Najkrótsza droga z Chin do Polski wiedzie przez Bangladesz?
Rozumiem, że chodzi o to, że wiele przesyłek z Chin dociera do Polski przez Bangladesz. To fakt. I efekt tego, jak funkcjonują stawki opłat w Światowym Związku Pocztowym (UPU), którego głównym zadaniem było uporządkowanie współpracy operatorów pocztowych z różnych krajów i ustalenie zasad przesyłania listów za granicę. Opłaty końcowe określają, ile poczta z kraju nadania przesyłki ma zapłacić poczcie z kraju adresata. Żeby ułatwić funkcjonowanie operatorom w krajach biedniejszych, UPU na podstawie wielkości PKB na mieszkańca podzieliło świat na cztery grupy z różnymi stawkami. Dzięki temu poczta z biednego kraju nie musi płacić poczcie z kraju bogatego tyle, ile dana usługa w bogatym kraju naprawdę kosztuje. Najtańsze są przesyłki kierowane z państw czwartej grupy, a najdroższe z pierwszej, do której należą m.in. USA, Kanada, Europa Zachodnia. Polska w tej klasyfikacji funkcjonuje w drugiej grupie.
I tu pojawia się fortel z Bangladeszem.
Jeśli popatrzymy na mapę świata, to przesłanie czegokolwiek z Chin do Polski nie wymaga angażowania Bangladeszu. Bangladesz jednak znajduje się w czwartej grupie, a Chiny w trzeciej. Przesyłka z kraju należącego do czwartej grupy jest więc tańsza, niż gdyby została przekazana do Polski bezpośrednio z Państwa Środka.
Gdy ustalano poziom opłat końcowych, nie istniał jeszcze rynek e-commerce. Dziś UPU to jeden z elementów wojny handlowej.
W XX w. w przesyłkach była głównie korespondencja. Obecnie coraz częściej są zakupy internetowe. I Amerykanie zaczęli się buntować przeciwko towarom z Chin, które nie dość, że zalewają ich rynek, to jeszcze poczta amerykańska musi je tanio dostarczać. W tym roku odbył się nadzwyczajny kongres poświęcony głównie temu tematowi. Amerykanów popierały kraje skandynawskie i Kanada – bo są w podobnej sytuacji – oraz kraje latynoskie, bardziej z powodów politycznych. USA rok wcześniej zagroziły, iż w przypadku braku podwyżek stawek wystąpią z UPU (będącego agendą ONZ). Szefem delegacji amerykańskiej był Peter Navarro, doradca prezydenta Donalda Trumpa, czołowy ideolog wojny handlowej z Chinami, autor książki „Death by China”. Przyjechał zdeterminowany, żeby sprawę załatwić.
No i załatwił.
Nie do końca. Amerykanie dostali zgodę na podniesienie opłat końcowych, ale stopniowo: zaczynając od 70 proc. podobnej przesyłki krajowej i po kilku latach dochodząc do 80 proc. Muszą też udowodnić, że to tyle kosztuje. Poza tym zobowiązali się dorzucić 40 mln franków szwajcarskich do budżetu UPU. Końcowe, kompromisowe uzgodnienia kongresu zostały przyjęte przez aklamację.
Dla Polski nic się nie zmieniło?
Dla nas opłaty pobierane przez USA też oczywiście wzrosną, ale mogło być znacznie gorzej. Natomiast my swoich stawek dla innych krajów nie podnieśliśmy.
Dlaczego? Trzeba było walczyć o wyższe opłaty końcowe.
Nie jesteśmy zwolennikami dużych zmian w tym systemie, ponieważ moglibyśmy na tym więcej stracić, niż zyskać. Jako kraj widzimy duże szanse wynikające z rozwoju chińskiego e-commerce.
Czyli zamiast pomóc krajowemu e-commerce, jeszcze ten sektor dobiliście: nadal musi walczyć z chińskimi towarami, a teraz jeszcze wysyłka za ocean będzie droższa.
W Polsce produkty z Chin dostarcza wiele firm. Mało mówi się o odwrotnym kierunku. Chcielibyśmy zachęcić firmy do ekspansji na rynki azjatyckie. To wcale nie jest mrzonka. Z naszych rozmów z chińskimi partnerami wynika, że są zainteresowani polskimi produktami. Nasi przedsiębiorcy mają znakomitą ofertę dla nich, a Poczta może im pomóc te towary wypromować i dostarczyć.
Natomiast towary z Chin powinny być clone, ale nieszczególnie się to udaje.
Przedstawiamy te przesyłki do kontroli. Nie mogę jednak wypowiadać się za służby celne. Wspólnie pracujemy nad tym, żeby zmienić obecny system, tak aby jednocześnie nie było utrudnień przy zakupach online za granicą.
Poczta Polska ze służbami celnymi współpracuje. Jesteście współodpowiedzialni.
Obowiązkiem Poczty jest pobór opłat nałożonych przez Krajową Administrację Skarbową i odprowadzenie ich do Skarbu Państwa. Każdy towar przywożony spoza UE musi przejść odprawę celną. Ale to funkcjonariusz KAS decyduje o zastosowaniu odpowiedniej stawki cła i VAT. W przyszłości chcemy działać jako zgłaszający i cały ten proces zautomatyzować. Nad projektem Interconnect, usprawniającym procedury celno-skarbowe, pracujemy też w ramach UPU.
Ile tracicie na obsłudze chińskich towarów?
Zarabiamy. Rentowność przesyłki prime – takie zazwyczaj przychodzą z Chin – jest znacznie wyższa niż zwykłej. To, że dla kupującego w chińskim sklepie internetowym transport do Polski jest bezpłatny, nie oznacza, że Poczta Polska nie zarabia. Płaci nam Poczta Chińska oraz sprzedawcy, których z kolei subsydiuje tamtejszy rząd, wspierający w ten sposób rodzimy e-commerce.
To ile wynosi rentowność tych przesyłek?
W przypadku prime kilkadziesiąt procent. I obroty są coraz większe. W pierwszym półroczu br. przesyłki e-commerce z Poczty Chińskiej stanowiły ponad 30 proc. wszystkich przychodzących do nas przesyłek zagranicznych. W ub.r. było to 24 proc.
Szacujecie, że w 2023 r. polski rynek KEP – obejmujący przesyłki kurierskie, ekspresowe i paczkowe – będzie wart prawie 12 mld zł. Jaką część tych obrotów chcecie przejąć?
Jak największą. Aktualizujemy właśnie strategię Poczty na najbliższe lata. Zakładamy wzrost przychodów z szeroko pojętego segmentu e-commerce, choć niezupełnie pokrywa się to z rynkiem KEP, bo drobne towary są wysyłane jako listy.
Jak duży wzrost planujecie?
Wystarczający, by w 2023 r. nasze obroty z e-commerce przewyższyły te z tradycyjnych listów. Pod tym kątem przebudowujemy całą logistykę i IT: modernizujemy węzły ekspedycyjno-rozdzielcze, inwestujemy w maszyny do sortowania, rozwijamy sieć odbioru w punkcie, którą w tym roku uzupełniliśmy o automaty paczkowe.
Średni wzrost krajowego rynku w ciągu tych pięciu lat obliczacie na 11 proc. Jaki będzie dla samej Poczty Polskiej?
Około 20 proc.
Czyli jaka część z 12 mld zł wam przypadnie?
Przez najbliższe lata zamierzamy utrzymać aktualną pozycję w kraju, a po pięciu latach – awansować na pierwsze miejsce. Jeśli Poczta Polska chce przetrwać, musi być liderem rynku, nie ma innego wyjścia.
Jak istotnym elementem tych planów są pracownicy? Płacowo oferta Poczty ustępuje dyskontom. W tym roku związkowcom nie udało się wynegocjować podwyżek, wypłacacie tylko dodatkowe 400 zł brutto w listopadzie i grudniu.
Wypłata w sumie 800 zł to dla nas koszt rzędu 74 mln zł, bo dodatkowe świadczenie otrzymują wszyscy pracownicy, czyli 80 tys. osób. W naszej sytuacji finansowej to optymalne rozwiązanie. Naszym atutem pozostaje stabilność zatrudnienia i wiele osób to ceni, bo średni staż pracy w firmie wynosi 16 lat. Największa rotacja występuje wśród nowo zatrudnionych. Ale tak się dzieje w wielu firmach. Dostrzegamy potrzebę wzrostu wynagrodzeń. Ale zrównanie średniej płacy na Poczcie ze średnią krajową – o czym często mówi strona społeczna – nie wydaje się obecnie bliskie szybkiej realizacji.
A to nie był też cel zarządu?
Celem zarządu było podniesienie pensji pocztowców i to się udało w ostatnich trzech latach. Obecnie chcemy ustalić długofalową politykę wynagrodzeń, aby pracownicy wiedzieli, czego mogą się w najbliższych latach spodziewać. ©℗
Rozmawiała Elżbieta Rutkowska