Seks, narkotyki i podatki” to nic innego jak „Wilk z Wall Street” bez pazura.
Duński hipis to postać równie absurdalna co narciarz z Mozambiku. Ekscentryczność Simona Spiesa i Mogensa Glistrupa mogła się okazać jednak siłą napędową „Seksu, narkotyków i podatków”. Problem w tym, że temperament bohaterów zupełnie rozmija się z wrażliwością reżysera. „Seks, narkotyki…” znajdują się na antypodach dotychczasowej kariery Christoffera Boego. Duński twórca słynął do tej pory z mrocznych dramatów psychologicznych, z pamiętną „Rekonstrukcją” na czele. W ostatnich latach recepta na sukces uległa wyczerpaniu, więc wyrażana przez reżysera potrzeba zmiany wydaje się zupełnie naturalna. Boe zabrnął jednak w ślepą uliczkę, bo zupełnie nie radzi sobie za sterami łotrzykowskiej komedii.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.