Jackiewicz przed walką z Hlatshwayo: nie żałuję niczego, co zrobiłem złego

Jackiewicz przed walką z Hlatshwayo: nie żałuję niczego, co zrobiłem złego
DGP
17 kwietnia 2009

Nie żałuję niczego, co zrobiłem złego w życiu. Nie ukrywam, że miałem kłopoty z prawem, dostawałem wyroki w zawieszeniu. Burzliwa młodość sprawiła, że wyrobiłem w sobie charakter do ciągłej, twardej walki - przyznał w rozmowie z PAP bokser Rafał Jackiewicz, który będzie walczył z Isaakiem Hlatshwayo z Republiki Południowej Afryki o tytuł mistrza świata federacji IBF w wadze półśredniej.

Rafał Jackiewicz mistrzem świata IBF wagi półśredniej. To brzmi wręcz nieprawdopodobnie.

R.J.: Brzmi bardzo nieprawdopodobnie, tym bardziej, że ta kategoria wagowa jest świetnie obstawiona. Dostanie się do pojedynku eliminacyjnego to już kosmiczna sprawa, a co dopiero konfrontacja o właściwy tytuł. W ostatnim czasie odwaliłem kawał dobrej roboty, ale to co zrobili moi trenerzy - Fiodor Łapin i Paweł Skrzecz, i promotorzy - Andrzej Wasilewski i Piotr Werner, doprowadzając do tej walki, to jest mistrzostwo świata.

Jak zareagował Pan na informację o walce z Hlatshwayo?

R.J.: Z wrażenia wyrzuciłem batonika z ręki. Nie, żartuję. Akurat spacerowałem z córką Mają, gdy zadzwonił Łapin. Pierwsze wrażenie? Niedowierzanie, wielka radość, ale i satysfakcja, że opłaciło się ciężko pracować i rezygnować z pewnych przyjemności.

Za chwilę Pana nazwisko może znaleźć się obok największych sław pięściarstwa.

R.J.: Wiem, że Hlatshwayo to kozak z górnej półki, ale wierzę, że mogę wygrać. To nie tak, że pojadę, wyjdę do ringu i będę boksował. Nie, ja wypluję flaki z siebie i dam więcej niż mogę. Będę napier... dopóki nie spuchnę, ale jeśli zabraknie sił, to dalej będę bił ile wlezie.

Mosley, Cotto, Margarito czy Betto wiedzą kim jest pretendent z Polski?

R.J.: Na pewno nie wiedzą, bo co ich obchodzi prosty chłopak z Mińska Mazowieckiego? Ale niedługo mogą się dowiedzieć, bo przy moim poświęceniu, podejściu do treningów i kariery jestem w stanie zwyciężyć. Najważniejsze, że daję sobie radę z utrzymaniem wagi.

Pas IBF to poważne wyzwanie, ale i poważne pieniądze do zgarnięcia?

R.J.: Szczerze, to nawet nie wiem, ile mogę zarobić. Z pewnością nie będzie to bardzo duża suma. Za wcześnie jeszcze na super gażę.

Ma Pan pomysł jak zainwestować wypłatę?

R.J.: Nie myślę o tym, koncentruję się tylko na walce. Nic nie jest w stanie powstrzymać mnie przed wygraną. Chociaż o jednym zapomniałem, chcę sprawić sobie kilkuletni samochód bmw "siódemkę".

Niespodziewany pojedynek z Hlatshwayo sprawił, że musi odwołać Pan zaplanowany na 4 lipca ślub z narzeczoną Martą Mrówką.

R.J.: Marta rozumie, że to moja życiowa szansa, więc nie jesteśmy rozczarowani. Każdy, kto mnie zna, wie, że czy zostanę mistrzem świata, Polski czy tylko podwórka, to i tak będę tylko z Mrówką. Ślub odbędzie się za rok.

Dlaczego do przyszłej żony zwraca się Pan po nazwisku?

R.J.: Bo ma fajne nazwisko. Rzadko mówię Marta. Wspólnie z przyszłą małżonką prowadzimy w Mińsku Mazowieckim dziecięcy klub rozrywki z grupą przedszkolną o nazwie "Mrówkolandia". Niestety, biznes nie przynosi dochodów.

Żałuje Pan grzechów młodości?

R.J.: Nie żałuję niczego, co zrobiłem złego w życiu. Burzliwa młodość, bez ojca, później także bez mamy, która wcześnie zmarła, sprawiła, że wyrobiłem w sobie charakter do ciągłej, twardej walki. Być może gdyby nie to wszystko, nie byłbym taki odporny na wszelkie życiowe niespodzianki i stresy.

Dziwne, że człowiek z taką przeszłością jak Pan nigdy nie odwiedził żadnego zakładu karnego.

R.J.: Ciężko zliczyć, ile razy zatrzymywany byłem na 48 godzin. Mińsk Mazowiecki, Garwolin, Kołbiel, Otwock... Gdzie ja nie byłem na "dołku"? Ale na szczęście więzienia uniknąłem.

Pobicia to najpoważniejsze sprawy z Pana przeszłości?

R.J.: Było kilka takich wydarzeń. Niektóre kończyły się nie tylko na pobiciach, ale nie rozwijamy tego tematu.

Podobno była sytuacja, w której Pan był poszkodowanym?

R.J.: Około dziesięciu lat temu zdarzyło się, że zostałem uprowadzony. Nikogo jednak nie "sprzedałem" i wszystko dobrze się skończyło.

O wiele gorzej mogło zakończyć się przystawienie pistoletu do głowy na jednej z dyskotek.

R.J.: Wstawiłem się za kolegą, którego biło czterech typków. Jeden z nich przystawił mi broń do głowy, a później do kolana. Miałem sporo szczęścia, że wyszedłem z tego bez szwanku. Jak zwykle w życiu spadłem niczym kot na cztery łapy.

W 2002 roku był Pan znów bliski śmierci.

R.J.: To była najtragiczniejsza sytuacja z moim udziałem, a doszło do niej podczas świętowania pierwszych urodzin synka Jacka. Dostałem nożem w serce i niewiele zabrakło do śmierci. I znów powtórzę, że te wszystkie przeżycia, sytuacje, gdy przyjeżdżano, straszono mnie, tylko umocniły moją pozycję. Każdy chciał się sprawdzić z Rafałem Jackiewiczem, bo miałem w okolicy opinię dobrego zawodnika.

Wie Pan kto próbował Pana zabić?

R.J.: Nie chcę o tym rozmawiać.

Jak świętował Pan zdobycie mistrzostwa Europy i późniejsze obrony tytułu?

R.J.: Objadałem się cukierkami, ciastkami, batonikami. Po prostu masakra. Ale w ogóle nie piłem. Kiedyś był od razu alkohol i zabawa do rana. To już przeszłość.

A jak walka z Hlatshwayo zmieniła Pana przyszłość?

R.J.: Bardzo zmieniła najbliższą przyszłość, bowiem w sobotę miałem stanąć na bramce w dyskotece, a w niedzielę zagrać w meczu piłkarskim. Sytuacja finansowa sprawiła, że do głowy zaczęły przychodzić szalone pomysły.

Rozmawiał: Radosław Gielo


Autopromocja
381453mega.png
381455mega.png
381148mega.png
Źródło: PAP

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.