Kilka dni temu pisaliśmy w DGP o tym, że wbrew ostrzeżeniom polityków koalicji o konieczności zaciskania pasa w trudnych czasach po cichu i bez zbędnego w takich okolicznościach PR kancelaria premiera wpisała sobie w projekcie budżetu na 2013 rok o 9 mln zł więcej na niezbędne wydatki.
Mniejsza o to, czy będzie to koszt nowych garniturów premiera albo alkoholi koniecznych do odpowiedniego, wylewnego przyjmowania gości Donalda Tuska. Fakt faktem, że rząd takimi posunięciami udowadnia nam, że – jak za starych, niedobrych czasów – „sam się wyżywi”. A 37-milionowa gawiedź od Odry do Bugu niech się sama martwi o to, co włoży do garnka. W końcu przecież w demokracji każdy jest sobie żeglarzem, sterem i okrętem.
Problem ten jednak w coraz mniejszym stopniu dotyczy utrzymywanych z Państwa i moich pieniędzy pracowników budżetówki. Bowiem zatrudnienie w ministerstwach wzrasta tak szybko, że gdyby tylko o połowę wolniej rósł nasz PKB, bylibyśmy nie tylko zieloną wyspą, ale już dawno drugą Japonią, USA i Chinami w jednym.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.