W „Wilku z Wall Street” Martin Scorsese nie próbuje opowiadać nam historii z morałem. Puszcza wodze fantazji, trafiając w samo sedno
Niedawno widzieliśmy Leonarda DiCaprio w pełnej błyskotek, głośnej muzyki i wizualnego przepychu adaptacji „Wielkiego Gatsby’ego” w reżyserii Baza Luhrmanna. Zdawałoby się, że tej orgii kiczu i nadmiaru nie przebije nic. Kto by pomyślał, że rękawicę Luhrmannowi rzuci Martin Scorsese, który mimo 71 lat na karku nie traci werwy. Jordan Belfort, tytułowy „Wilk z Wall Street”, okazuje się prostszą i zwulgaryzowaną wersją Gatsby’ego. Staromodną elegancję i pretensje do wyższych sfer dawno odstawił do lamusa. Chce więcej, szybciej, łatwiej. Ale podobieństw biografii Belforta ze słynną powieścią Francisa Scotta Fitzgeralda jest sporo. To również opowieść o złotej erze giełdy, kiedy wielkie pieniądze robiło się z dnia na dzień i równie szybko traciło fortuny. Tyle że w czasach kryzysu Scorsese wcale nie próbuje opowiadać nam historii z morałem ani pouczać, że pazerność i brak umiaru muszą doprowadzić do klęski. Z bogactwa i blichtru najzwyczajniej sobie kpi.
Kim był Jordan Belfort? Jak to zwykle bywa, prostym amerykańskim chłopakiem, który miał apetyt na trochę więcej kasy. Kiedyś podobno chciał być dentystą, potem założył własny biznes, a kiedy zbankrutował, ostatni grosz zainwestował w bilet autobusowy na Wall Street. Tam bez zbędnych ceregieli dowiedział się, że praca maklera nie wymaga wielkiego geniuszu, trzeba tylko pamiętać o martini na lunch, solidnej działce kokainy w pogotowiu i, cóż… regularnej masturbacji (ów nieskomplikowany kodeks rekina finansjery w filmie wykłada bohaterowi niezawodny Matthew McConaughey). Trudno powiedzieć, by Belfort był wielkim szczęściarzem.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.