„Porwanie Michela Houellebecqa” jest dokumentalnym żartem, który zapewne rozweseli nawet największego mruka
Film najlepiej opisują trzy słowa: alkohol, seks i literatura. No, może jeszcze papierosy. Bez żadnego z tych przymiotów Michel Houellebecq, grający tu uprowadzonego… Michela Houellebecqa, nie wytrzymałby ani chwili. A wtedy francuski reżyser Guillaume Nicloux zapewne nie miałby tematu na film.
Houellebecq, postrzegany jako enfant terrible współczesnej literatury, w niektórych kręgach postać wręcz kultowa, pokazuje, że ma do siebie dystans, jakiego pozazdrościć może mu wielu kolegów po fachu. Pomijając lumpiarski nieco styl bycia, któż inny zgodziłby się, by go zapakować do wielkiej metalowej skrzyni, a następnie wywieźć do domu na wsi. A rozmowy o literaturze i żarty z François Hollande’a przeplatać roszczeniami o częstsze wizyty prostytutki i ćwiczeniami chwytów zapaśniczych na swoich porywaczach. Role tu zresztą odwracają się bardzo szybko. Agresorzy zaczynają żałować, na kogo się, nomen omen, porwali, a pisarz puszcza oko do szkolnych ofiar, udowadniając, że intelekt i tym razem góruje nad prymitywną siłą.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.