„Dziewczyny do wzięcia” w warszawskim Teatrze Powszechnym wywołują salwy śmiechu. Bardziej to jednak dłuższy kabaretowy numer niż pełnoprawne przedstawienie
Reżyser Piotr Ratajczak w przenoszeniu na scenę filmowych historii ma zasługi niepodważalne. Zrealizował choćby „Dzień świra”, „Wodzireja”, „Bohatera roku”. Filmowego bohatera, znanego z arcydzieła Andrzeja Munka „Zezowate szczęście”, miało też jedno z jego najlepszych przedstawień – przygotowany w poznańskim Teatrze Polskim ponad rok temu „Piszczyk” z wybitną tytułową rolą Łukasza Chrzuszcza.
„Dziewczyny do wzięcia” to spektakl o zupełnie innej, znacznie mniejszej skali. W kontakcie z nim jestem widzem specyficznym. Nie wzdycham do filmu Andrzeja Kondratiuka, bo nigdy nie był dla mnie dziełem ważnym. Nie porównuję zatem obsesyjnie, nie mam przeświadczenia, że powtórka musi być gorsza od oryginału. Może dlatego też trudno mi dać się uwieść tej przepisanej na nowo historii. Zwłaszcza że autor Piotr Rowicki umieszczając ją we współczesnej Polsce, gubi gdzieś naturalność i wdzięk oryginału.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.