- Lata pracy przy newsach, codzienny deadline, wielkie napięcie i wielki stres. Nie przez przypadek dziennikarze żyją krócej. Ja też nie dawałem sobie rady ze stresem i kompensowałem sobie to napięcie jedzeniem - mówi w wywiadzie dla DGP Tomasz Sekielski.
Sto kilo.
Nie, chcę zrzucić sto kilogramów. Co tu gadać, muszę stracić kwintal wagi, jak tucznik. Uwierz mi, nie jest łatwo mówić takie rzeczy, ale takie są realia.
Tak, choć to nie wydarzy się w pół roku ani nawet w rok. To cel mniej więcej na dwa lata.
Muszę mieć dystans i do świata, i do siebie, zwłaszcza teraz. Bo co innego mam zrobić? Siąść i rozpaczać?
Niejeden raz miałem wszystkiego dosyć.
Chyba nie, bo przecież normalnie pracowałem, jakoś funkcjonowałem, więc tak bym tego nie nazwał. To na pewno nie była taka depresja jak w książkach, nie odcinało mi zasilania i nie zamykałem się w pokoju.
Ogarniał mnie coraz większy wstyd, chowałem się w sobie.
Ale nie miałem ochoty do nich wychodzić.
Ze wstydu właśnie. Nie chciałem się pokazywać. Co, znowu założę tę samą koszulę, bo ją ostatnio kupiłem, a ona już jest przymała?
Szykowałem się na wesele znajomych i trzeba było się ubrać. Garnitury mam takie, że zmieściłoby się tam pół dzisiejszego mnie, odpadają. No, ale jest marynarka, którą niedawno kupiłem. Wziąłem tę największą, próbuję i nie bardzo się mieszczę, a przecież na takim weselu wszyscy mnie rozpoznają, patrzą jak jestem ubrany. Czułem się z tym fatalnie, łapałem doła.
Bo to byli moi przyjaciele. Na weselu wszyscy mnie rozpoznawali i na początku było miło, ale po kilku kielonkach jakiś odważniejszy wujek mówił mi: „Ależ pan jest wielki!”, a po kolejnych kilku już walił prosto z mostu: „Ale się spasłeś”.
Czułem się fatalnie, wróciłem do domu i co mogłem zrobić, żeby poprawić sobie ten koszmarny nastrój? Otworzyłem lodówkę i nie brałem jeńców, znikało wszystko. W ogóle dużo jadłem, ale głównym problemem było chyba to, że miałem bardzo mało ruchu. I to jest spirala, bo jak już jesteś gruby, to nie chcesz wychodzić. Czułem, że wyglądam źle i nie miałem specjalnie ochoty paradować i pokazywać się wszystkim, bo przecież wiem, że zaraz ktoś mnie rozpozna.
W takiej sytuacji unikasz publicznego pokazywania się. Ja, z racji pracy, tak nie mogłem, ale i tak ruchu miałem coraz mniej, więc tyłem jeszcze bardziej. A skoro byłem coraz grubszy, to jeszcze mniej wychodziłem i tak ta spirala się nakręcała.
W sklepach dla ludzi ponadnormatywnych. To zresztą jest osobny temat, bo w Polsce są one przygnębiające. Jeśli na witrynie jest plakat dwóch koszmarnie tłustych grubasów, to ani to nie jest zabawne, ani nie zachęca do wejścia. Zupełnym przypadkiem natknąłem się na fajny sklep w Wiedniu. Nie miałem kąpielówek, a nigdzie nie było rozmiaru dla mnie, więc znalazłem w internecie ten sklep, i wyglądał zupełnie inaczej. Normalny, elegancki.
No właśnie. U nas wchodziłem do sklepu i od razu czułem się napiętnowany. „Zobaczcie, on jest taki tłusty, musi do takich sklepów chodzić!”.
Kojarzę to z dziennikarskim stresem, z którym przestałem sobie radzić. I moim odreagowaniem stało się żarcie. Wiesz, lata pracy przy newsach, codzienny deadline, wielkie napięcie i wielki stres. Nie przez przypadek dziennikarze żyją krócej. Ja też nie dawałem sobie rady ze stresem i kompensowałem sobie to napięcie jedzeniem.
Zawsze mi się wydawało, że poradzę sobie sam, bo jestem silny.
Teraz widzę, że sobie nie radzę, dlatego otoczyłem się osobami, które będą mi pomagały w układaniu treningu, diety, w motywacji. Poszedłem po pomoc do specjalistów i kto wie, może i na terapeutę przyjdzie pora.
Obaj jesteśmy z tego pokolenia, że w domach się nie przelewało, więc jak nagle mogłem kupić sobie wszystko, pójść do dobrej restauracji – nie znałem umiaru.
Jedzenie tak samo mocno uzależnienia. Gdy jesz, uruchamiasz w mózgu proces nagrody, jesteś zadowolony, wszyscy są szczęśliwi, a przede wszystkim ty. To uzależnia.
Ja stres postanowiłem zajadać. W pracy nerwy, wracałem do domu, otwierałem lodówkę i czyściłem dokumentnie. Najpierw zjadałem coś konkretnego, i to dużo, potem deser. Jak przekąsiłem korytkiem lodów, to się zasłodziłem, więc, żeby złamać ten smak, znów zjadałem coś konkretnego i szedłem spać. I zaczęło się tycie.
Spodnie okazują się za ciasne, ale tłumaczysz sobie, że pewnie coś się w praniu stało, źle było nastawione. No to kupowałem ciut większe, o jeden rozmiar. I znów wszystko dobrze, mieścisz się, więc hulaj dusza…
Parokrotnie, i to nawet z sukcesami, ale potem znów przychodził stres i znów go zajadałem. Tak popadłem w obżarstwo, jeden z siedmiu grzechów głównych.
Wielokrotnie. I wielokrotnie mnie wspierała, ale najpierw maskowałem się przy okazji każdej ciąży. Kobieta ma ochotę coś zjeść? To ja jej towarzyszę, przecież nie zostawię ukochanej żony z tym samej. Tyle że Ania potem chudła, bo rodziła, a ja taki zostawałem.
Znów, wielokrotnie próbowałem się odchudzać, ale zawsze coś mi się w głowie poprzestawiało i wracałem do starych nawyków.
I z ok. 140 kg zszedłem do prawie stu. Udało się, założyłem spodnie, których nie zakładałem od paru lat, więc sobie pomyślałem, że skoro jest tak fajnie, to już nie muszę pilnować diety, mogę jeść.
Co? Ja u nas, na Podlasiu, miałem dwa lata niekończącej się fiesty. Nieustanne biesiady zapoznawcze z sąsiadami, strasznie przyjemnie było, to prawda. Kosztowałem ducha puszczy, lokalnego bimbru, zawsze był jakiś grill. I to był mój sport – biesiadowanie, a lubię to. Nauczyłem się nawet gotować.
A na co masz ochotę? Mogę chyba powiedzieć, że jestem mistrzem kociołków.
Bierzesz żeliwny kociołek, wykładasz go liśćmi kapusty, żeby się nic nie przypaliło, a potem warzywa, mięso, może być kapusta kiszona, doprawiasz wszystko i wkładasz do gorącego żaru w ognisku. Godzina, dwie i masz. Wiesz, jakie pyszniutkie żeberka wychodzą?! Aj, aj, aj…
Obowiązkowo. Przecież żeberka bez piwa się nie liczą.
Na pewno. Wszyscy mi tłumaczą, że jeśli nawet któregoś dnia odstąpię od diety, to żebym się nie dołował, tylko następnego dnia rano zaczął wszystko normalnie, jak gdyby nic się nie stało i wrócić do diety.
Łukasz Grass, człowiek od triathlonu, który odchudził o 20, 30 kg wiele osób uprawiających teraz ten sport. Ja nawet o tym nie myślę, najpierw muszę zacząć się ruszać. Najlepszy jest basen.
Jak orka? Na szczęście znalazłem basen, na którym nie ma tłoku, mogę więc pływać i ćwiczyć. Ale czy teraz mi wstyd? Po tym, jak się zważyłem publicznie, trudno mówić mi o wstydzie. Jest jak jest, jest źle, trzeba to zmienić. Ale generalnie tak, otyli się wstydzą. Wstydzą się pójść na fitness, bo tam masz wysportowanych ludzi o idealnych sylwetkach, a tu wchodzisz w wielkich ciuchach z wielkim brzuchem.
Pobudka ok. 5.30…
O 7.00 jestem już na basenie i mam trening. Potem śniadanie, bo przed treningiem tylko woda z cytryną. Na śniadanie dziś miałem kaszę jaglaną, troszkę orzechów brazylijskich i dwa, trzy daktyle.
Coś ty, na wodzie! (śmiech). Ale to całkiem dobre jest.
Można zjeść miseczkę. Na drugie śniadanie garstka orzechów, obiad – jarmuż…
Do jarmużu dołożę fety i pomidora, zrobię sobie sałatkę. Podwieczorek cztery, pięć fig, kolacja – dwie kromki ciemnego chleba z awokado. No i wieczorny spacer z psem. Regularnie jeść pięć posiłków dziennie, żeby nie dopuszczać do napadów głodu. Jem wszystko poza mięsem, zero cukru, zero alkoholu. Wiesz co jest trudne w odchudzaniu? Życie towarzyskie. Znajomi zapraszają na kolację, ale ona jest w porze, o której ja już niczego nie jem. Niektórzy rozumieją. Ostatnio bratowa nie zaprosiła mnie na urodziny bratanicy. Powiedziała, że skoro jestem jak alkoholik, to po co ma mnie kusić widokami ciast i słodyczy. Poczułem się wyobcowany… (śmiech)
Ach, węch się wyostrza i cały czas czuję zapachy tego, czego nie mogę. Przechodziłem ostatnio koło niezłej knajpy, otworzyły się drzwi i poczułem taki delikatny zapach, to chyba pieczona kaczka była. Stanąłem, zrobiłem głęboki wdech i szybko uciekłem.
Myślałem o tym, ale ja, odpukać, nie miałem do tej pory żadnych zabiegów i jeśli nie jest to absolutnie niezbędne, to spróbuję najpierw w ten sposób.
Nie, żadnych takich etapów, bo to może być demotywujące, jeśli będę chudł wolniej, niż zakładałem. Może też być odwrotnie, schudnę w zawrotnym tempie na początku, a potem zacznie się mozolne odliczanie kolejnych kilogramów. Lepiej się na nic nie nastawiać, to nie jest wyścig.
Od początku diety nie ważyłem się jeszcze po raz drugi, nie wiem, ile schudłem. Nie będę się ważył częściej niż raz na dwa, trzy tygodnie właśnie po to, żeby się nie zdemotywować – wchodzisz na wagę, a ona nie drgnęła, a tobie wydaje się, że zrobiłeś już tak wiele.
Jaka?
(śmiech) Że moje odchudzanie to lans?
I jak ja miałbym dyskutować z takim zarzutem? Mówiąc, że film i tak pokażą na YouTubie, więc każdy obejrzy go za darmo, po co do tego lans? Nigdy bym tego nie połączył z filmem, do głowy by mi nie przyszło.
Odchudzanie? Bo naprawdę zacząłem się źle czuć, widzisz, jak duży jestem, jak duży się zrobiłem.
Naprawdę nie jest łatwo powiedzieć ludziom, że waży się 185 kg. Ani to przyjemne, ani nie przynosi żadnej chwały. Powiedziałem o tym publicznie, bo otyłość i nadwaga to choroby cywilizacyjne i według badań zdrowo ponad 50 proc. Polaków ma problem z nadwagą. Pomyślałem sobie, że mogę coś dla tych ludzi zrobić, zainspirować ich, zachęcić.
Uważam, że przełamywanie takich tematów tabu jak np. depresja, mówienie o tym głośno, pomaga ludziom, którzy mają ten sam problem. Łatwiej im udać się do lekarza, zrozumieć, co im dolega.
Nie będę o tym opowiadał. Chudnięcie to moja sprawa, a to, że powiedziałem, że to sprawa mojego zdrowia i życia, jest prawdą. Nie przesadzałem. Moja publiczna deklaracja wzięła się również stąd, że chciałem sam na siebie wywrzeć presję, mieć na siebie bat.
Zdecydowałem się na tę formę ekshibicjonizmu także z innego powodu, z powodu hejterów. Bez względu na to, co robiłem, miałem mnóstwo komentarzy w stylu: „Ty spasiony wieprzu, ty tłusta świnio, tłuszcz ci mózg zalał”. Postanowiłem to przeciąć i się udało.
Po tym, jak powiedziałem publicznie, w jak złej sytuacji jestem, jak bardzo się zapuściłem – ucichli. Wytrąciłem im oręż z dłoni, bo co to za przyjemność hejtować Sekielskiego, gdy sam Sekielski przyznaje, że jest gruby i pokazał, ile waży?
Nie ma hejtu, to jedno, ale bardziej cieszą mnie głosy ludzi, którzy piszą, że pomogłem im przełamać ich wstyd, że oni też wyszli na basen, na spacery, zaczęli coś ze sobą robić.
(śmiech) Ważąc 185 kg, można o wiele łatwiej zejść przedwcześnie.
Od lat jestem pod opieką kardiologa, biorę leki, niby wszystko fajnie, tyle że to są środki kryzysowe. I lekarz powtarzał, że muszę się za siebie wziąć.
Wszystkie narządy są obciążone ponad miarę, nie mówiąc już o stawach. Teraz kuleję na prawą nogę.
Mówię o kończynie. Zacząłem się ruszać, obciążyłem nieco bardziej stopę i mam. Takie rzeczy będą wychodziły. Ja to mówię półżartem, ale naprawdę powinienem być wpisany do Księgi rekordów Guinnessa jako najgrubszy korespondent wojenny. Byłem na Ukrainie za linią frontu, po stronie separatystów, kiedy ważyłem 150 kg jak nic. Jak dziś sobie o tym myślę, to było kompletne szaleństwo i zagrożenie. Przecież jakby zaczął się jakiś ostrzał i miałbym biec, to nigdzie bym nie uciekł. Jedynym sposobem dla mnie byłoby położyć się w rowie i liczyć, że mnie nie postrzelą.
Mam mnóstwo planów, chcę robić filmy, ale żebym mógł zrobić cokolwiek, muszę się najpierw doprowadzić do porządku. Przecież jak ja miałbym polecieć do Meksyku, żeby zrobić film o kartelach narkotykowych? Nawet gdybym poprosił stewardessę o drugi pas, to nie wiem, czy bym się zapiął.
Są takie dodatkowe pasy, głównie używają ich kobiety w ciąży. Dla mnie dziś taki pas i tak byłby pewnie za krótki.
Kazaliby mi lecieć w klasie biznes, bo przecież nie wcisnęliby mnie w ekonomicznej.
Słuchaj, staram się jakoś sobie radzić. Mógłbym załamać ręce i zapłakać się w kącie. Wybrałem inną opcję. Nie dam się hejterom, mogą sobie pisać, co chcą w komentarzach, ale muszę z tym walczyć.
Nie jest tak, że cały czas jestem uśmiechnięty i wesoły. Bardzo chciałbym, żeby już było za rok.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu