"Po mszy św. zobaczyłem go otoczonego przez dziennikarzy z całego świata, reporterów, telewizje. Dziennikarze ominęli obecnych tam wybitnych opozycjonistów i pobiegli za nim. Widzę, że jest szczelnie otoczony tym wianuszkiem, z drugiej strony kolejny wianuszek przyjaciół i trzeci, który widziałem okiem wyobraźni - ludzi władzy, którzy na to patrzą. Ten obraz był dla mnie przeciwstawieniem tych dwóch potęg - państwa i komunizmu, a z drugiej strony siły ducha tego człowieka, przy całej jego kruchości" - tak o zainteresowaniu zagranicznych mediów księdzem Jerzym Popiełuszką mówił w jednym z wywiadów ks. prałat Jan Sikorski. Przyznał jednocześnie, że właśnie to był moment, kiedy zdał sobie sprawę z tego, że życie ks. Jerzego jest zagrożone.

Trudno określić dokładną liczbę zagranicznych dziennikarzy, którzy wtedy pracowali w Polsce, ale poza Bernardem Marguerittem wśród nich byli na pewno Jacques Dimet, który pracował dla francuskiego lewicowego dziennika "L'Humanite", a także niemiecka dziennikarka Renate Marsch. Polak, Krzysztof Bobiński, relacjonował wtedy wydarzenia w kraju dla londyńskiego "Financial Times".

Kazania ks. Popiełuszki na mszach za ojczyznę, naciski władz na Episkopat, by go i innych księży "wyciszać", stosunki między Episkopatem i prymasem Józefem Glempem a Popiełuszką, porwanie, zabójstwo, pogrzeb i proces - to główne tematy z Polski, które interesowały zagraniczne redakcje w tamtym okresie.

"Starałem się, by Francuzi zrozumieli niezwykłość tej postaci, niezwykłość przejawiającą się i w tym, że ks. Popiełuszko to był zwykły człowiek. To było pokazywanie, jaka jest siła autentycznej wiary. Przekazywałem to, kim był ks. Jerzy, jak ogromne były konsekwencje działania tego skromnego, małomównego człowieka, jak ludzie się dzięki niemu organizowali, jak działali. Ale wątpię, czy oni zrozumieli. We Francji mamy stan klinicznej śmierci duchowej, oprócz małych grup, bardzo dynamicznych, młodych, to ogólnie - życie duchowe we Francji nie istnieje" - powiedział PAP Bernard Margueritte.

Według Krzysztofa Bobińskiego, redakcja w Londynie interesowała się ogólną sytuacją w Polsce, a wydarzenia związane z ks. Popiełuszką "były fragmentem większej całości".

Zarówno Bobiński, jak i Margueritte zwykle byli na comiesięcznych mszach za ojczyznę w kościele św. Stanisława Kostki. "Często w życiu miałem momenty, kiedy nie wiedziałem do końca, czy uczestniczę w jakimś wydarzeniu prywatnie, czy zawodowo. Na mszach za ojczyznę byłem sobą, reagowałem uczuciowo, ale również pracowałem - musiałem zanotować to, co mówił ksiądz Jerzy, co było na transparentach, co ludzie krzyczeli, jaka jest atmosfera. To bywało trudne" - wspominał Margueritte.

"Kazania Popiełuszki miały pewien wydźwięk polityczny, zatem tym się interesowano w Londynie. Interesowano się też, ale nie tak bardzo jak ks. Popiełuszką, innymi księżmi tego typu, którzy działali w Krakowie, w Toruniu, Bydgoszczy" - tłumaczył Bobiński. Jego zdaniem, Brytyjczycy byli też zainteresowani "próbami Episkopatu wyciszenia takich księży, bo Episkopat był pod dużym naciskiem władz, by coś z nimi zrobić" - tłumaczył. Bobiński przyznał, że nie opisywał każdej mszy za ojczyznę, bo byłoby to trudne do zrozumienia dla brytyjskiego czytelnika. "Kościół i księża, nawet tak radykalni, jak ks. Popiełuszko, mówili językiem umownym. Nie było właściwie o czym pisać, bo wierni rozumieli go doskonale, ale byłoby to trudne do zrozumienia w odbiorze zagranicznym. To opisywano raczej nie jako wydarzenie jednostkowe, tylko jako zjawisko, które się działo" - wyjaśnił.

Margueritte przyznaje, że z oczywistych powodów częstotliwość pisania o wydarzeniach w Polsce wzrosła w październiku. "Wtedy pisałem praktycznie codziennie. Pamiętam okres, kiedy oczekiwaliśmy, bo nie bardzo wiadomo było, co się stało z księdzem. Było ogromne napięcie, zagubienie" - mówił w niedawnej rozmowie z PAP.

O tym napięciu tak pisał 24 października 1984 r. w "Le Figaro": "Im bardziej czas mija, tym bardziej poruszenie spowodowane w całej Polsce porwaniem księdza Popiełuszki, gorącego obrońcy Solidarności i praw człowieka, nieustannie wzrasta. Jednocześnie niepokój co do losu księdza jest coraz większy i szanse, aby go odnaleźć żywego, maleją z godziny na godzinę, (...) sytuacja jest dramatyczna. Mamy do czynienia ze wzrostem w Polsce zagrożenia faszystowskiego czy raczej narodowo-komunistycznego. Hasła tych grup to: powrót do stalinizmu, tłumienie Kościoła, wyeliminowanie prywatnego chłopstwa czy rzemiosła, trzymać w cuglach intelektualistów i opozycję demokratyczną".

"Zabójstwo to było ogromne wydarzenie, podobnie późniejsze przyznanie rzecznika rządu Jerzego Urbana, że to zrobił ktoś z władzy - pamiętam, że o tym pisałem osobne informacje" - powiedział PAP Bobiński.

"Pół miliona ludzi. Ból, ale i determinacja, aby być wiernym ideałom księdza" - czytali Francuzi 5 listopada 1984 r. w "Le Figaro" w relacji Margueritte'a z pogrzebu ks. Jerzego.

Obaj dziennikarze relacjonowali też szczegółowo proces zabójców księdza. "Czy w tej małej salce toruńskiego trybunału - gdzie mieści się sto osób i gdzie każdy musi być sprawdzony przez żołnierzy w stroju bojowym używających detektorów broni - zostanie rzucone pełne światło na tragedię, która Polsce dała nowego bohatera walk o wolność i chrześcijaństwu da jutro nowego świętego?" - zastanawiał się w "Le Figaro" Margueritte.

Według niego, być w tamtych czasach w Polsce i nie pisać o księdzu Popiełuszce - to było niemożliwe. "Musieliśmy pisać: o tych reakcjach ludzi, niepokoju, przygnębieniu, napięciu. O tym, co się mówi w kulisach. Często w tekstach odwoływaliśmy się do dramatu, ofiary ks. Jerzego, bo to było elementem bardzo istotnym dla postawy ludzi, nastawienia, wiary w przyszłość. To było też elementem wpływającym na sytuację i w ramach władzy i w stosunkach między władzą i Kościołem" - powiedział.

Bobiński wspomina, że po śmierci księdza, wyrobił się zwyczaj pielgrzymowania do jego grobu, i to nie tylko wśród Polaków. "W pewnym sensie, ks. Popiełuszko stał się tym, kim stał, po tym jak został zamordowany. Pamiętam, jak przyjechał do Polski wiceminister spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii, Malcolm Rifkind. Przyjechał do św. Stanisława Kostki, złożył wieniec na grobie księdza Popiełuszki. Od tego czasu, zawsze ktokolwiek przyjeżdżał z Zachodu, z jakąkolwiek wizytą, musiał czuć się zobowiązany, by być na grobie. Wyrobił się taki zwyczaj. Ks. Popiełuszko, zaczął za granicą w ten sposób funkcjonować po śmierci" - wyjaśnił.

Zdaniem Bernarda Margueritte'a dziennikarze zagranicznych mediów w tamtym okresie mieli świadomość, że ich praca jest podwójnie ważna. "Wiedzieliśmy, że pracujemy nie tylko dla swoich odbiorców - w moim przypadku głównie we Francji, ale też w Belgii, Szwajcarii, Kanadzie - ale nie tylko dla nich. To byłoby normalne. Na tym nasza rola się nie skończyła. Wiedzieliśmy, że wieczorem, to, co przekazywaliśmy, wróci do Polski przez Wolną Europę. Mieliśmy więc podwójną rolę: informować naszych normalnych odbiorców, ale też społeczeństwo polskie. To Polaków podnosiło na duchu" - powiedział.

"Nie jestem przekonany, czy gdyby nie ofiara ks. Popiełuszki, to ludzie mieliby siłę przetrwać ten okres. Często ofiara dramatycznej śmierci ma konsekwencje błogosławione, umacnia ludzi, daje wolę walki, uprzytamnia, co jest naprawdę ważne. Myślę, że jego błogosławienie ma ogromne znaczenie dzisiaj, może ludziom dać odwagę, wiarę w wyższe ideały. Myślę, że to w dalszym ciągu trwa i będzie trwało. Jeśli jesteśmy wierni nauce ks. Popiełuszki, jest szansa, by zanieść to do Europy" - powiedział francuski dziennikarz. (PAP)

ktt/ malk/ jra/