Polska delegacja jednak nie poleci 10 kwietnia do Smoleńska – poinformował w piątek szef KPRM Michał Dworczyk. W TVP Info dodał, że Rosja nie przekazała rządowi jednoznacznej odpowiedzi na założenia logistyczne tej wizyty, co uniemożliwiało przeprowadzenie jej zgodnie z polskimi procedurami bezpieczeństwa.
Maciej Miłosz / Media / mat. prasowe
– Dzisiaj w nocy (z czwartku na piątek 3 kwietnia – red.) zapadła decyzja o przełożeniu daty wizyty (…). Pan premier wraz z delegacją rządową, przedstawicielami parlamentu miał oddać hołd pomordowanym oficerom w Katyniu i ofiarom katastrofy lotniczej w Smoleńsku – mówił.
Dialog z Rosjanami na temat szczegółów tego wyjazdu miał trwać od początku lutego. W czwartek w DGP pisaliśmy, że po stronie polskiej do ostatniej chwili trwały przygotowania, mimo zagrożenia epidemicznego w Rosji i na Białorusi. I mimo braku wiarygodnych informacji na temat tego, jak naprawdę rozwija się COVID-19 w tych krajach. Podawaliśmy, że w 1 Bazie Lotnictwa Transportowego na 10 kwietnia zamówiono rządowego boeinga 737, a w składzie delegacji miało się znaleźć 49 osób. W tym premier Mateusz Morawiecki, prezes PiS Jarosław Kaczyński i przedstawiciele wszystkich klubów opozycyjnych.
Jak przekonuje Michał Dworczyk, plan upadł, bo przedstawiciele Federacji Rosyjskiej, pomimo deklarowanej zgody na wizytę w Smoleńsku, nie udzielili „jednoznacznej, pisemnej odpowiedzi na przedstawione założenia logistyczne”. Reakcja Rosji na takie postawienie sprawy była natychmiastowa. Jeszcze tego samego dnia MSZ poinformował o rzekomej „maksymalnej gotowości” do współpracy ze stroną polską, przerzucając winę na „polskich politykierów”. Słowa Dworczyka określono mianem „prowokacyjnego wypadu”, który „wywołuje konsternację”. Strona rosyjska przekonywała również, że jeszcze 30 marca odbyła się wideokonferencja Służby Ochrony Państwa i jej rosyjskiego odpowiednika Federalnej Służby Ochrony. Miano omawiać na niej szczegóły techniczne zabezpieczenia wizyty.
KPRM przekładając wizytę, postąpił właściwie. Niezależnie od tego, czy Rosjanie współpracowali czy nie, pik epidemii koronawirusa nie był dobrym czasem na wyjazd. Szef kancelarii premiera Michał Dworczyk przy okazji popełnił jednak poważny błąd. Miał do wyboru całą paletę racjonalnych argumentów, które uzasadniały zawieszenie przygotowań. Brak wiedzy na temat liczby zakażeń w Rosji i na Białorusi, gdzie miał wylądować rządowy boeing, czy liberalne podejście Alaksandra Łukaszenki do walki z chorobą to tylko niektóre z nich. Dworczyk bez umiaru eksploatując w TVP wątek rosyjski, za darmo dał Moskwie pretekst do jeszcze większej złośliwości przy organizowaniu wizyty w przyszłości. Ten brak gotowości do współpracy Rosjanie zapowiedzieli już wprost w piątkowym oświadczeniu MSZ. „Zamiast wdzięczności mamy teraz do czynienia z wyzywającą niewdzięcznością (…). Wyciągnęliśmy odpowiednie wnioski” – napisano.
Nie mamy podstaw, by wierzyć w wersję na temat kulisów organizowania wizyty przedstawioną przez rosyjski MSZ. Resort spraw zagranicznych tego kraju nie jest ani chorobliwie uczciwy, ani przesadnie wiarygodny. Jego przedstawiciele mogą powiedzieć wszystko. Pozostaje jednak pytanie: czy uzasadnienie odwołania wizyty wygłoszone publicznie przez ministra Dworczyka i powołanie się na brak współpracy ze strony Moskwy ma jakiekolwiek praktyczne uzasadnienie? Czy istnieją jakiekolwiek korzyści z takiego postawienia sprawy?
Możliwe, że jest to komunikat dla Jarosława Kaczyńskiego. Informacja, że istnieją obiektywne przeszkody w organizacji wylotu. Niezależne od Warszawy. Czy pandemia nie jest taką obiektywną przeszkodą? Przyznanie tego wprost należałoby uznać za przejaw racjonalności. Dowód, że liderzy państwa są w stanie wyciągać wnioski z katastrof w przeszłości. Wielu taki komunikat doceniłoby. Bo COVID-19 jest wystarczającym powodem, by nie lecieć do Rosji. Tak samo jak wystarczającym powodem, by nie lądować w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 r., była po prostu mgła.