Afera z e-dowodami zbiegła się z zatrzymaniem rosyjskiego szpiega, który miał rozpracowywać systemy informatyczne państwa.
Skandal w Estonii, który doprowadził do zablokowania elektronicznych dowodów osobistych ponad połowy populacji, wywołał pytania o granice cyfryzacji państwa i związane z tym zagrożenia. – System e-dowodów to nie tylko plusy, ale także pewna nasza słabość – przyznał szef MSW Estonii Andres Anvelt. Dotychczas Tallinn był w tej dziedzinie wzorem dla świata. „Jak myślicie, który kraj będzie chciał zhakować następne wybory w Estonii?” – pytał retorycznie na swoim blogu Bruce Schneier, amerykański ekspert do spraw cyberbezpieczeństwa, po wybuchu skandalu.
Pierwsze sygnały, że z e-dowodami może być coś nie tak, pojawiły się w sierpniu. Grupa czeskich naukowców poinformowała o luce, która mogła ułatwić hakerom dostęp do baz danych i grozić kradzieżą tożsamości. Narażonych było 760 tys. mieszkańców tego 1,3-mln kraju. Estońskie e-dokumenty służą nie tylko do identyfikacji tożsamości, ale i głosowania w wyborach przez internet, realizacji usług bankowych i recept w aptekach, rozliczania się z fiskusem, a nawet kodowania biletów autobusowych w Tallinnie i Tartu.