Wczoraj okazało się, że stan wojenny na Ukrainie zaczął obowiązywać już od poniedziałku.
Rozpoczęte wczoraj postępowanie wobec pojmanych na Morzu Czarnym ukraińskich marynarzy nie ma precedensu. Do zamknięcia tego wydania DGP rosyjski sąd – działając na anektowanym z pogwałceniem prawa międzynarodowego półwyspie – zdecydował o areszcie dla 12 z 24 pojmanych Ukraińców. Śledczy dowodzą, że przekroczyli oni nielegalnie granicę. Zorganizowanie sądu na Krymie sprawia, że do marynarzy nie mógł przybyć ukraiński konsul, aby nie zostało to zinterpretowane jako uznanie de facto aneksji półwyspu.
Problem w tym, że to właśnie marynarzy zatrzymano z pogwałceniem prawa międzynarodowego gwarantującego tzw. prawo przejścia, w tym umowy między Kijowem i Moskwą z 2003 r., która zakłada swobodę żeglugi w Cieśninie Kerczeńskiej i na Morzu Azowskim. Również wczoraj Służba Bezpieczeństwa Ukrainy potwierdziła, że wśród zatrzymanych jest dwóch jej oficerów, którzy mieli „zabezpieczać kontrwywiadowczo” jednostki zmierzające na Morze Azowskie. Rosja twierdzi, że SBU szykowała prowokacje.
Reklama
„Oficerowie ukraińskiej służby specjalnej wykonywali zadanie zabezpieczenia kontrwywiadowczego oddziału wojskowych sił morskich Ukrainy” – napisała SBU. Z kolei rosyjska telewizja opublikowała nagrania z wypowiedziami aresztowanych. – Zostaliśmy ostrzeżeni przez służbę graniczną, że łamiemy rosyjskie prawo. Polecono nam opuszczenie wód terytorialnych Rosji – mówił Andrij Dracz. – Zignorowałem polecenie nadane przez radio – dodawał Wołodymyr Łysowy. Dowódca ukraińskiej floty admirał Ihor Woronczenko mówi, że deklaracje wymuszono presją.
Jak pisze w analizie Ośrodek Studiów Wschodnich, przemieszczenie z Odessy na Morze Azowskie dwóch kutrów rakietowych i holownika miało zwiększyć siłę strony ukraińskiej na tym akwenie (w Mariupolu stacjonują dwa podobne kutry pod żółto-niebieską flagą). Od wiosny Rosjanie ograniczają swobodę żeglugi na Morzu Azowskim, utrudniając funkcjonowanie portów położonych w południowej, kontrolowanej przez Kijów części Zagłębia Donieckiego.

Reklama
Obecność czterech ukraińskich kutrów rakietowych miała zamanifestować, że Kijów przynajmniej stara się panować nad akwenem. Po incydencie, do którego doszło w niedzielę, nie będzie to jednak możliwe. Jak podaje OSW, takiego wariantu można było uniknąć, bo te stosunkowo niewielkie jednostki mogły trafić do Mariupola koleją. Wówczas utrudniono by stronie rosyjskiej zadanie ich zneutralizowania.
Wczoraj poznaliśmy też dalsze szczegóły stanu wojennego na Ukrainie. Okazało się, że wbrew temu, nad czym głosowali w poniedziałkowy wieczór posłowie, stan ten obowiązuje od poniedziałku od godz. 14, a nie od dzisiaj, jak w opublikowanej na Facebooku odezwie do narodu deklarował prezydent Petro Poroszenko. Data 26 listopada pojawiła się dopiero w treści postanowienia opublikowanego na stronach parlamentu i Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony (RNBO). To nie jedyna zmiana w stosunku do pierwotnego pomysłu dotyczącego wprowadzenia stanu nadzwyczajnego.
Stan ma obowiązywać 30 dni, a nie 60, jak początkowo proponowała RNBO. Jak tłumaczył Poroszenko, chodzi o to, by okres obowiązywania nie pokrył się ani o dzień z kampanią przed marcowymi wyborami prezydenckimi, która rusza 31 grudnia. Aby rozwiać obawy opozycji, parlament tuż po wyrażeniu zgody na wprowadzenie stanu wojennego ustalił datę głosowania na 31 marca 2019 r., czyli zgodnie z zapisami konstytucji. Stan wojenny ograniczono też pod względem geograficznym do obwodów nadmorskich oraz graniczących z Rosją i separatystycznym Naddniestrzem. Jak napisała wczoraj „Ukrajinśka prawda”, takie warunki postawił Front Ludowy, koalicjant Bloku Petra Poroszenki.
Stan wojenny został wprowadzony w następstwie niedzielnego incydentu w Cieśninie Kerczeńskiej. Rosjanie przejęli trzy ukraińskie okręty wojenne i wzięli do niewoli ich załogi. „Ukraińskie jednostki zostały zaatakowane przez oficjalne pododdziały rosyjskiej armii. Po raz pierwszy agresorem stały się regularne siły rosyjskie, działające bez przykrycia czy pośredników” – tłumaczą motywy władz ukraińscy publicyści Roman Kraweć i Roman Romaniuk. Ostatecznie decyzję taką poparły wszystkie siły poza 30 posłami dawniej zbliżonymi do Wiktora Janukowycza. – To uzurpacja władzy i miesięczna dyktatura Poroszenki – mówił ich przedstawiciel Wadym Nowynski. Innych ugrupowań nie przekonał.