3 stycznia amerykańskie służby specjalne dokonały specjalnej interwencji w Wenezueli – w jej wyniku zginęło 40 osób, a dyktator kraju Nicolás Maduro został uprowadzony i przewieziony do Waszyngtonu. Interwencja, co podkreślają liczni eksperci, stanowi naruszenie norm prawa międzynarodowego. Stoi za nią zmiana myślenia o relacjach międzynarodowych w Waszyngtonie – powrót do doktryny Monroego przywróconej do oficjalnego dyskursu politycznego.

Doktryna zmieniała się przez lata wielokrotnie. Teraz Donald Trump dodał do niej kolejny kontekst. Jak argumentował kilka dni temu w „The New York Times” Jack Nickas, dotychczas podejście Stanów Zjednoczonych do regionu miało charakter ideologiczny: w czasie zimnej wojny była to walka z komunizmem, później – promocja demokracji i wolnego handlu. Zdaniem Nickasa obecny gospodarz Białego Domu zrywa z tym modelem. Jego polityka ma charakter czysto transakcyjny i imperialnie pragmatyczny. Liczy się wyłącznie to, co przynosi bezpośrednie korzyści USA – dostęp do surowców, bezpieczeństwo, rynki zbytu oraz przejęcie kontroli nad polityką strategicznych dla Stanów Zjednoczonych regionów i suwerennych państw.

Doktryna na swoje czasy

Doktryna Monroego z 1823 r. była jednostronnym oświadczeniem prezydenckim, sformułowanym w języku wolności, pokoju i demokracji, ale jednocześnie zawierającym ledwie zawoalowaną groźbę reakcji Stanów Zjednoczonych. Ogłosił ją w dorocznym orędziu do Kongresu prezydent James Monroe (mimo że jej autorem był John Quincy Adams, ówczesny sekretarz stanu). Jej celami były: wykluczenie wpływów europejskich, utrzymanie porządku i stabilności oraz zapewnienie dostępu do rynków i surowców. U podstaw doktryny leżała także rasistowska i paternalistyczna postawa wobec Ameryki Łacińskiej postrzeganej jako region niedojrzały politycznie i wymagający nadzoru.

Treść doktryny opierała się na trzech kluczowych zasadach. Po pierwsze, zakazie nowej kolonizacji. Po drugie, zakazie ingerencji (próby narzucania przez państwa europejskie własnych systemów politycznych w Nowym Świecie były traktowane jako zagrożenie dla USA). Po trzecie, nieingerencji Stanów Zjednoczonych w sprawy europejskie. Uzupełnieniem tych zasad była reguła „no transfer” wyrażająca sprzeciw wobec przekazywania terytoriów w regionie – np. Kuby – innemu mocarstwu.

Stany Zjednoczone obawiały się wówczas, że europejskie mocarstwa mogą próbować odbudować panowanie Hiszpanii w Ameryce Łacińskiej. John Quincy Adams sceptycznie oceniał zdolność społeczeństw latynoamerykańskich do funkcjonowania w systemie demokratycznym, lecz jednocześnie zdecydowanie sprzeciwiał się europejskiej interwencji w regionie.

Jak słusznie zauważa w swojej analizie dla „Revista Nueva Sociedad” Reginaldo Nasser z brazylijskiego Pontificia Universidad Católica de São Paulo, doktryna była pierwszym skutecznym przykładem porządku geopolitycznego, który Carl Schmitt opisał pojęciem Großraum – dużej przestrzeni geopolitycznej kontrolowanej przez jedno dominujące państwo roszczące sobie prawo do wprowadzania porządku w regionie. Formalne jej uznanie w art. 21 Paktu Ligi Narodów nie tylko potwierdziło wyjątkową pozycję Stanów Zjednoczonych, lecz także pośrednio otworzyło drogę innym państwom, takim jak Japonia czy Niemcy, do legitymizowania analogicznych roszczeń regionalnych.

Globalny hegemon vs lokalne potęgi

Za prezydentury Woodrowa Wilsona (1913–1921) doktryna Monroego nie miała już chronić jednej strefy wpływów, lecz stać się modelem globalnego porządku opartego na liberalnych zasadach. Wilson łączył ją z polityką otwartych drzwi (ang. Open Door Policy), która zakładała formalną równość warunków handlowych i sprzeciw wobec kolonialnego podziału rynków, w praktyce jednak służyła przede wszystkim ekspansji kapitału amerykańskiego, nie wymagając jednocześnie otwarcia rynku USA na zagraniczną konkurencję. Razem dawało to podstawy do przypisania Stanom Zjednoczonym roli światowego lidera działającego w imię demokracji, liberalizmu i wolnego handlu. W ten sposób to rynek światowy został zdefiniowany jako nowa granica amerykańskiej ekspansji gospodarczej. Uzupełnieniem tej wizji stało się promowanie przez Wilsona sankcji ekonomicznych jako „pokojowej, cichej, lecz śmiertelnej broni”, która miała zastąpić wojnę konwencjonalną. Od momentu wpisania sankcji do systemu Ligi Narodów wojna ekonomiczna stała się jednym z kluczowych instrumentów polityki zagranicznej USA.

W okresie zimnej wojny nastąpił wyraźny powrót do interwencji. Stany Zjednoczone traktowały Amerykę Łacińską jako jedno z głównych pól walki z ZSRR, czego przykładem były działania w Gwatemali w 1954 r., na Kubie w latach 1961–1962, na Dominikanie w 1965 r., w Chile w 1973 r. oraz w Nikaragui w latach 80. XX w. Doktryna Monroego była wówczas rzadko przywoływana wprost, lecz stale obecna jako logika uzasadniająca działania Waszyngtonu.

Upadek ZSRR pozbawił doktrynę Monroego głównego uzasadnienia, a według części politologów po 1991 r. w praktyce wręcz przestała ona istnieć. Pozostało jej dziedzictwo: utrwalony interwencjonizm, dążenie do hegemonii oraz trwała nieufność Ameryki Łacińskiej wobec Stanów Zjednoczonych.

Nowe znaczenia doktryny Monroego

Jak pisał jeszcze w 2006 r. Mark T. Gilderhus z Texas Christian University, we współczesnych realiach doktryna miała powracać przede wszystkim jako punkt odniesienia o charakterze retorycznym. Rosja i Chiny odwołują się do niej pośrednio, porównując z nią własne działania regionalne i domagając się uznania swoich stref wpływów. W Chinach jej echem jest formułowane przez administrację Xi Jinpinga hasło „Azja dla Azjatów”, natomiast Rosja konsekwentnie traktuje obszar postsowiecki jako swoją „strefę żywotnych interesów”. Stany Zjednoczone oficjalnie dystansują się dziś do doktryny Monroego, jednak w praktyce nadal sięgają po presję gospodarczą, sankcje i instrumenty polityczne. Świadczy to o trwałości XIX-w. logiki – mimo zmian języka i deklaracji.

Z pewnością do tych schematów nawiązuje również polityka Donalda Trumpa, choć jej skuteczność okazała się ograniczona. Nie wszędzie presja przynosiła oczekiwane rezultaty. Meksyk i Kanada, kluczowi partnerzy handlowi USA, potrafiły skutecznie balansować między ustępstwami a obroną własnych interesów.

„Doktryna Monroego to poważna sprawa, ale w dużym stopniu ją zastąpiliśmy – naprawdę w bardzo dużym stopniu” – powiedział Trump na sobotniej konferencji prasowej, zanim po raz pierwszy użył określenia „doktryna Donroego” (połączenie imienia Trumpa i nazwiska piątego prezydenta Stanów).

Sekretarz stanu Marco Rubio zasugerował w ostatnim czasie intencje USA wobec Kuby, mówiąc: „Gdybym mieszkał w Hawanie i był w rządzie, byłbym przynajmniej trochę zaniepokojony”. Szerszy kontekst dają wypowiedzi sekretarza obrony USA Pete’a Hegsetha, który mówił, że celem obecnej administracji jest „ponowne ustanowienie amerykańskiego odstraszania i dominacji na półkuli zachodniej”. Stwierdził, że żaden inny kraj nie byłby w stanie przeprowadzić takiej operacji, jak ta w Wenezueli, i dodał: „Nasi przeciwnicy zostali ostrzeżeni. Ameryka potrafi narzucić swoją wolę wszędzie i o każdej porze”.

Amerykańscy sąsiedzi

Administracja Trumpa otwarcie mówi o obu Amerykach jako o sąsiedztwie, które Stany Zjednoczone muszą kontrolować, aby zachować status globalnego hegemona. Ten sposób myślenia znalazł odzwierciedlenie w publicznych wypowiedziach wysokich urzędników, m.in. wspomnianego już Pete’a Hegsetha. Istota „doktryny Donroego” polega na uznaniu całej półkuli zachodniej za strefę wyłącznych wpływów USA. Pojawia się tutaj jednak kilka różnic. Głównym rywalem nie są już europejskie imperia, lecz Chiny, które w ostatnich dekadach silnie zakorzeniły się gospodarczo i politycznie w Ameryce Łacińskiej. Administracja Trumpa dopuszcza przy tym otwarty podział świata na strefy wpływów między USA, Chiny i Rosję.

Trump odchodzi od klasycznych programów pomocy i instrumentów soft power, zastępując je prostym mechanizmem nagradzania lojalnych rządów i karania nieposłusznych. Wśród beneficjentów tej polityki znalazła się Argentyna, gdzie prezydent Javier Milei – jawnie protrumpowski – otrzymał 20 mld dol. pomocy finansowej. Wsparcie to pomogło mu ustabilizować władzę i wygrać wybory pośrednie, a w zamian USA uzyskały dostęp do argentyńskich surowców krytycznych. Prezydent Salwadoru Nayib Bukele zgodził się osadzić w więzieniu o zaostrzonym rygorze ponad 200 deportowanych z USA Wenezuelczyków. W nagrodę Stany Zjednoczone zniosły ostrzeżenia turystyczne dotyczące kraju oraz przekazały Salwadorowi przywódców gangu MS-13. Panama, Ekwador i Gwatemala uzyskały nowe umowy handlowe i dzięki ścisłej współpracy z administracją Trumpa uniknęły presji ze strony Waszyngtonu. Efektem tej strategii jest wzmocnienie prawicowych rządów w regionie oraz wyraźny wzrost ich popularności.

Ameryka posłuszna, oporna i lawirująca

Państwa, które nie podporządkowują się Waszyngtonowi, spotykają się z ostrą reakcją. W przypadku Nikaragui administracja USA grozi wprowadzeniem 100-proc. ceł. Kuba, nie mówiąc już o Wenezueli, pozostaje objęta izolacją. Sam Trump powiedział niedawno, że „ukarane” mogłyby zostać także Kolumbia czy Meksyk.

Jednocześnie Stany Zjednoczone znacząco zwiększają obecność militarną w regionie. Rozmieszczono tam ponad 15 tys. żołnierzy, a największy lotniskowiec świata operuje w pobliżu wybrzeży Wenezueli. Od września przeprowadzono 21 ataków na jednostki określane jako łodzie przemytników narkotyków – bez publicznego przedstawienia dowodów potwierdzających zarzuty. Zginęły 83 osoby. Skala i charakter tych działań budzą poważne wątpliwości prawne, również w samym Kongresie USA.

Konsekwencje tej polityki widoczne są także w Kolumbii. Po krytyce amerykańskich ataków przez prezydenta Gustava Petra Waszyngton wstrzymał pomoc finansową, przeprowadził uderzenie na kolumbijską łódź oraz nałożył na Petra sankcje personalne, oskarżając go o powiązania z handlem narkotykami. Efektem jest wyraźny spadek popularności prezydenta oraz realna perspektywa zwycięstwa prawicy w kolejnych wyborach.

Polityka Stanów Zjednoczonych wobec regionu prowadzi do coraz głębszej polaryzacji Ameryki Łacińskiej, dzieląc państwa na rządy uległe wobec Waszyngtonu oraz te, które są karane. Towarzyszy temu załamanie dialogu regionalnego – z powodu braku porozumienia między uczestnikami po raz pierwszy w historii odwołano Szczyt Ameryk (miał się odbyć z początkiem grudnia 2025 r., ale w wyniku „znaczących różnic” przeniesiono go na drugą połowę tego roku). Jednocześnie widoczne jest przesunięcie polityczne w prawo: osłabienie lewicy w Boliwii oraz zwycięstwa ugrupowań prawicowych w Chile i Peru.

Strategia Donalda Trumpa napotyka jednak wyraźne ograniczenia. Meksyk i Kanada zachowują znaczną autonomię, częściowo spełniając amerykańskie żądania, ale skutecznie broniąc własnych interesów. Miejscem najpoważniejszego testu okazała się Brazylia. Trump nałożył 50-proc. cła, próbując chronić swojego sojusznika Jaira Bolsonara. Efekt był jednak odwrotny: wzrosła popularność Luli da Silvy, Bolsonaro został skazany na 27 lat więzienia, a Trump ostatecznie wycofał się z konfrontacji i rozpoczął negocjacje.

„Kategorycznie odrzucamy ingerencję w wewnętrzne sprawy innych krajów. Historia Ameryki Łacińskiej jest jasna i wymowna: interwencje nigdy nie przyniosły demokracji, nigdy nie zapewniły dobrobytu ani trwałej stabilności” – argumentowała prezydent Meksyku Claudia Sheinbaum. Jej zastrzeżenia są o tyle istotne, że kraj ten nadal sprzeciwia się agresywnej polityce celnej ze strony USA. Luiz Inácio Lula da Silva odpowiedział zaś Trumpowi, że „Brazylia nie jest już niczyją kolonią”. W odpowiedzi na atak na Wenezuelę zaczął jednak zabiegać mocniej o podpisanie umowy między Mercosurem a Unią Europejską. Brazylijski prezydent mówi wprost o tym, że UE powinna „zdobyć się na odwagę”.

„Doktryna Donroego” destabilizuje region, wzmacnia tendencje autorytarne i zwiększa ryzyko konfliktów zbrojnych, ale przynosi Trumpowi krótkoterminowe zyski polityczne. Uprowadzenie Madury nie jest więc incydentem, lecz logiczną konsekwencją paradygmatu, w którym Stany Zjednoczone uznają półkulę zachodnią za obszar swojego wyłącznego zarządzania. W tym ujęciu Wenezuela nie jest państwem podlegającym ochronie norm międzynarodowych, lecz problemem operacyjnym: źródłem niestabilności, konkurencji surowcowej i politycznego oporu wobec Waszyngtonu.

Znaczenie tego przypadku wykracza daleko poza samą Wenezuelę. Po raz pierwszy od dekad doszło do tak jawnego użycia siły wobec suwerennego państwa w regionie bez próby stworzenia szerokiej narracji ideologicznej czy humanitarnej. To sygnał, że USA testują prosty model działania: lojalność oznacza ochronę i korzyści, nielojalność – sankcje, destabilizację lub bezpośrednią interwencję.

Ten precedens pokazuje, że powrót do logiki stref wpływów nie jest już tylko postulatem teoretycznym, lecz narzędziem bieżącej polityki. Dla Ameryki Łacińskiej oznacza to trwałe podważenie resztek autonomii strategicznej, a dla systemu międzynarodowego – dalszą erozję norm ograniczających użycie siły. To właśnie dlatego sprawa Wenezueli nie jest lokalnym kryzysem, lecz zapowiedzią nowego etapu globalnej rywalizacji, w którym prawo ustępuje miejsca skuteczności. ©Ⓟ