Czy to prawda, że Niemcy przyślą autobusy i zabiorą nas do siebie? - pyta mnie niepewnie Rojan. Kiedy tłumaczę, że to kłamstwa rozsiewane prawdopodobnie przez białoruską propagandę, ze smutkiem kiwa głową. Siedząca po drugiej stronie stołu Zahra nie zna wiele słów po angielsku, lecz po minie koleżanki orientuje się, że ją też kolejny raz oszukano. Że wbrew kolportowanym wśród migrantów plotkom, żadna organizacja nie szykuje się do przetransportowania ludzi z polskiej granicy dalej na Zachód.
Obie kobiety mieszkają obecnie w ośrodku dla cudzoziemców prowadzonym przez białostocką Fundację Dialog. Rojan ma 28 lat i przyjechała z północnej części irackiego Kurdystanu. Zahra jest po pięćdziesiątce, pochodzi z Syrii. Obie zostały rozdzielone od rodzin po przeprawie przez polsko-białoruską granicę i myślą dziś tylko o tym, jak do nich dołączyć.
To nie miejsce do życia
Reklama
Rojan: - Jestem tutaj bezpieczna, ale samotna. Nie mogę spać ani jeść. Chcę być z mężem. Nie wiem, co się z nim dzieje, czy ktoś mu powiedział, gdzie jestem. Proszę, aby mnie do niego zabrali, ale ciągle słyszę, że mam czekać. Dlaczego inne rodziny mogą być razem, a nas rozdzielono? Jestem już tym wszystkim taka zmęczona.
Gdy rozmawiamy, mieszka w białostockim ośrodku od ponad trzech tygodni. Razem z mężem pokonała ten sam szlak, co tysiące innych uciekinierów z Iraku i Syrii - z przesiadkami w Stambule i w Mińsku oraz morderczą przeprawą przez naszą wschodnią granicę. Przemytnik, u którego wykupili „pakiet turystyczny”, zapewniał, że podróż obejmuje gładki tranzyt z Białorusi do Niemiec: najpierw pięć godzin samochodem z Mińska do malutkiej wsi położonej u bram strefy Schengen, potem dwie godziny lekkiego marszu przez zieloną granicę, zaś po drugiej stronie, w umówionym miejscu, odbierze ich kurier i bezpiecznie przetransportuje do Niemiec. Zanim zdążyli tam dotrzeć, szybko natrafili jednak na polskich pograniczników, którzy zawrócili ich na terytorium Białorusi. Utknęli w lesie na dłużej, niż to było zaplanowane. Gdy po kilku dniach skończyły się im zapasy jedzenia i wody, w desperacji pili wodę z kałuży. Rojan mówi, że przemytników to nie obchodziło. Dla nich równie dobrze mogli tam umrzeć.

Reklama
Głodni i wyziębieni dotarli w końcu do punktu, w którym czekał na nich kurier. Wsiadając do auta, Rojan była pewna, że się udało. Kilkanaście kilometrów przed granicą z Niemcami doszło jednak do wypadku. Dziewczyna opowiada o tym wymijająco, ale z jej urywanych zdań można wywnioskować, że auto najprawdopodobniej nie zatrzymało się do kontroli drogowej i policja ruszyła za nim w pościg. W wypadku jej mężowi nic się nie stało i straż - zgodnie z przepisami - umieściła go w strzeżonym ośrodku dla cudzoziemców w Krośnie Odrzańskim za próbę nielegalnego przekroczenia granicy. Ona doznała w kraksie największych obrażeń - m.in. poważnego urazu ręki. Przewieziono ją do szpitala, skąd po sześciu dniach pracownicy Fundacji Dialog zabrali ją do ośrodka w Białymstoku. Na mocy decyzji Straży Granicznej trafiają tu migranci, których ze względu na stan zdrowia bądź sytuację życiową nie można zamknąć w strzeżonej placówce, a tym bardziej wypchnąć do białoruskiego lasu: rodziny z malutkimi dziećmi, osoby cierpiące na choroby przewlekłe, z niepełnosprawnościami lub po hospitalizacji z powodu hipotermii czy ofiary przemocy białoruskich strażników. To rodzaj wentyla humanitarnego przewidzianego w ustawie o cudzoziemcach.
Obecnie w białostockim ośrodku przebywa ok. 40 osób - w większości są to Irakijczycy, Syryjczycy i Afgańczycy. Mają zapewniony dach nad głową, posiłki, ubrania, opiekę medyczną i wsparcie psychologiczne (Straż Graniczna zwraca fundacji poniesione koszty). Przez pierwsze 10 dni pobytu odbywają kwarantannę, potem mogą już swobodnie wychodzić na zewnątrz. Nie ma strażników, płotów, krat i rygoru quasi-więziennego.
Zgodnie z umową zawartą ze strażą migranci mają prawo przebywać w ośrodku przez sześć miesięcy. W praktyce nikt nie korzysta z tej możliwości. Pracownicy fundacji przyznają, że po odbyciu kwarantanny większość cudzoziemców ucieka dalej na Zachód. Na Podlasie przyjeżdżają po nich krewni, znajomi, czasem odbierają ich zawodowi kurierzy. Dlatego też migranci nie są zainteresowani złożeniem u nas wniosku o ochronę między narodową, mimo że informuje się ich o takiej opcji. Gdyby wystąpili w Polsce o azyl, zamknęliby sobie drogę do ubiegania się o status uchodźcy w innym kraju strefy Schengen, które było właściwym celem ich podróży. Na dodatek zostaliby u nas umieszczeni w ośrodku otwartym SG, czego nie chcą. Spośród prawie 250 osób, które od początku roku przewinęły się przez białostocki ośrodek, zaledwie jedna rodzina wystąpiła o ochronę międzynarodową po interwencji przedstawicieli rzecznika praw obywatelskich.
Rojan też nie planuje zostać w Polsce. Chce dołączyć z mężem do swojej diaspory w Niemczech, tam mieszkają ich znajomi. Choć cała jej rodzina zdawała sobie sprawę, z jakim ryzykiem wiąże się taka podróż, nie próbowała odwodzić małżonków od wyjazdu. Są młodzi, na Zachodzie mają szansę na lepsze życie. Dziewczyna i jej mąż cztery lata temu skończyli finanse na uniwersytecie w Dahuk, ale od tamtej pory nie mogli znaleźć pracy. Polegali na wsparciu krewnych, przyjaciół. Rejon, z którego pochodzą, jest terenem trwającego od końca lat 70. konfliktu zbrojnego Turcji z Partią Pracujących Kurdystanu (PKK). Niezależna organizacja International Crisis Group szacuje, że od lipca 2015 r., gdy doszło do zerwania dwuletniego zawieszenia broni, w zamachach i walkach między bojówkami PKK a siłami tureckimi zginęło ponad 5,7 tys. ludzi. - W Kurdystanie nie da się żyć - mówi stanowczo Rojan. - Wiele osób myśli, że tam jest bezpiecznie, że nie ma żadnej wojny. Ale to nieprawda. Ludzie są tam zabijani codziennie. Wszędzie pełno przemocy, biedy i korupcji. Nawet jeśli masz wyższe wykształcenie, nie ma dla ciebie roboty. Nie mogliśmy tam dłużej zostać.
Wieczny strach
Zahra: - Mój mąż, bracia i syn od 10 dni są już w Niemczech. Zostałam sama, bo byłam chora i musieli mnie zabrać do szpitala. Mam nadzieję, że mój najstarszy syn po mnie przyjdzie. Jest już niemieckim obywatelem, więc może nie będzie problemu.
Spodziewała się, że ta podróż będzie dla niej szczególnie trudna, bo choruje na cukrzycę. Jednak w najgorszym scenariuszu nie przypuszczała, że wyląduje w szpitalu w stanie skrajnego wycieńczenia i z dotkliwym urazem nogi, przez który nadal prawie nie jest w stanie chodzić. Polskie pielęgniarki, widząc, w jakim stanie przyjechała na leczenie, płakały razem z nią.
Długie dni, które spędziła z rodziną w lesie, zlewają się jej w jeden ciąg zdarzeń. Nie potrafi zliczyć, ile ich było ani ile razy byli przepychani przez strażników to z jednej, to z drugiej strony. Data wyjazdu z Syrii wskazuje, że błąkali się na pograniczu przez prawie miesiąc.
Najbardziej zapadła jej się w pamięć brutalność białoruskich żołnierzy. Jak straszyli ludzi bronią i bili pałkami teleskopowymi. Jak szantażowali, że dostaną wodę i jedzenie, pod warunkiem że znikną im z oczu. Jak o trzeciej nad ranem obudził ich pogranicznik, który z karabinem zawieszonym nad głową męża Zahry wykrzykiwał: „Wstawajcie i wynoście się do Polski!”. Jak kazali jej iść, nawet wtedy gdy upadła i wiła się z bólu. Po którejś z kolei rundzie push-backów Zahra zaczęła błagać białoruskich mundurowych, by pozwolili im wrócić do Mińska, bo jest chora i nie może chodzić. Tłumaczyła, że aby przeżyć, potrzebują leków, jedzenia i wody. Że wrócą nawet do Syrii, byle tylko wypuścili ich z tej matni. Proponowała pieniądze, wciskała im swoje złote kolczyki. Nic ich nie przekonywało. Ciągle słyszała, że nie ma powrotu i „go to Poland!”.
Zahra i jej rodzina opuścili Syrię z powodu ciągnącej się od ponad dekady wojny. W 2013 r. w nalotach bombowych zginęła jej siostra. Potem jeden kuzyn, drugi i liczni przyjaciele. W Damaszku przez 30 lat pracowała jako nauczycielka wychowania wczesnoszkolnego. W ostatnim czasie zarabiała 20 dol. miesięcznie, co pozwalało kupić rodzinie jedzenie na dwa dni. Ich budżet domowy od kilku lat ratowały przelewy od najstarszego syna, który pracuje w Niemczech. Młodszy z kolei tam studiuje. - Wyjeżdżają wszyscy, którzy mają pieniądze na podróż. Ci, co zostają, żyją w biedzie i wiecznym strachu - opowiada.
Wielu podopiecznych białostockiego ośrodka - tak jak Rojan i Zahra - doświadczyło na granicy rozłąki z rodziną i zmaga się z uchodźczą traumą. Są tu kobiety, których mężowie nadal tułają się po białoruskim lesie i nie ma z nimi kontaktu. Jest matka, która zagubiła w strefie przygranicznej synka. Dzięki staraniom pracowników fundacji udało się ustalić, że dziecko jest w Mińsku. Teraz trwają zabiegi, by mogło wrócić pod opiekę matki.
Inny mieszkaniec ośrodka, 57-letni Ahmad z syryjskiej Dary, rozłączył się z synem, gdy w jednej z podlaskich wiosek wytropiła ich Straż Graniczna. Na widok mundurów chłopak spanikował i instynktownie zaczął uciekać w stronę lasu. Ahmad z uśmiechem mówi, że tylko trochę martwił się tym zniknięciem, bo syn jest twardy, bystry i oblatany w mediach społecznościowych. Wiedział, że mimo zaledwie 14 lat i skąpych zapasów jedzenia chłopak sobie poradzi. I miał rację: nastolatek skontaktował się z organizacją pozarządową, która obiecała po niego przyjechać i pomóc w odnalezieniu ojca. Ahmad był w tym czasie z powrotem na Białorusi. Gdy po raz kolejny przedostał się na polską stronę, napotkani pogranicznicy od razu wezwali karetkę, bo nie był już w stanie się utrzymać na nogach. Ludzie, którzy wyciągnęli 14-latka z lasu, w końcu namierzyli ojca w szpitalu i go tam zawieźli.
Ahmad jest z wykształcenia prawnikiem, ale mówi, że przez antyrządowe poglądy nie może w kraju wykonywać zawodu, a nawet znaleźć pracy. Jego żona i reszta dzieci w czasie wojny uciekli do Jordanii i przebywają tam do dziś. Po zakończeniu kwarantanny planuje wyjechać do Niemiec lub Austrii, gdzie mieszka jego brat. Twierdzi, że jeszcze nad tym pracuje. Jak większość migrantów, których spotykam w ośrodku, tłumaczy, że skorzystał z drogi wyjazdu, którą otworzył reżim białoruski, by dać swoim dzieciom szansę na lepszą przyszłość.
To samo słyszę od Nesrin i Daryana, młodego małżeństwa irackich Kurdów i rodziców trzech kilkulatek. Gdy we wrześniu wsiadali do samolotu lecącego do Dubaju, kobieta była w siódmym miesiącu ciąży. Zanim dotarli pod naszą granicę, tułali się przez miesiąc po łotewskim i litewskim pograniczu. Udało się za siódmym razem. Daryan pokazuje mi na telefonie filmiki z ich wyprawy przez las. Na jednym z nich widać, jak zanurzony w wodzie po klatkę piersiową przenosi na barana przez rzekę kolejne roześmiane córki.
A jednak było warto
Jusef: - Jeśli porównam życie w Syrii do tego, co spotkało mnie na granicy, to i tak uważam, że było warto. Choćbym wiedział o wszystkich okrutnych, brutalnych szczegółach tej podróży, podjąłbym taką samą decyzję. Mam dwie małe córki, które nie są w kraju bezpieczne. Zrobiłem to dla nich i nie żałuję.
Gdy rozmawiamy, mężczyzna jest dopiero drugi dzień w ośrodku. Trafił tu ze szpitala w Białymstoku, gdzie zoperowano mu nos i uszkodzoną kość jarzmową. Jego oczy okalają brunatnofioletowe siniaki, rozlewające się na policzki, a na białych twardówkach odznaczają się krwawe plamy. Białoruski pogranicznik, który z całej siły kopnął klęczącego Jusefa w twarz, nawet nie drgnął, gdy ten stracił przytomność. Przeszukał go, zabrał pieniądze i poszedł dalej.
Od momentu pobicia wiele etapów przeprawy mężczyzny do Polski spowija mgła. Był w potwornym bólu i stanie takiego zamroczenia, że poszczególne zdarzenia nie układają mu się w logiczny ciąg. Stracił dużą ilość krwi i nie mógł oddychać przez nos. Na jedno oko nie widział nic, drugie wychwytywało jedynie rozmazane kształty. Pod polską granicę dobrnął, wspierając się na plecach przyjaciela, z którym przyjechał z Damaszku. Tam utknęli na kilka dni z grupą innych migrantów - bez wody, jedzenia, ciepłych ubrań i leków. Pamięta, że polscy pogranicznicy przerzucali im przez ogrodzenie wodę i ciastka, ale z powodu bólu i urazów nie mógł gryźć. Gdy zaczepił białoruskiego funkcjonariusza, że potrzebuje pomocy i chciałby wrócić do Mińska, usłyszał, że powrotu nie ma i że ma iść do Polski. Niech tam zajmie się nim jakiś lekarz. Po jakimś czasie pogranicznicy zapakowali wszystkich cudzoziemców do wojskowej ciężarówki i zawieźli do punktu, w którym uchylili im bramę do Polski.
Od tamtej pory dni i godziny stają się dla Jusefa jeszcze bardziej rozmazane. Wiele razy tracił przytomność, miał halucynacje i nie jadł kilka dni. Ratowały go znalezione w lesie kostki cukru, które pozostawili za sobą w lesie inni migranci. Po kilku push-backach wraz z przyjacielem udało mu się wydostać z lasu na asfaltową drogę. Mężczyzna zauważył w oddali wóz Straży Granicznej i oznajmił, że nie jest już w stanie kontynuować tułaczki. Funkcjonariusze szybko zadzwonili po karetkę, która zawiozła go do szpitala.
Jusef jest chrześcijaninem, członkiem Kościoła melchickiego, liczącego na Bliskim Wschodzie ponad 1,5 mln wyznawców. Od początku wojny domowej w Syrii setki tysięcy jego współwyznawców zginęło albo uciekło z powodu terroru bojowników Państwa Islamskiego. W niektórych rejonach czystki objęły całe wioski.
W kraju wyniszczonym przez przemoc chronicznie brakuje podstawowych środków do życia, a usługi publiczne prawie nie istnieją. Jusef opowiada, że w dzielnicy Damaszku, w której mieszka z rodziną, ludzie przez trzy godziny dziennie mają elektryczność. Zimą nie można więc porządnie ogrzać mieszkań, tym bardziej że ceny oleju napędowego, który napędza generatory, nieustannie idą w górę. Jusef ukończył studia ekonomiczne i tak jak wielu Syryjczyków zajmował się zawodowo wieloma rzeczami. Ostatnio pracował w ambasadzie brytyjskiej jako recepcjonista i kierowca, ale zlecenie się skończyło. Był też księgowym, handlarzem złota, fachowcem od naprawy sprzętu i producentem alkoholu. Opowiada, że pięć lat temu, krótko po tym, jak zaczął własny biznes gorzelniczy, popadł w konflikt z lokalnym konkurentem z branży, który był też kapitanem w syryjskiej armii. Poplecznicy wojskowego groźbami i zastraszaniem zmusili go w końcu do sprzedania maszyn i zlikwidowania interesu. Już wtedy wiedział, że musi wyjechać z Syrii. Dlatego gdy tylko pojawiła się możliwość uzyskania wizy na Białoruś, postanowił zaryzykować. A rodzina nie sprzeciwiła się tej decyzji. - Chciałem po prostu się dostać do Europy. Mam przyjaciół w Niemczech, Holandii, Austrii. Ale tak naprawdę nie ma dla mnie wielkiego znaczenia, w jakim kraju pozostanę. Byle było bezpiecznie. Chcę, aby moje córki miały większe możliwości i były traktowane jak ludzie - mówi Jusef.
Imiona niektórych bohaterek i bohaterów zostały zmienione