Problemem Polski nie jest wyludnianie małych i średnich miast, tylko powolny wzrost dużych. Braki mieszkaniowe sprawiają, że wiele młodych osób, zamiast do Warszawy, Krakowa i Trójmiasta, wyjeżdża do Londynu, Dublina czy Berlina.
Łatwość, z jaką sektor prywatny zrealizuje najgłośniejszy cel postawiony przez rząd PiS w „Narodowym Programie Mieszkaniowym”, nie oznacza braku wyzwań. W programie zapisano wzrost liczby mieszkań na 1000 mieszkańców z 363 w 2014 r. do średniej unijnej 435 mieszkań w 2030 r. Dało to impuls do kolejnych fantastycznych zapowiedzi ze strony polityków PiS o tym, ile mieszkań rocznie będzie budowanych w ramach programu „Mieszkanie plus”. W rzeczywistości jednak cel zrealizują prywatni deweloperzy bez pomocy rządu. Wskazuje na to tempo budowy mieszkań w ostatniej dekadzie i prognozy GUS dotyczące spadku populacji Polski. To nie oznacza jednak, że wszystko jest w porządku. Problem leży gdzie indziej.
Problemem polskiego mieszkalnictwa jest nie tyle mała liczba mieszkań, ile to, że są zlokalizowane nie tam, gdzie miejsca pracy. W miastach o populacji powyżej 500 tys. mieszka 4,3 mln osób powyżej 15. roku życia. To tylko nieco więcej niż w miastach o populacji do 20 tys. mieszkańców – 3,7 mln. Tymczasem w tych pierwszych pracuje 58 proc. osób powyżej 15 lat, podczas gdy w tych drugich tylko 49 proc. To w znacznej mierze spadek po PRL, w którym władza, obawiając się samoorganizacji społeczeństwa w wielkich aglomeracjach, dbała o geograficzne rozproszenie populacji. Dzisiaj skutkuje to nadmiernym rozproszeniem substancji mieszkaniowej, m.in. w małych ośrodkach o płytkich rynkach pracy, małej koncentracji aktywności gospodarczej i niskich wynagrodzeniach.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.