Wirtualne kasyna, pokerroomy i bukmacherskie witryny zamykają drzwi przed graczami z Polski. To oni ucierpią najbardziej.
Reklama
Hazard w Europie / Dziennik Gazeta Prawna
„Szanowny Graczu! Informujemy, iż działalność Everest Poker na terenie Polski zostanie zawieszona z dniem 28 lutego 2017 r. W związku z powyższym możliwość dokonywania depozytów na koncie gracza zostanie całkowicie zablokowana w dniu 21 lutego 2017 r., a możliwość gry na stronie Everest Poker zostanie wstrzymana w dniu 28 lutego 2017 r. Dostęp do konta gracza będzie możliwy jedynie w celu wycofania środków pieniężnych” – takie e-maile dostali wszyscy gracze korzystający z tej platformy do pokera. Co więcej, ten serwis zarejestrowany na Gibraltarze zapowiedział, że gracze mają czas na wypłatę swoich środków do 14 marca. Po tym dniu dostęp do kont miał zostać całkiem zablokowany, a niewykorzystane bonusy utracone.
I rzeczywiście. Dziś zamiast witryny z pokerem online widnieje już tylko zakładka informująca po angielsku, że serwis nie jest dostępny w kraju internauty.
Nie jest to wcale wyjątkowa sytuacja. Pinnacle, Kasyno.pl, ComeOn, Redbet, EnergyBet – te e-kasyna i pokerroomy oraz bukmacherzy online już zawiadomili swoich użytkowników, że w Polsce dłużej swoich usług nie będą oferowali. W lutym o tym, że rezygnuje z Polski, poinformował serwis Betano, który swego czasu zatrudniał do promowania się na naszym rynku gwiazdy pokroju Tomasza Hajty czy Macieja Żurawskiego.
Właśnie swoje wycofanie zapowiedział też jeden z większych bukmacherów online – William Hill. Do jego klientów trafił e-mail: „Do końca marca 2017 r. wszyscy gracze powinni się zalogować na konto gracza i wypłacić środki”. Co więcej, nawet francuska wersja PokerStars, czyli popularnego w Polsce serwisu z pokerem, ogłosiła, że ogranicza się tylko do Francji.
Przed 1 kwietnia, czyli wejściem w życie nowej ustawy hazardowej, wycofują się kolejne serwisy oferujące swoje usługi w sieci. Nowe prawo jest rygorystyczne wobec firm, które nie mają w Polsce licencji. Co więcej, przewiduje, że od 1 lipca ruszy rejestr stron, które mają być blokowane przez operatorów telekomunikacyjnych.
– Podstawowym sukcesem nowelizacji ustawy hazardowej jest to, że została notyfikowana przez Komisję Europejską. Dzięki temu zagraniczne firmy nie mogą już zasłaniać się unijnymi przepisami i licencjami na Malcie czy Gibraltarze. Sytuacja jest zero-jedynkowa. Zostajesz na polskim rynku bez licencji – łamiesz prawo. Firmy hazardowe, które są notowane na giełdach w Londynie czy Sztokholmie, na takie ryzyko nigdy sobie nie pozwolą – tłumaczy nam Michał Kopeć, ekspert z firmy analitycznej Better Collective. Dodaje ponadto, że to, iż zagraniczni operatorzy respektują przepisy ustawy, zostanie zapewne okrzyknięte sukcesem rządzących. – A mówimy przecież tylko o wejściu w życie przepisów, które zostały zaakceptowane przez Komisję Europejską. To akurat powinien być standard, a nie żaden sukces – konstatuje ekspert.
Decyzje serwisów to dowód, że nowe prawo będzie miało znacznie silniejszy wpływ na branżę niż ustawa z 2010 r. Ale wciąż nie zapowiada się na rewolucję. Jak podawało Ministerstwo Finansów w swoim sprawozdaniu z wykonania ustawy hazardowej, w ubiegłym roku celnicy namierzyli 668 domen oferujących hazard lub go reklamujących. Co więcej, z danych firmy badawczej Roland Berger wynika, że niezarejestrowane w Polsce – więc nielegalne – duże firmy oferujące zakłady wzajemne (czyli bukmacherkę) online miały u nas w granicach 90 proc. udziału w całym rynku. I to rynku dwa lata temu wycenianego na ok. 5 mld zł. Tak więc pierwsze ucieczki z Polski, owszem, potwierdzają, że nowe prawo zadziała. Tyle że, jak oceniają eksperci, na razie nie jest to wpływ szczególnie znaczący.
– Należy pamiętać, że zagraniczne podmioty do tej pory nie weszły na legalny polski rynek, bo najzwyczajniej im się to nie opłacało. Omijania polskiego prawa nikt im nie utrudniał. Dlatego wygodniej cały czas jest im działać w szarej strefie, na czym od lat tracą budżet, polski sport, a także przedsiębiorstwa uczciwie prowadzące działalność. Decyzje o zamykaniu serwisów, a także o ich ewentualnym wejściu na polski rynek, będą się opierały, tak jak dotychczas, wyłącznie na chłodnej kalkulacji biznesowej – ocenia Paweł Rabantek ze Stowarzyszenia Pracodawców i Pracowników Firm Bukmacherskich.
Dodaje, że skoro podmioty te nie chcą się zarejestrować w Polsce, to przynajmniej dobrze, że niektóre z nich, bojąc się o swoje licencje na innych rynkach, zamykają nielegalne usługi dla klientów z Polski. – Należy pamiętać, że dotyczy to w większości mniejszych graczy na rodzimym rynku. Jak wskazuje Ministerstwo Finansów, żaden zagraniczny bukmacher nie stara się o licencję w naszym kraju. Najprawdopodobniej więc firmy te w dalszym ciągu nie zamierzają respektować polskiego prawa – dodaje Rabantek.
Do tej pory wszelkie informacje dotyczące ewentualnego wejścia na rynek firm nielegalnych okazywały się nieprawdziwe. Tym bardziej że sam proces uzyskania licencji jest długotrwały i trwa od 6 do nawet 10 miesięcy, więc chętni, by zalegalizować swoją działalność od 1 kwietnia, powinni zacząć się o to starać już na jesieni.
Podobnie sprawę widzi szef serwisu SureBety.pl poświęconego hazardowi w internecie. Jego zdaniem rezygnują tylko ci, którzy albo nie chcą się procesować z polskim rządem, albo nie zależy im na naszym rynku. – Z ważniejszych bukmacherów zwinęli się tylko dwaj: Pinnacle i Betano. Część bukmacherów wejdzie z powrotem najprawdopodobniej na nowej licencji, np. grupa Bet-at-home – mówi szef serwisu i przewiduje, że nowe prawo niekoniecznie zlikwiduje szarą strefę, aczkolwiek na pewno zmniejszy jej zakres.
– Ustawa będzie skuteczna. Do budżetu państwa wpłynie więcej środków. Rząd będzie zadowolony z sukcesu. Ucierpią jednak gracze. W zakładach sportowych będą musieli zaakceptować opłacanie 12-procentowego podatku od obrotu i równocześnie nieco gorszą niż w innych krajach Europy ofertę – uważa Michał Kopeć.
Nowe prawo może nie zlikwiduje szarej strefy, ale ją zmniejszy.