Europejskie elity, jak umieją, bronią się przed Donaldem Trumpem. Przy okazji Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa, która rozpoczęła się w piątek, wypuszczony został raport, który ma ustawić narrację w taki sposób, aby nikt nie miał wątpliwości, że to obecna Ameryka jest współcześnie źródłem destrukcji. Co interesujące, autorzy raportu nie ukrywają, że w świecie, który – ich zdaniem – niszczy Trump, panowała hipokryzja i podwójne standardy, ale w niczym im to nie przeszkadza w budowaniu narracji tak, jakby bronili czegoś cennego.

Monachijski raport przeciw Trumpowi? O co chodzi autorom

Sam tytuł raportu stanowi ironiczne nawiązanie do określenia „W budowie”, używanego przez wszystkich ludzi, którzy coś tworzą – od drogowców po twórców stron internetowych. Tylko że tu napis brzmi „W rozbiórce”, a obok znajduje się rysunek symbolu Partii Republikańskiej, czyli słonia, który się rozpada. Pomysłodawcy tej oprawy graficznej z pewnością są zdania, że polityka prezydenta Trumpa prowadzi do rozkładu jego partii, ale tak naprawdę ich akt oskarżenia, do jakiego sprowadza się tekst, dotyczy destrukcji porządku światowego. „Trump niszczy rzeczy, aby zbudować coś całkowicie odmiennego” – brzmi jedno z początkowych zdań raportu.

Dychotomia, jaka jest budowana, to rozróżnienie między zwolennikami prowadzenia „polityki buldożerowej”, czyli „Ludzi demolek”, jak brzmi tytuł jednego z podrozdziałów, a tymi, którzy chcieliby po prostu reformować światowy porządek. Tym pierwszym przypisywana jest „żądza niszczenia”, mająca swoje źródło w „rozpowszechnionej frustracji związanej z funkcjonowaniem oficjalnych struktur”. Co do tych drugich, to nie jest do końca jasne, czy zwolennicy reformowania nie chcieliby jednak zachowania starego porządku, a w każdym razie jest im do niego bliżej niż do tego, co rodzi się w wyniku działań prezydenta USA.

Co interesujące, zaraz na samym początku raportu umieszczono wykres pokazujący, że stary porządek nie wywołuje entuzjazmu w społeczeństwach rządzonych przez liberalne partie, co mogłoby wskazywać, że działania „ludzi demolek” mają całkiem solidne zakorzenienie w nastrojach społecznych. Co oczywiście nie przeszkadza autorom tekstu argumentować przeciwko temu. W badaniu, o jakim mowa, widać zdecydowaną przewagę tych, którzy uważają, że dzięki obecnym rządom przyszłe pokolenia będą miały się gorzej, nad tymi, którzy mają nadzieję na lepszą przyszłość. We Francji ta przewaga wynosi nawet 60 proc. do 12 proc., podobnie jest w Niemczech i Wielkiej Brytanii.

Dlaczego Chińczycy są największymi optymistami?

Według tego badania największymi optymistami są Chińczycy, których aż 80 proc. wierzy w lepszą przyszłość, ale w tym przypadku jest mało prawdopodobne, aby respondenci odpowiadali na pytania niezgodnie z linią partii, a ta głosi „wielkie odrodzenie Chin”. Jakże więc być pesymistą, skoro ma do tego odrodzenia dojść już w 2049 roku? Zauważmy na marginesie, że zadbawszy (zapewne) dyskretnie o właściwy wynik ankiety u siebie i zdając się na naiwną uczciwość ludzi Zachodu przy badaniu własnych społeczeństw, można włożyć w ich własne ręce zadanie osłabiania morale tak zwanego dawniej „wolnego świata”. W czym zresztą jego przedstawiciele będą ochoczo współpracowali. Aby się o tym przekonać, wystarczy sięgnąć do następnego wykresu. Widać na nim krzywą wzrostu poczucia bezradności, która w ciągu ostatnich pięciu lat znacząco się podniosła i sięga w niektórych krajach ponad 70 proc. Tylko że tego pytania nie zadano Chińczykom ani w pozostałych krajach BRICS. Zgadnij, Koteczku, dlaczego – jakby powiedział Kisiel.

Dalej autorzy raportu ironicznie odwołują się do wspomnień wybitnego sekretarza stanu USA, Deana Achesona, który zatytułował je „Obecny przy tworzeniu”, bo istotnie był jednym z twórców porządku międzynarodowego po II wojnie światowej. Teraz – piszą – jesteśmy „obecni przy niszczeniu”. Polega ono na wycofywaniu się z organizacji międzynarodowych, które w przekonaniu Donalda Trumpa nie służą interesom Stanów Zjednoczonych, a także na lekceważeniu zasad prawa międzynarodowego.

Tu pojawia się zdanie, które stanowi esencję postawy prezentowanej przez autorów monachijskiego raportu: „Podczas gdy poprzednie administracje, kiedy oskarżano je o łamanie prawa międzynarodowego, przedstawiały argumenty prawne, przedstawiciele administracji Trumpa często wydają się nie zwracać wcale uwagi na prawo międzynarodowe”. I dalej: „największym zmartwieniem obrońców międzynarodowego porządku nie jest już istnienie podwójnych standardów (fakt, że obowiązujące normy są przestrzegane wybiórczo), ale wyłanianie się porządku pozbawionego wszelkich standardów”. A właściwie inaczej – opartego na indywidualnym poczuciu moralnym przywódców, bo tuż obok przytoczony jest cytat z Trumpa, że nie jest mu potrzebne prawo międzynarodowe, a ogranicza go tylko „własna moralność”.

Oczywiście Donald Trump jako arbiter moralności może – delikatnie rzecz ujmując – nie przekonywać. Choć do tej pory jego działania idące wbrew prawu międzynarodowemu, jak porwanie Nicolása Maduro w Wenezueli czy bombardowanie irańskich instalacji nuklearnych, co do zasady miały na celu osiągnięcie dobrego celu. Można jednak odnieść wrażenie, że autorzy monachijskiego raportu tęsknią w gruncie rzeczy nie za tym, aby sprawy międzynarodowe nie wisiały na poczuciu słuszności jednego człowieka, ale za tym, aby nadal były we władaniu liberalnej ortodoksji. Najbardziej bowiem obawiają się rozmontowania systemu współpracy liberalnych demokracji promujących liberalno-demokratyczne wartości. Donald Trump porzuca – w mniemaniu autorów – rolę „przywódcy wolnego świata”, którą tak świetnie pełnił Joe Biden, choćby broniąc Ukrainy nie tylko z powodów strategicznych, ale i traktując to jako „obowiązek moralny”. Odzywa się tu znowu przekonanie, że ważne są słowa i na hipokryzję lepiej przymykać oko, bo polityka Bidena była przecież naznaczona zasadniczym rozdźwiękiem między retoryką a działaniem.

Czy projekt liberalny wyczerpał swoje możliwości?

Zachód odchodzi od swojej liberalnej misji opartej na prawach człowieka i uniwersalnych aspiracjach, zaś zza Atlantyku coraz mocniej przekazywane jest nowe rozumienie tego, czym jest Zachód: to „nieliberalno-nacjonalistyczny projekt, gdzie podkreśla się kryteria kulturalne, etniczne i religijne”. Wydaje się, że tu właśnie, a nie w ocenie trumpowego woluntaryzmu w prowadzeniu polityki międzynarodowej, kryje się sedno problemu europejskich elit z ekipą, która przed rokiem opanowała Waszyngton. Ludzie Trumpa otwarcie mówią, że projekt liberalny wyczerpał swoje możliwości i przedstawiają atrakcyjną dla ogromnej części świata wizję ułożenia porządku na nowo, według reguł, które szanują to, w czym wzrastali, aczkolwiek bez złudzenia bezpieczeństwa, jaką dawał liberalny uniwersalizm.

Starcie, do którego dojdzie w Monachium, będzie z pewnością ciekawym wyrazem konwulsji liberalnych elit, które nie mogą uwierzyć, że ich naukowe argumenty nie imają się nieuprzejmych Amerykanów przysyłanych przez aroganckiego handlarza nieruchomościami przebudowującego właśnie budynek Białego Domu na własną modłę. W Monachium będzie Marco Rubio z pięćdziesiątką wszelakiego autoramentu oficjeli, którzy zapewne będą równie bezceremonialni co J.D. Vance przed rokiem.

Na spotkanie amerykańskiej delegacji wysłany został więc raport budujący narrację, że oto zza oceanu przybywa ekipa burzycieli światowego porządku. Jest w tym raporcie także całkiem konkretne oskarżenie o ludobójstwo, bo rozdział o pomocy międzynarodowej zawiera dane, rzecz jasna naukowe, że w wyniku likwidacji USAID do roku 2030 na świecie umrze 14 milionów ludzi. Europejczycy mówią więc na dzień dobry ludziom Trumpa, że nie tylko burzy on ich liberalny porządek oparty na prawach człowieka, ale też ma krew na rękach. Interesujące będzie oglądać dyskusję na ten temat.