Protesty obywatelskie rozmontowują mit rewolucji społecznej na Węgrzech. Zamiast dać innowacje, zamieniła państwo w wielką montownię niemieckich koncernów.
Przelewające się od kilku dni przez Budapeszt wielotysięczne protesty mogą być największym wyzwaniem dla rządów Viktora Orbána. Uchwalenie tzw. ustawy o pracy niewolniczej, gwałtownie zwiększającej liczby godzin nadliczbowych do 400, może zmienić stosunek do rządzącego Fideszu. Protestujący zadają pytanie: Czy cykl 36-miesięcznego rozliczenia godzin nadliczbowych dopasowany do cyklu produkcji przemysłu motoryzacyjnego oznacza, że Węgry stają się państwem wyrobników?
Coraz popularniejsza jest teza, że nowelizacja prawa pracy została wprowadzona na potrzeby inwestujących na Węgrzech niemieckich koncernów samochodowych. Udział inwestycji zagranicznych w PKB Węgier sięgnął w 2017 r. 67 proc. W tym roku ten odsetek może jeszcze wzrosnąć. Równocześnie bezrobocie jest na rekordowo niskim poziomie i wynosi 3,8 proc. Rząd Viktora Orbána jest więźniem swojej antyimigracyjnej narracji i nie może szukać ratunku dla rynku pracy za granicą.