Oczekiwanie przedsiębiorców na ostateczny kształt ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy (PIP) przedłuża się. Projekt, który miał zrewolucjonizować rynek zatrudnienia w Polsce, stał się przedmiotem politycznych i prawnych kontrowersji. Jak doniosła „Gazeta Wyborcza”, premier Donald Tusk miał polecić wycofanie projektu z prac rządowych i zwrócenie go do resortu pracy w celu naniesienia poprawek. Taki obrót spraw sugerowałby, że rządowa koalicja nie jest zgodna co do zakresu władzy, jaką mają otrzymać inspektorzy.
Resort pracy: „Opierajmy się na faktach”
W nieoficjalnej odpowiedzi na pytania o dalsze losy reformy, Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej (MRPiPS) nie kryje zaskoczenia doniesieniami medialnymi. Przedstawiciele resortu podkreślają, że projekt nie był jeszcze przedmiotem obrad Rady Ministrów, więc trudno mówić o jego formalnym wycofaniu na tym etapie.
– Należy opierać się na faktach. A te są takie, że projekt został przyjęty 4 grudnia przez Komitet Stały Rady Ministrów, na którym zasugerowano też kierunek zmian. Projekt został poprawiony zgodnie z tymi wytycznymi i wysłany do RM. Obecnie znajduje się przed komisją prawniczą – słyszymy w resorcie pracy.
Decyzja zamiast sądu
Istotą sporu, który może opóźnić reformę, są planowane, radykalne zmiany w uprawnieniach inspektorów pracy. Projekt zakłada, że będą oni mogli w drodze decyzji administracyjnej przekształcać umowy cywilnoprawne w umowy o pracę. To narzędzie, które obecnie znajduje się wyłącznie w rękach sądów pracy, miałoby zyskać rygor natychmiastowej wykonalności.
To właśnie te przepisy budzą największy opór pracodawców oraz wątpliwości konstytucyjne ekspertów, a nawet samego Rządowego Centrum Legislacji. Krytycy podnoszą argument naruszenia swobody działalności gospodarczej oraz niezgodności z ustawą zasadniczą. Resort pracy pozostaje jednak nieugięty, powołując się na własne analizy prawne.
Liwiusz Laska, dyrektor generalny MRPiPS, w wywiadzie dla Dziennika Gazety Prawnej stanowczo odpiera zarzuty o niekonstytucyjność, określając je mianem „wyssanych z palca”.
– Chciałbym wskazać, że natychmiastowa wykonalność decyzji Państwowej Inspekcji Pracy istnieje już dzisiaj, na przykład przy nakazie wypłaty zaległego wynagrodzenia. PIP może wydawać jeszcze bardziej doniosłe decyzje, jak wstrzymanie działalności, zamknięcie zakładu, hali czy linii produkcyjnej. Skoro w tak poważnych sprawach inspektor może działać natychmiast, to gdzie tu niekonstytucyjność przy przekształceniu umowy? – pyta retorycznie Laska.
Dyrektor generalny przywołuje szereg artykułów Konstytucji RP, w tym art. 24 (ochrona pracy), art. 66 (prawo do bezpiecznych warunków pracy) oraz art. 67 (zabezpieczenie społeczne), argumentując, że sprawiedliwość społeczna wymaga, aby praca w warunkach etatu była sformalizowana umową o pracę.
– O tym pracodawcy często zapominają, skupiając się jedynie na swobodzie działalności gospodarczej. Nasza reforma w żaden sposób nie ogranicza działalności, nie zmienia kodeksowej definicji stosunku pracy. Zmienia jedynie sposób egzekucji obowiązującego prawa – dodaje Laska.
Miliardy z KPO zagrożone
Spór o kształt ustawy ma jednak drugie dno – finansowe. Reforma PIP jest ściśle powiązana z realizacją Krajowego Planu Odbudowy (KPO). Konkretnie chodzi o kamień milowy A71G („Wejście w życie reformy Państwowej Inspekcji Pracy i reformy Kodeksu pracy”) oraz A72G dotyczący budowania zdolności PIP.
Zgodnie z harmonogramem, kamień milowy A71G powinien zostać zrealizowany do końca 2025 roku, a cała reforma wdrożona do 30 czerwca 2026 roku. Już teraz wiadomo, że pierwszy z tych terminów nie został dotrzymany, co naraża Polskę na dotkliwe konsekwencje finansowe.
Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej (MFiPR) wyjaśnia mechanizm sankcji: w przypadku braku realizacji kamienia milowego, Komisja Europejska obniża wysokość wypłaty i przyznaje dodatkowe pół roku na nadrobienie zaległości (nie dłużej jednak niż do 31 sierpnia 2026 r.). Dopiero po ocenie KE będzie można precyzyjnie określić skalę potrąceń, ale nieoficjalnie mówi się o utracie miliardów złotych.
Co istotne, MFiPR podkreśla, że nie ma możliwości wycofania się z zobowiązań dotyczących ustawy o PIP. Dotychczas wszystkie rozliczone przez Polskę kamienie milowe uzyskały pełne refundacje, a przypadek rezygnacji z reformy wpisanej do KPO nie miał miejsca. Gra toczy się więc o pełną pulę, a czas działa na niekorzyść rządu.