Miało być wielkie wydarzenie. Modny i dobry teatr, głośna sztuka, w obsadzie Gajos i Wiśniewska. Jednak "Romulus Wielki" Duerrenmatta w warszawskiej Polonii to coś więcej niż sceniczna klapa. To dowód, do czego doprowadziła reżysera Krzysztofa Zanussiego bezbrzeżna pycha. Dalej już chyba pójść się nie da.
Oglądam „Romulusa Wielkiego” i nie wierzę własnym oczom. Proszę kolegę obok, aby mnie uszczypnął, bo nie wiem już, czy to warszawski Teatr Polonia i spektakl jednego z najwybitniejszych do niedawna polskich artystów, czy cofnąłem się w czasie. Może to jest na przykład rekonstrukcja kabaretowego wieczoru z prowincji sprzed 30 czy 40 lat. Na to wskazywałoby choćby aktorstwo zaproszonych do udziału w przedsięwzięciu wykonawców. Wymieniam tych, których popisy mrożą krew.
Oto Aleksander Mikołajczak rolę Tulliusa Rotundusa gra jednym szalenie dowcipnym chwytem – pokazuje go jako zmanierowaną, przerysowaną do granic ciotę, a uwydatnia to przez piskliwy głos. Piotr Kozłowski wciela się w Zenona, a skoro jest to cesarz wschodniego Rzymu, wiadomo, że będzie mówił z zaśpiewem, jakby był rosyjskim handlarzem. Boki zrywać! Paweł Okraska jako rycerz Spurius biega przez cały spektakl, krzycząc, że jest zmęczony, i ten stan szybko udziela się przynajmniej niektórym widzom. Andrzej Szenajch partią kamerdynera udowadnia, że powinien pozostać przy swej innej specjalności – doradzaniu filmowcom w kwestiach militariów. Józef Fryźlewicz (Mares, minister wojny) gra szerokim gestem od kulisy do kulisy. Wpada na scenę, wymachuje czym tam ma, marszczy czoło. Wybitna kreacja. Jest jeszcze szczebiocząca jak kretynka Rea Magdaleny Walach. Patrząc na nią, zatęskniłem za „Tańcem z gwiazdami”. Tam nie musiała się odzywać…
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.