółowe ustne motywy, które były upublicznione i w których relacjonowałem zeznania przesłuchanych, a z drugiej kazałem prokuraturze konfrontować świadków. Przecież to się wszystko ze sobą kłóci. Zajrzałem do mojego postanowienia dotyczącego tzw. Sali Kolumnowej i tam nie ma słowa o konfrontacji. Ten przykład pokazuje, że prokuratura jest tylko jedną z dwóch stron procesu. O tyle groźną, że stoi za nią cała machina państwa. Natomiast często kluczy i kłamie jak oskarżony, który złamał prawo, ale stara się uniknąć odpowiedzialności.
Ile osób jest w pana bandzie?
Wierzę, że blisko 40 mln Polaków.
Poważnie pytam. Pana środowisko też, jak Polska, jest podzielone na pół?
Nie! Łatwo policzyć osoby, które dały się skorumpować politykom. Mówię o sędziach delegowanych do Ministerstwa Sprawiedliwości, nowo wybranych prezesach i wiceprezesach sądów, o sędziach w KRS, o sędziach w nowych izbach w Sądzie Najwyższym. Jestem przekonany, że w tych trudnych czasach przygniatająca większość sędziów zachowała się przyzwoicie. Teraz jest okres próby i wierzę, że sędziowie przejdą go zwycięsko.
Pan jest prawnikiem, pan musi opierać wiarę na przesłankach.
Jestem prawnikiem ze szkoły humanistycznej, więc między paragrafami przede wszystkim wierzę w człowieka.
Pensję panu obniżyli.
Myślę, że sobie poradzę.
Ma pan kredyt mieszkaniowy, dziecko.
Prawie dorosłe. Jest w klasie maturalnej. Nie zastanawiałem się jeszcze nad moją sytuacją finansową. Najbardziej odczuwalne jest na razie odsunięcie od orzekania i od czynności służbowych. Szkoła, do której chodzi dziecko, zaoferowała pomoc.
Płatna szkoła?
Płatna. Na razie jednak nie będę korzystał z pomocy, nie ma takiej potrzeby. Będę się starał spiąć budżet. Żyję skromnie. Nie będę też korzystał z funduszu pomocowego, który został utworzony dla sędziów. Myślę, że to jeszcze nie ten moment. Liczę się z tym, że takie odsunięcie od czynności orzeczniczych i zawieszenie może trwać latami. Zarzuty wobec mnie są tak absurdalne, że nie chodzi o to, żeby sprawa trafiła do sądów powszechnych, które póki co są jeszcze niezależne, tylko żeby to się ciągnęło w nieskończoność, żeby mnie pognębić, żeby grillować mnie i środowisko sędziowskie, i żeby tak gonić króliczka.
To jak pan sobie radzi? Pytam, bo nawet mina pana nie zdradza.
Staram się zachować aktywność fizyczną.
Odpowiada pan jak celebryta.
Staram się utrzymywać relacje z najbliższymi, cieszyć chwilą, wierzyć, że sprawiedliwość zwycięży.
Co z alkoholem?
Nie ma go teraz w moim życiu. Nie piję.
Kiedyś pan pił.
Oczywiście. Dawniej byłem bardzo aktywny towarzysko. Od wielu, wielu lat jestem wycofany. Z używek nic poza kawą i papierosami.
Dlaczego?
Mam taką naturę. Generalnie jestem osobą nieśmiałą i zamkniętą.
Introwertyk – celebryta.
Nie wiem, czy jestem celebrytą. Może to uspokojenie przychodzi z wiekiem. Skończyłem 50 lat i wiem, że jest dużo więcej fajnych rzeczy niż imprezowanie. Mam wrażenie, że dojrzałem około trzydziestki.
Szybko.
Czy ja wiem? Mam przyjaciół. Poza tym te stowarzyszenia sędziowskie, jak Iustitia, są tak zorganizowane, że czuję rzeczywiste, koleżeńskie wsparcie. Są na każde zawołanie.
Boją się o pana?
Boją się. I wiem, że się martwią.
Ale, że pan ma złe myśli, że pan zwariuje?
Sprawdzają, czy nie leżę na kanapie i nie patrzę się w sufit, czy nie jestem w depresji. Wiem, że jest pomoc psychologiczna, że są od tego fachowcy, którzy pracują dla nas pro bono. Nie potrzebuję tego na razie, bo nie jest tak, że siedzę w oknie swojej kawalerki, jaram fajki i patrzę w jeden punkt. Nawet jeszcze nie została mi przedstawiona uchwała, że nie mogę być czynnym sędzią. Czekam. Czekam też, aż zostaną mi przedstawione zarzuty. Nie wybieram się nigdzie, żeby ich wysłuchać, więc będą musieli mnie wziąć za mordę. Nie wiem kiedy, nie ma terminu.
Skują pana?
Nie wiem, jak to technicznie zrobią. Wprosiły się do mnie dwie kamery na tę okoliczność. Operatorzy chcą zamieszkać w mojej kawalerce i czekać razem ze mną.
Na kogo?
Nie wiem, na policję chyba. Na razie jednak czekam na pisemną uchwałę, bo tylko z mediów wiadomo, że jestem pozbawiony immunitetu. Potem nie stawię się na wezwanie.
Daje pan przykład przestępcom.
Każdy powinien się liczyć z konsekwencjami swoich czynów i ja się liczę. Nie uznaję Izby Dyscyplinarnej i jestem gotowy ponieść tego konsekwencje, bo to nie ja psuję prawo. Zastanawiam się, czy jak po mnie przyjdą, to będą mnie trzymali na dołku przez 48 godz., czy coś innego wymyślą.
A potem proces i skazanie.
Prawomocny wyrok skazujący spowoduje to, że zostanę usunięty ze służby sędziowskiej. Choć prędzej jestem w stanie sobie wyobrazić, że trafi mnie meteoryt niż to, że skaże mnie niezależny sąd.