Reklama
Wszyscy czasami „marnujemy okazję, by siedzieć cicho”, jak to ujął kiedyś prezydent Francji Jacques Chirac, odnosząc się do poparcia przez Polskę amerykańskiej inwazji na Irak. Politykom z racji wykonywanego zawodu zdarza się to jednak częściej niż zwykłym obywatelom.
Posłanka Lewicy Anna Maria Żukowska straciła tę okazję, kwestionując publicznie sens działalności mikrofirm, czyli przedsiębiorstw zatrudniających do dziewięciu osób. Zdaniem polityczki „gospodarce zwyczajnie opłaca się promocja zatrudnienia w dużych firmach, a nie głaskanie po głowie biedafirm”, które są „najmniej wydajnymi podmiotami w gospodarce”. I na dodatek niezbyt dobrze wynagradzającymi swoich pracowników.
W rzeczywistości niektóre spośród tych biedafirm wyrastają w przyszłości na potężne przedsiębiorstwa. Bez nich nie byłoby firm małych, średnich i dużych. Dla dynamicznego rozwoju gospodarczego znaczenie ma bowiem nie tyle rozmiar przedsiębiorstwa, ile jego potencjał.
Do czego pije PIE

Reklama
W sierpniu 2021 r. ukazał się raport Polskiego Instytutu Ekonomicznego „Pułapka małej skali. O produktywności polskich firm”. Możliwe, że to właśnie on zainspirował posłankę Żukowską do nietrafionej krytyki mikrofirm. Najwyraźniej nie przeczytała jednak raportu z uwagą.
Jego autor Łukasz Błoński pisze, że polskie mikrofirmy są w relacji do średniej dla państw Grupy Wyszehradzkiej mniej produktywne (o 10 proc.), mniej skłonne zwiększać zatrudnienie (przez pierwsze dwa lata działalności wzrost liczby pracowników jest niższy od średniej o 26 pkt proc.), właściwie nie eksportują i mają niską przeżywalność (o 26 proc. niższą niż większe firmy). Gdyby zaś - zauważa Błoński - pracownicy mikrofirm przeszli do dużych, ich efektywność zwiększyłaby się aż trzykrotnie. W górę poszłyby także ich zarobki.
W latach 2013-2019 odsetek mikrofirm w ogóle zwiększył się o 27 proc. Czy to negatywne zjawisko? Niekoniecznie. Błoński pisze, że mikrofirmy są dla gospodarki bardzo istotne i należy odpowiednimi politykami motywować je do wzrostu i rozwoju. Poza tym duże, produktywne firmy w gospodarce wolnorynkowej nie są tworzone dekretem, lecz powstają w wyniku długoletniego i nieprzewidywalnego procesu konkurencyjnego. To nieustanne zawody, które wybitny badacz kapitalizmu Joseph Schumpeter nazywał „twórczą destrukcją”. Owszem, może się zdarzyć, że w danym kraju z dnia na dzień zaczyna działać duża firma, której wcześniej w ogóle tam nie było, ale znaczy to tylko to, że ta duża firma urosła od zera w innym kraju. Amazon, który dzisiaj zatrudnia w Polsce 23 tys. osób, a globalnie ma ponad milion pracowników, rozwijał się w USA z poziomu kilkuosobowej mikrofirmy. Do dzisiaj w internecie krąży zdjęcie młodego Jeffa Bezosa siedzącego przy „biedabiurku” w swoim „biedabiurze”. Czy posłanka Żukowska rozpoznałaby na nim przyszłego miliardera? Nie sądzę.
To nie politycy są od oceniania, która firma ma przyszłość, a która nie, i której należy się wsparcie. Od tego jesteśmy my, klienci, czyli rynki. „Rynki nie są statycznymi, pozbawionymi życia konstrukcjami matematycznymi, ale żywymi, energicznymi przestrzeniami, w których ludzie współdziałają i koordynują swoje działania. Firmy, rynki i gałęzie przemysłu nie powstają same z siebie. Muszą być tworzone i zarządzane przez prawdziwych ludzi, którzy ponoszą realną odpowiedzialność” - przypomina ekonomista Peter G. Klein z Baylor University w jednym z wywiadów.
Od czegoś zacząć trzeba
Słońce świeci w dzień, a każda duża produktywna firma zaczynała od zera. To oczywistości. Nawet ponadgraniczne imperia biznesowe, posiadające w portfoliach dziesiątki marek i setki spółek córek, miały swój początek w kreatywności, pomysłowości i pracowitości swojego założyciela. Polskie firmy nie różnią się pod tym względem od zagranicznych. Rafał Brzoska, założyciel Inpostu, zaczynał od roznoszenia ulotek. Drałowanie od drzwi do drzwi i napraszanie się nieznajomym - tak wyglądały początki jednego z najbardziej innowacyjnych biznesów w Polsce. Z kolei Dariusz Miłek, szef grupy CCC, zaczynał od handlu na bazarze. Niemal każdy wielki przedsiębiorca był kiedyś „biedaprzedsiębiorcą”.
Wyjątek stanowią ludzie uwłaszczeni na transformacji ustrojowej. W Polsce jest to garstka coraz mniej liczących się osób, ale w krajach takich jak Rosja czy Ukraina tabuny cynicznych oligarchów wciąż pobierają rentę z wielkich, kiedyś państwowych przedsiębiorstw wydobywczych i chemicznych, które w nieuczciwy sposób przejęli. Pół biedy, gdyby tylko na tym się kończyło. Jednak ci ludzie tak ściśle zblatowali się z władzą, że odebrali jej jakiekolwiek bodźce do reformy ustrojowej, która sprzyjałaby powstawaniu nowych firm.
W systemach oligarchicznych nowe przedsiębiorstwa stanowią zagrożenie dla status quo, są z natury „antysystemowe”, więc nie pozwala się na ich rozwój. W Rosji - kraju liczącym 144 mln obywateli - działa tylko ok. 1,8 mln mikrofirm, podczas gdy w Polsce - kraju niemal czterokrotnie mniej licznym - jest ich ok. 2,2 mln. W Rosji firmy małe i średnie (czyli zatrudniające od 10 do 250 pracowników) wytwarzają ok. 22 proc. PKB i zatrudniają mniej niż 30 proc. wszystkich pracowników; w Polsce wytwarzają niemal 50 proc. PKB i zatrudniają ok. 69 proc. wszystkich pracowników. Przy czym w Polsce największy udział w tworzeniu PKB mają właśnie mikroprzedsiębiorstwa − ok. 30 proc. Najbogatsze gospodarki świata to te, które historycznie najbardziej sprzyjały powstawaniu nowych firm: Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Holandia, czy Hongkong. Wolny rynek to filozofia „jakoś to będzie”, która się sprawdza tym lepiej, im więcej kucharzy pichci swoje potrawy.
Ale nie tylko o powstawanie nowych firm chodzi - także o ich bankrutowanie. Na tym polega żywotna gospodarka, że kiepskie pomysły biznesowe szybko upadają. Nie są podtrzymywane na siłę państwowymi dotacjami, ulgami czy przywilejami. Pozwala się im na bankructwo, a społeczeństwo nie uznaje tego za powód do wstydu. To znaczy, że ktoś próbuje, podejmuje wysiłek, stara się. Historyczka gospodarki prof. Deirdre McCloskey w „Burżuazyjnej godności” pisze, że to społeczeństwa, w których zarówno inicjatywa, jak i niepowodzenie były społecznie akceptowane, stanowiły awangardę rozwoju.
W tym świetle warto jeszcze raz spojrzeć na raport PIE oraz zastosowane w nim kryteria oceny kondycji mikrofirm. To, że ich przeżywalność jest niższa niż gdzie indziej, i to, że jest ich coraz więcej, można by - pod pewnymi warunkami - interpretować jako zjawiska pozytywne. Nawet jeśli ich średnia produktywność jest niższa niż w innych krajach. Pamiętajmy, że im większa liczba próbujących, tym średnia efektów mniej spektakularna, ale przecież nie o średnią chodzi, lecz o te kilka diamentów. Kluczowe dla gospodarki jest to, że im więcej ludzi wychodzi z inicjatywą, tym większa szansa, że wśród nich jest kolejny Rockefeller czy Ford. W USA trzyletnia przeżywalność biznesów jest na poziomie niemal takim jak w Polsce. Nic w tym złego.
Statystyczne złudzenia
Byłbym niezłym kawalarzem, gdybym próbował przekonywać, że polskie nowe firmy powstają tak licznie i tak licznie upadają ze względu na to, że w naszym kraju funkcjonuje leseferystyczna gospodarka niczym w XIX w. w Anglii czy Stanach Zjednoczonych - i że dane z raportu PIE właśnie o tym świadczą. Przeżywalność naszych firm jest niska nie z powodu gorącej konkurencji, lecz oddziaływania przyczyn pozarynkowych.
W idealnym modelu gospodarczym nie istnieją bariery wejścia na rynek, każda okazja inwestycyjna jest natychmiast wyłapywana, firmy nieefektywne szybko wypadają z gry, a efektywne trwają. W świecie rzeczywistym rozpoczęcie, utrzymanie i rozwijanie działalności gospodarczej wiąże się z pokonaniem wielu przeszkód, z których tylko część to przeszkody czysto rynkowe, jak dostęp do kapitału. Część z nierynkowych przeszkód ma charakter kulturowy. Inicjatywa nie wszędzie jest mile widziana. Im bardziej kolektywistyczne społeczeństwo, tym mniejszą darzy się ją estymą. Tego rodzaju społeczności częściej regulują też wzajemne stosunki na zasadzie nieformalnych zobowiązań, lojalności i groźby ostracyzmu niż formalnych instytucji pisemnych umów i metod ich egzekwowania.
Historycy gospodarki, ilustrując te różnice, przywołują przykład średniowiecznych kupców z Genui i żydowskich kupców z Maghrebu. Pierwsi stawiali na indywidualizm i formalne instytucje, drudzy na więzi etniczne i zasadę lojalności. Obie grupy odniosły sukces ekonomiczny, ale to dokonania genueńczyków okazały się trwalsze. Dlaczego? Bo coraz większa i bardziej złożona gospodarka wymagała coraz intensywniejszych kontaktów z osobami spoza grupy. Na pieczy wzajemnego zaufania musiały stać bezosobowe instytucje, gdyż użyteczność rozwiązań lojalnościowych spadała. W Polsce mamy w tym kontekście niezwykle niesprzyjającą sytuację. Bagaż doświadczeń z zaborami, wojnami i socjalizmem skutkuje niskim kapitałem zaufania społecznego nawet w obrębie kręgów rodzinnych. Jednocześnie instytucje formalne, które mogłyby deficyt zaufania kompensować - np. sądy - nie działają, jak należy. Nie jesteśmy zatem jak genueńczycy. Samo prawo też jest przeszkodą rozwojową dla naszych mikrofirm. Skomplikowanie przepisów, a przede wszystkim ich niestabilność są wskazywane w ankietach jako jeden z największych problemów. Polski Ład, który te problemy potęguje, ma przynajmniej tę zaletę, że w przyspieszonym trybie unaocznił wszystkim to, z czym przedsiębiorcy muszą się mierzyć na co dzień. W 2021 r. Polska zajęła 10. miejsce w rankingu Global Business Complexity Index mierzącym regulacyjne skomplikowanie środowiska biznesowego. Pierwsze trzy zajęły kolejno Brazylia, Francja i Meksyk. „Dzięki” Polskiemu Ładowi w 2022 r. mamy szansę na podium.
Na jednym froncie udało się jednak państwu odnieść sukces, jeśli chodzi o promocję mikrofirm. Nieżyciowy i anachroniczny kodeks pracy oraz wysoki klin podatkowy wypchnął wielu pracowników na samo zatrudnienie. Jest ich w sumie ok. 1,6 mln, co stanowi ponad 70 proc. wszystkich mikrofirm (dane za 2019 r.). Trudno się spodziewać, żeby takie podmioty zatrudniały czy inwestowały. Jednoosobowa działalność gospodarcza często nie ma cech działalności przedsiębiorczej. Stała się sposobem na ucieczkę przed opresyjnym państwem. Polski Ład nie eliminuje powodów, które pchają ludzi do tej ucieczki, lecz ją utrudnia, zamykając ich w pułapce absurdu.
Chociaż duża liczba mikro firm mogłaby świadczyć o żywotności polskiej gospodarki, to w rzeczywistości wynika z ułomnego funkcjonowania państwa. Jest świadectwem jego patologii. Posłanka Żukowska, krytykując biedafirmy, krytykuje samą siebie. Jeśli chciałaby prorozwojowej polityki, optowałby za odbiurokratyzowaniem gospodarki i ustabilizowaniem prawa. Poprawa otoczenia mikrofirm poprawiłaby ich produktywność.
Z niewprawnie czytanych statystyk można by wysnuć wniosek, że mikrofirmy są z zasady mniej produktywne albo inwestują mniej w badania i rozwój niż duże przedsiębiorstwa. Ale wystarczy podzielić firmy na usługowe i produkcyjne, by przekonać się, że wśród dużych podmiotów więcej jest tych drugich, a wśród małych - tych pierwszych. Z wielu przyczyn sektor produkcyjny cechuje się większą produktywnością niż usługowy - tymczasem luka produktywności między mikro a dużymi firmami jest w usługach znacznie mniejsza niż w przemyśle. Porównywanie małych firm do dużych bez względu na charakter działalności może prowadzić do złudzenia statystycznego. Nie istnieją tu zresztą żadne twarde prawidłowości. Z danych OECD wynika, że produktywność dużych firm usługowych w takich krajach, jak Norwegia, Dania czy Izrael jest nawet mniejsza niż mikrofirm. Co więcej, w gospodarce opartej na wiedzy to mikrofirmy będą bardziej innowacyjne niż duże. „Przewaga wynikająca z wielkości przedsiębiorstwa w przypadku przemysłu wytwórczego prawie znika w przypadku usług opartych na wiedzy, przy czym nowe i młode firmy wykazują większe skłonność podejmowania działań innowacyjnych i skutecznego przekształcania wiedzy w innowacje niż dojrzałe firmy” - piszą David B. Audretsch, Alexander S. Kritikos i Alexander Schiersch w pracy „Firm Size and Innovation in the Service Sector” (Mikro firmy i innowacje w sektorze usług).
Gdzie jest Myspace
Mikrofirmy - te prawdziwe, a nie substytuty etatów - nie zasługują na miano „biedafirm”.
Niektórzy mikroprzedsiębiorcy są znacznie bardziej produktywni niż ich wielcy konkurenci i z czasem wypierają ich z rynku. Mark Zuckerberg, twórca Facebooka, wymazał z pamięci internautów serwis Myspace. W Polsce byli pracownicy państwowej radiowej Trójki, zakładając własną rozgłośnię Radio357, rozłożyli ekspracodawcę na łopatki. Jak czytamy w analizie OECD, „w niektórych przypadkach mniejsze przedsiębiorstwa mogą osiągać lepsze wyniki niż większe (...), co odzwierciedla przewagę konkurencyjną w zakresie działalności niszowej, działalności o wysokiej marce lub wysokiej zawartości własności intelektualnej”.
Przeprowadźmy osadzony w rzeczywistości eksperyment myślowy. Wyobraźmy sobie istnienie rządu światowego, który wspiera funkcjonowanie dużych firm produkujących gry komputerowe. Małe „bieda studia” deweloperskie są uznawane - na bazie raportów produkowanych przez Globalny Instytut Ekonomiczny i w wyniku działań legislacyjnych lewicowej posłanki globalnego sejmu Ann Marie Beetleson - za nieefektywne, nieproduktywne i niegodne wsparcia. Jednak w Europie Środkowej pojawiają się nagle deweloperskie „biedabiznesy”, które podbijają globalne rynki i marginalizują zasiedziałych graczy. Rząd globalny nie może na to pozwolić - nie po to ich wspierał, by teraz dać im upaść. Subsydiuje więc duże firmy pieniędzmi, a te wykupują i zamykają nowo powstałe słowiańskie biznesy. Co za sukces, prawda?
W prawdziwym świecie na szczęście nie istnieje rząd światowy. Dlatego w Polsce mogła rozwinąć się branża gier komputerowych - z CD Projektem, globalną potęgą, na czele. Ale przetrwanie fazy zarodkowej w biznesie, ekspansja i międzynarodowy sukces nie gwarantują immunitetu chroniącego przed absurdalną krytyką. Przeciwnie - duzi przedsiębiorcy są jej przedmiotem jeszcze częściej niż biedafirmy. Słyszą o sobie, że są panami feudalnymi, wyzyskiwaczami, oszustami oraz że nie dokładają się wystarczająco do społecznego dobrobytu rozumianego jako budżet państwa.
O tym ostatnim przekonał się ostatnio Elon Musk, któremu amerykańska senatorka Elizabeth Warren zarzuciła, że płaci zbyt mało fiskusowi. „W tym roku zapłacę więcej podatku niż jakikolwiek Amerykanin w historii. Przypomina mi pani mamę jednego z moich kolegów z dzieciństwa, która krzyczała na wszystkich bez powodu” - odpowiedział jej na Twitterze biznesmen. Niestety ostrzeliwanie przedsiębiorców absurdalnymi zarzutami, tak powszechne również w Polsce, nie jest drogą do powrotu gospodarek na ścieżkę produktywności i innowacyjności, z której zboczyły pół wieku temu. To droga w stronę przepaści i kryzysu. ©℗
W 2021 r. Polska zajęła 10. miejsce w rankingu Global Business Complexity Index mierzącym regulacyjne skomplikowanie środowiska biznesowego. Pierwsze trzy zajęły kolejno Brazylia, Francja i Meksyk. „Dzięki” Polskiemu Ładowi w 2022 r. mamy szansę na podium