Niemcy wysyłają polityków do sztabów kandydatów. Urzędnicy rządu RFN wysokiego szczebla nawiązują kontakty z obydwoma obozami. Polscy politycy śledzą kampanię zza biurka.
Reklama
Europejskie rządy przygotowują się do zmiany władzy w USA. Ich przedstawiciele biorą udział w spotkaniach z doradcami Donalda Trumpa i Hillary Clinton. Reprezentanci najważniejszych partii politycznych akredytują się przy sztabach kandydatów, obserwując kampanię i przy okazji nawiązując przydatne kontakty.
Głośne było ujawnione niedawno przez magazyn „Der Spiegel” spotkanie sekretarza stanu w MSZ RFN Markusa Ederera z doradcą Trumpa Samem Clovisem. Do USA z misją zwiadowczą pojechał też Andreas Scheuer z CSU. Oficjalnie, by obserwować walkę Trump–Clinton. Analizą dynamiki kampanii zajmuje się również federalne ministerstwo finansów, które interesuje się przede wszystkim wariantem zwycięstwa republikanina ze względu na protekcjonistyczne propozycje składane w czasie kampanii. Z punktu widzenia Niemiec jako państwa eksportowego (USA jest jednym z kluczowych rynków) deklaracje kandydatów mają strategiczne znaczenie.
Szwedzi poszli krok dalej niż RFN. Ich premier Stefan Löfven przyglądał się konwencji republikanów w Cleveland. Uznał po niej, że przesłanie kandydata opiera się „na strachu i nienawiści”, podczas gdy kandydatka demokratów mówi o przyszłości „z nadzieją i troską”.
Jak komentuje prasa niemiecka, logika wyborów w USA i skala proponowanych zmian w Waszyngtonie powodują, że Europa znacznie bardziej angażuje się w obserwowanie polityki po drugiej stronie Atlantyku niż zazwyczaj.
Z racji radykalnych poglądów Trumpa w kwestii zaangażowania militarnego USA w Europie i potencjalnego zaostrzenia stosunków USA–Rosja w razie zwycięstwa Clinton (Rosjan oskarża się o próbę wpływania na wynik rywalizacji i działanie na niekorzyść demokratki) zapytaliśmy o skalę polskiego zainteresowania przebiegiem wyborów. Nie widać jednak, byśmy w jakiś ponadstandardowy sposób obserwowali to, co dzieje się za Atlantykiem. MSZ działa rutynowo. Partie – zza biurka.
„Kampania wyborcza jest monitorowana zarówno przez naszą placówkę w Waszyngtonie, jak i ekspertów w centrali. Dotyczy to w szczególności prezentowanych przez kandydatów poglądów w zakresie polityki zagranicznej USA” – napisało w odpowiedzi na nasze pytania biuro prasowe MSZ. „Polska dyplomacja nawiązała kontakt z doradcami kandydatów oraz potencjalnymi kandydatami na stanowiska, które wiążą się z polityką zagraniczną (m.in. Biały Dom i Narodowa Rada Bezpieczeństwa, Departament Stanu, Departament Obrony). Głównym kanałem komunikacji jest nasza placówka w Waszyngtonie. Intensyfikacja kontaktów będzie miała miejsce po wyborach w odniesieniu do członków »transition teamu« odpowiedzialnego za przejęcie urzędu przez prezydenta elekta od obecnej administracji” – precyzowano.
Polskie partie polityczne nie wychodzą poza standard. Rzecznik PO Jan Grabiec powiedział w rozmowie z nami, że jego ugrupowanie nie ma oficjalnie powołanego zespołu do monitorowania wyborów w Stanach. Chociaż, jak dodał, „politycy PO, którzy wcześniej piastowali stanowiska w dyplomacji, interesują się tą sprawą”.
Nowoczesna i PiS nie odpowiedziały na nasze pytania.
Oprócz obserwacji kampanii politycy w Europie coraz chętniej zajmują stanowisko w sprawie tego, kto jest ich faworytem. Lewicowy premier Włoch Matteo Renzi powiedział, że woli Hillary Clinton, ale poważa amerykańską demokrację, jeżeli Trump wygra, to będzie z nim współpracować.
Szef MSZ Niemiec, socjaldemokrata Frank-Walter Steinmeier nazwał nawet Hillary swoją przyjaciółką. „Jest ona świetnym dowódcą na trudne czasy. Ale jest też kobietą o niewyobrażalnym talencie politycznym i woli podejmowania ciężkiej pracy” – napisał w komentarzu na łamach „Bilda”.
Niektórzy przekazują swoje poparcie Clinton poprzez krytykę jej rywala. Socjalistyczny premier Francji Manuel Valls nazwał Trumpa „złym człowiekiem”.
Wśród polityków sprawujących obecnie władzę w UE Trump może liczyć na Viktora Orbana, który przekonuje, że tylko miliarder jest w stanie zapewnić światowi pokój.