W jeden wieczór Amerykanie przenieśli się w czasie do lat 80. poprzedniego wieku. W luksusowej dzielnicy Nowego Jorku kule dosięgły bossa rodziny Gambino – niegdyś najpotężniejszej spośród nowojorskich mafii.
Dziennik Gazeta Prawna
Usłyszałem strzały – opowiadał reporterom dobiegający wieku emerytalnego Salvatore. Było tuż po dziewiątej wieczorem. Nad Staten Island zapadł zmrok, a w jego najwyższej części – Todt Hills, gdzie przed laty kręcono „Ojca chrzestnego”, ciemności były gęstsze, bo rezydencje są tu porozrzucane pośród zagajników.
Reklama
Zabójca czaił się na 53-letniego Francesco Caliego, nazywanego Frankiem albo „Franky Boyem”, przed domem. Jak ustaliła po wszystkim policja, oddał do niego 12 strzałów, z tego sześć celnych, na koniec przejechał po nim pikapem, którym też chwilę później uciekł. Przed domem pozostawił dogorywającego 53-letniego mafiosa. Policja przyjęła zgłoszenie o 21.20. Po przewiezieniu go do szpitala lekarze stwierdzili zgon. Dziś amerykańskie media zgodnie powtarzają, że morderstwa gangstera o takiej pozycji w mafii nie było od 1985 r.

Reklama
Policjanci wkrótce zaczęli rekonstruować wydarzenia, w czym pomogły nagrania z monitoringu: o godz. 21 na podjeździe rezydencji gangstera doszło do stłuczki. Najprawdopodobniej furgonetka zabójcy uderzyła w zaparkowanego tam SUV-a mafiosa, a sprawca sam zadzwonił do drzwi. Cali wyszedł z domu, by sprawdzić, co się stało. Zaczęła się wymiana zdań z kierowcą pikapa, na pozbawionych fonii nagraniach wyglądająca na spokojną. Trwała około minuty, gdy młody mężczyzna wyciągnął broń. Kilkadziesiąt godzin po morderstwie sprawca był w rękach policji. 24-letni Anthony Comello nie wypierał się zabójstwa. Śledczy narzekali tylko, że sprawca wydaje się kompletnie rozkojarzony, bo składa sprzeczne zeznania. Udało im się jednak ustalić, że Comello jest adoratorem jednej z młodych krewniaczek Franka Caliego i mafijny boss już dawno temu kazał mu dać dziewczynie spokój.
Reporterzy rzucili się do przekopywania krótkiej biografii zabójcy: pochodził z dobrze sytuowanej rodziny z klasy średniej, dosyć wcześnie zaczął brać narkotyki. Jak się okazało, w ciągu ostatnich miesięcy Comello stał się też obsesyjnym wyznawcą rozmaitych teorii spiskowych krążących pośród zwolenników amerykańskiej radykalnej prawicy (alt-right). W lutym miał się pojawić w budynkach władz Nowego Jorku, ogłaszając, że dokona „obywatelskiego aresztowania” lokalnych polityków Partii Demokratycznej. – Obwiniał Nancy Pelosi (szefową Demokratów w Kongresie, spikera Izby Reprezentantów – red.) i wiele innych osób o kradzież wyborów – relacjonował John Miller z nowojorskiej policji. Na sali rozpraw Comello zademonstrował wypisane długopisem na dłoni symbole, kojarzone z rozmaitymi spiskami, jakie mają rzekomo kwitnąć w USA. Zza krat udzielił tylko jednego lakonicznego komentarza. – Nie wierzcie w bajki, które wam opowiadają – poradził.
Cóż, być może Comello rzeczywiście traktuje ustalane przez policjantów fakty za bajkę mającą przykryć prawdę. W sądzie na rozwartej dłoni zaprezentował literę „Q” i dopiski, które były czytelną aluzją do teorii, nazywanej w sieci QAnon – zakłada ona, że USA są potajemnie rządzone przez siatkę pedofilów, a administracja Donalda Trumpa ma ten ich rząd w końcu obalić. Na razie jednak to nie skryta pedofilska organizacja może nastawać na życie 24-latka – największym zmartwieniem organów ścigania jest dzisiaj to, że po głowę Comello mogą ruszyć cyngle rodziny Gambino. Lata płyną, mafie może i zmieniają się w korporacje, ale zabicie bossa najpotężniejszego za Atlantykiem klanu nigdy nie będzie bezkarne.

Budowniczy imperium

„Choć szacowanie bilansu zysków z nielegalnych interesów przysparza analitykom dużych kłopotów, to nie ulega wątpliwości, że rodzina Gambino jest najbogatszą i najpotężniejszą organizacją przestępczą w Ameryce” – podsumowuje Carl Sifakis, ekspert i publicysta zajmujący się historią półświatka w USA, autor opasłej książki „Mafia amerykańska. Encyklopedia”.
Według Sifakisa Gambino przez pierwszych kilka dekad istnienia jako przestępczy syndykat byli rodziną o drugorzędnym znaczeniu w świecie amerykańskich mafii. Organizacja zrodziła się co prawda już w latach 20. XX w., ale przez długi okres jej wpływy nie wykraczały poza Brooklyn, potem Nowy Jork. Na początku lat 50. skończyła się epoka tworzących struktury sieci braci Mangano, a na czele rodziny stanął Albert Anastasia: ambitny gangster, który błyskawicznie zaczął torować organizacji drogę na rynki nielegalnego hazardu, lichwy i handlu narkotykami. „Anastasia nie potrafił jednak snuć długofalowych wizji – był w gruncie rzeczy szaleńcem i psychopatą, często podejmującym niepotrzebne ryzyko” – pisze ekspert.
Bossowie mafii, legendarnego konglomeratu przestępczych klanów, wkrótce zaczęli mieć dosyć narwanego Anastasii. W 1957 r. dwaj cyngle wynajęci przez konkurenta, Vito Genovesego, dopadli bossa klanu Gambino w łazience podczas golenia. „Zabicie Anastasii wywołało wstrząsy w całym półświatku i zmusiło głowy rodzin do zwołania gangsterskiego szczytu w stylu Palermo w miejscowości Apalachin, w stanie Nowy Jork” – opisywał po latach Douglas Valentine, historyk mafii, w książce „The Strength of The Wolf. The Secret History of America's War On Drugs”. „Ludzie z wewnątrz tego środowiska twierdzą, że szczyt zwołano po to, by obwołać Genovesego bossem bossów, a Carla Gambinę (doradcę Anastasii, który przyłączył się do spisku na życie szefa – red.) liderem rodziny Mangano. Ten legendarny szczyt, jak tego dowodzę, nigdy się nie odbył” – konkluduje Valentine.
Odbył się czy nie, Carlo Gambino został głową rodziny. I rządził nią niemal 20 lat, aż do 1976 r. Według Sifakisa niebawem udało mu się osaczyć Genovesego i doprowadzić do aresztowania oraz skazania lidera mafii na 15 lat więzienia. Po dekadzie sędziwy gangster zmarł za kratami, a Gambino – który w tym samym czasie stopniowo marginalizował innych przywódców rodzin – zaczął budować imperium. Udaremniał spiski przeciw sobie, przejmował interesy innych, na koniec jeszcze udało mu się wygasić rywalizację wewnątrz samej organizacji. „Przekształcił drugorzędną rodzinę przestępczą w prawdziwą perłę w koronie mafii – znacznie bardziej wartościową niż organizacja kierowana przez Lucky'ego Luciano i potężniejszą niż słynna mafia chicagowska pod wodzą Ala Capone” – nie kryje uznania dla przywódczych talentów Gambino Sifakis. Zresztą sam fakt, że do dziś organizacja używa nazwiska gangstera sprzed pół wieku mówi sam za siebie.

Gwiazdor przeklęty

Kruche porozumienie, którego architektem był Gambino, przetrwało kilka lat – może mało jak na stulecie historii organizacji, ale całkiem sporo jak na realia półświatka. U progu lat 80. rodzina znalazła się na rozstajach: jedni liderzy ciągnęli w stronę tego, co wydawało się najbardziej lukratywnym procederem – handlu narkotykami i niezwykle zyskownych wówczas napadów na konwoje z gotówką. Inni woleli działalność dyskretniejszą: pożyczki, oszustwa w branży budowlanej czy banalne kradzieże aut. Cyngle organizacji podzielili się na Wąsatych Piotrków (Mustache Petes) i Młodoturków (Young Turks), jak łatwo się domyślić, młodzi mieli do starych pretensje, że przechwytują „frukta”, a im zostawiają ochłapy.
Zapotrzebowanie na świeżą krew nigdy się nie kończyło. „W 1979 roku, jako 14-latek zaczynałem od kradzieży radia z samochodów, opon i całych kół. Czasem kroiłem handlarzy narkotyków, sprzedawałem marihuanę, kradłem jakieś auto. Jako 15-latek robiłem już na tym niezłe pieniądze” – wspominał gangster Andrew DiDonato w wydanej niecałą dekadę temu książce „Surviving The Mob. A Street Soldier's Life Inside The Gambino Crime Family”. „Ale przełom nastąpił w 1982 r.: zostaliśmy z kolegą aresztowani za napaść i wymuszenie. To zwróciło na mnie uwagę bossów, pokazało, że jestem poważnym i ambitnym młodym gościem z potencjałem. A tego zawsze szukali szefowie” – dorzucał.
A do szefów rodzina Gambino zawsze miała szczęście. W 1985 r., po okresie frakcyjnych podziałów, na jej czele stanął John Gotti – zaczynający karierę w gangu jeszcze za czasów Gambino, potem był ulubieńcem najbrutalniejszego z sukcesorów, Aniello Dellacroce. Gdy mentor zmarł, zabójcy dopadli drugiego „seniora” w rodzinie – Paulo Castellano (to było ostatnie tej rangi zabójstwo do czasu śmierci Franka Caliego), po czym Gotti miał już wolną rękę. I zaczął zaprowadzać własne porządki, na miarę nastających właśnie nowych czasów.
– Wygląda jak gwiazda filmowa – opisywał jeden z tropiących bossa detektywów. – Ubiera się w szyte na miarę garnitury, jeździ wielkim czarnym lincolnem i jada w dobrych restauracjach – dodawał. Gotti nie miał skrupułów: sąsiad, który spowodował śmierć jego małoletniego syna w wypadku samochodowym, miał wylądować pod piłą łańcuchową, a zwłoki załadowano do samochodu sprasowanego następnie w metalowy blok o wymiarach 30 na 30 cm. Zamach na Castellano i jego prawą rękę w 1985 r. też miał być dziełem Gottiego. Gangster nie ukrywał swojego zachwytu metodami działania Alberta Anastasii.
Ale nowojorscy śledczy i prokuratorzy zaciskali już mafiosom pętlę na szyi: z pierwszych procesów Gottiemu udało się wyjść jeszcze obronną ręką, a z aresztu zarządzał organizacją niemal równie swobodnie, co na wolności, ale już w 1992 r. definitywnie wylądował za kratkami. Desperacko próbował jeszcze rządzić gangiem z więzienia, ale już po kilku latach musiał się poddać. – Jestem przeklęty. Siedzę w tej pace i to już koniec. To moje królestwo – nagrali jego wyznania strażnicy. Nawet niektórzy członkowie klanu nieoficjalnie wyrażali wdzięczność kapusiowi, który wsypał Gottiego.

Czas menedżerów

Przyczyna tej niechęci była dosyć prosta. Rodzina Gambino – niczym ojcowie chrzestni z filmów Coppoli – po „czasach ołowiu” dochodziła stopniowo do wniosku, że znacznie korzystniejsza od gangsterskiego splendoru i przykuwających uwagę całej Ameryki procesów jest dyskrecja.
Trudno się dziwić. Po śmierci Gottiego w 2002 r. imperium Gambino znalazło się w apogeum. „Rodzina zarządza aktywami wartymi setki milionów dolarów i zrzesza przynajmniej 800 przestępców; jej imperium rozciąga się od Nowego Jorku przez kasyna Atlantic City i Las Vegas oraz fabryki heroiny na Sycylii i w Azji aż po sieci dystrybucji kradzionych samochodów w Kuwejcie” – wylicza Sifakis. „Jedna z gazet przypisała rodzinie miano Gambino Inc.” – dorzucał.
Z perspektywy tropicieli krwistych gangsterskich historii nastąpił schyłek klanu: nie dość, że na czele gangu stawali bossowie odpowiedzialni za „przestępstwa białych kołnierzyków”, to jeszcze zmieniali się często i bezkrwawo. W 2008 r. wymiar sprawiedliwości dopadł wierchuszkę rodziny, stawiając zarzuty aż 54 członkom gangu oraz kilku przestępcom związanym z sycylijską Cosa Nostrą, w tym Frankowi Caliemu, który wówczas zaliczył krótką – nietrwającą nawet roku – odsiadkę.
Obława nie odbiła się nazbyt mocno na finansowej potędze gangu. Zadziwia też niski wyrok dla Franky Boya, który w dokumentach operacji jest opisywany jako „ambasador klanu w kręgach sycylijskich mafii”. Już wtedy nie było tajemnicą, że Cali jest zwolennikiem skupienia się na handlu narkotykami i oksykodonem, silnym opioidowym środkiem przeciwbólowym produkowanym w laboratoriach Sycylijczyków. Na dodatek policjanci zdawali sobie sprawę, że w tym samym czasie, gdy Cali był już na wolności – choć pod dozorem organów ścigania – ambitny mafioso został włączony do ścisłego kierownictwa klanu. W 2012 r. specjalizujący się w nowojorskich mafiach weteran dziennikarstwa, Jerry Capeci, wskazał go jako nowego wiceszefa rodziny. Trzy lata później nowojorskie media pisały już o nim jako o „pełniącym obowiązki szefa” rodziny (co oficjalnie potwierdziła po marcowym zamachu policja z Nowego Jorku), a reporterzy, którzy zapuścili się do sycylijskich kontrahentów klanu Gambino, usłyszeli, że Cali „jest tu wszystkim”.
Jednocześnie, już po strzałach na Staten Island, byli gangsterzy, odpytywani przez dziennikarzy gazety „USA Today” zapewnili, że Cali był przeciwnikiem przemocy. – On prowadził interesy, jakby kierował korporacją – uciął jeden z nich.

Nie stawiajcie kreski na mafii

Nie znajduje spokoju głowa, która nosi koronę – przypominają teraz szekspirowską frazę amerykańskie media. Dzisiejsi gangsterzy doskonale tę frazę znają – a nawet jeżeli nie, to odczucia mają podobne do Henryka IV.
Na wolności znalazł się niedawno, po 29 latach odsiadki, jeden z braci Johna Gottiego, Gene. Pretendentem do sukcesji jest bliski wspólnik Franka Caliego, Lorenzo Mannino, uważany za „człowieka Sycylijczyków” w rodzinie Gambino. Ale żaden z nich nie ma aspiracji, by znaleźć się na celowniku mediów i śledczych – epoka bossów gwiazdorów definitywnie dobiega końca. Postaci takich jak Gotti praktycznie już wśród amerykańskich mafiosów nie ma. Nie ma nawet jego rówieśników: raptem kilka dni przed zabójstwem Franka Caliego w więzieniu zmarł nestor nowojorskiego półświatka, 85-letni boss rodziny Colombo, Carmine Persico. W dniu zabójstwa Caliego postawiono zarzuty dwóm szefom klanu Bonanno. Rodziny Genovese i Lucchese są rządzone przez „technokratów”, podobnie jak Gambino.
Zresztą nikt ze starej gwardii nie potrafiłby prawdopodobnie stawić czoła nowym realiom na ulicach Nowego Jorku, nawet dla Franky Boya musiało to być niełatwe zadanie. Skończyły się przekręty deweloperskie czy przy wywozie śmieci. Narkotyki od Cosa Nostry – a więc częściowo pośrednio od kolumbijskich karteli – konkurują dziś na ulicach amerykańskich metropolii z tańszą heroiną meksykańskich karteli, dystrybuowaną przez gangi z Dominikany. Monopol włoskich mafiosów został już dawno temu złamany. – Jeśli wchodzisz dziś do gry, to grasz z Azjatami, Rosjanami, Albańczykami, Kolumbijczykami – komentował skruszony gangster z klanu Gambino, Louis Ferrante. Żadna z tych organizacji nie zarzuca już całego miasta jedną dostawą, handluje się czy wymusza haracze na poziomie lokalnym, dzielnic, może nawet ulic. Włoska mafia, według części ekspertów, wręcz boryka się z problemami kadrowymi i musi się wspomagać ściąganiem chętnych z Sycylii.
– Ludzie nie wstępują do mafii, bo są Izaakami Newtonami czy Albertami Einsteinami świata kryminalistów – wzrusza ramionami David Shapiro, wykładowca John Jay College of Criminal Justice i były agent FBI. Zresztą to już nie jest właściwie mafia. – Zawsze zakłada się, że w mafiach jest jakiś łańcuch dowodzenia i kontroli niczym w korporacjach. Ale nie sądzę, żeby dziś to porównanie było trafne. Biznesowe komórki mafii są dziś znacznie bardziej niezależne. Są mniejsze. Nie ma takiej lojalności wobec bossów. Jeśli nie jesteś w stanie sfinansować sobie ekipy, to jej nie masz – podsumowuje.
Ale choć to już nie stare, dobre czasy, to stawianie kreski na mafii byłoby przedwczesne. – Ktokolwiek zajmie miejsce Franky'ego Boya, stanie się magnesem dla mediów – dorzucał Ferrante po marcowym zabójstwie. – O niczym innym przecież teraz nie rozmawiamy, a wielu gangsterów nie życzy sobie sławy. Gdybym rzeczywiście był następny w linii sukcesji, wyznaczyłbym jakiegoś pozoranta, by zajął pozycję bossa. Wybrałbym do tego kogoś bliskiego sobie – kwitował.
Nie da się ukryć: do normalnej pracy większość współczesnych gangsterów kompletnie się nie nadaje. Są zresztą tacy eksperci, którzy twierdzą, że korporacyjny styl Franka Caliego okazał się trafionym rozwiązaniem na nowe czasy. – Mafia ma się dobrze. Odnotowujemy, że młodzi wciąż do niej wstępują. Jak tylko kogoś skażemy, zawsze znajduje się ktoś inny, kto zajmuje jego miejsce – kwituje William Gale, jeden z kierowników oddziału do walki ze zorganizowaną przestępczością FBI. – Gangsterzy wciąż prowadzą te same rutynowe działania co zawsze: nielegalny hazard, który przeradza się w pożyczki, które skutkują wymuszeniami. Nie widzimy przemocy, bo ta przyciąga uwagę. A myślę, że oni pojęli lekcję: przyciąganie uwagi nie jest dobre dla interesów – opisuje.