Waszyngton wysłał na Bliski Wschód morską grupę uderzeniową z lotniskowcem USS „Abraham Lincoln” na czele. Prezydent USA stwierdził, że armada okrętów zmierzających do regionu jest „nawet większa” niż ta, którą wcześniej skierowano w stronę Wenezueli. Pojawienie się tej flotylli wywołało obawy przed bezpośrednią konfrontacją amerykańsko-irańską. Teheran ostrzegł, że w razie ataku odpowie uderzeniami rakietowymi na amerykańskie bazy, okręty oraz sojuszników USA, w szczególności Izrael.
W ostatnich dniach prezydentowi Trumpowi przedstawiono też rozszerzoną listę potencjalnych opcji militarnych wobec Iranu, których celem byłoby wyrządzenie dalszych szkód irańskim obiektom nuklearnym i rakietowym lub osłabienie reżimu. Opcje te wykraczają poza propozycje, które Trump rozważał jeszcze dwa tygodnie temu jako sposób na powstrzymanie zabijania protestujących przez irańskie rządowe siły bezpieczeństwa. Obecny zestaw możliwości obejmuje nawet potencjalne przeprowadzenie przez amerykańskie siły rajdów na cele znajdujące się na terytorium kraju.
W weekend Trump ogłosił tymczasem, że władze w Teheranie zdecydowały się na negocjacje i zasugerował możliwość zawarcia porozumienia, które pozwoliłoby uniknąć użycia siły militarnej. – Iran rozmawia z nami i zobaczymy, czy uda nam się coś osiągnąć, a jeśli nie, zobaczymy, co się stanie. Wysyłamy tam dużą flotę – powiedział w rozmowie z Fox News. Gdyby Iran chciał uniknąć ataku, musiałby według Trumpa w przekonujący sposób wykazać, że porzucił plany budowy broni jądrowej i zaprzestał wsparcia bliskowschodnich ugrupowań zbrojnych, takich jak Hezbollah. Szanse na to, że Teheran zgodzi się na warunki przedstawione przez Stany Zjednoczone, są jednak niewielkie.
Trump może wobec Iranu zastosować więc strategię podobną do tej, jaką wcześniej wykorzystano wobec Wenezueli. W tamtym przypadku USA przez wiele miesięcy gromadziły siły tuż u jej wybrzeży w ramach kampanii nacisku, mającej na celu odsunięcie od władzy Nicolása Maduro. Próby skłonienia go do opuszczenia kraju zakończyły się niepowodzeniem, co ostatecznie doprowadziło do amerykańskiego ataku i jego pojmania.
Sęk w tym, że Biały Dom nie posiadał planu na dzień po. Gdy Maduro został już wywieziony z Caracas przez amerykańskie siły specjalne, administracja Trumpa miała trudności z udzieleniem jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, jaka jest długofalowa strategia USA wobec Wenezueli. Trump przekonywał, że będzie zarządzać krajem i w razie potrzeby wyśle tam wojska lądowe. Jednocześnie bagatelizował rolę liderki opozycji Maríi Coriny Machado, określając ją jako „bardzo miłą kobietę, ale pozbawioną realnego autorytetu w kraju”.
Sekretarz stanu Marco Rubio częściowo wycofał się już z tych deklaracji, tłumacząc, że Stany Zjednoczone nie będą bezpośrednio administrować Wenezuelą, lecz spróbują zdalnie wyznaczać jej „kierunek”, wywierając presję poprzez kontrolę eksportu ropy. Trump szybko jednak kontrował te słowa, mówiąc: „Będziemy zarządzać wszystkim”. Ostatecznie reżim nie upadł. Władzę w Caracas przejęła Delcy Rodríguez, dotychczasowa wiceprezydentka w administracji Maduro. W Iranie może być podobnie. ©℗