Byłem zaszczycony, gdy zaproszono mnie jako panelistę na 14. Międzynarodowe Forum Ekonomiczne w Petersburgu. (...) Forum wspiera prezydent Władimir Putin, sam też bierze w nim udział” - pisał w 2010 r. Eeben Barlow, spadochroniarz z okresu apartheidu w RPA, były szef prywatnej firmy wojskowej Executive Outcomes, a dziś wpływowy biznesmen z branży militarnej. Poza zachwytami nad Rosją w szczerym wpisie jest mnóstwo informacji na temat tego, z kim się spotkał. Dowiadujemy się np., że jego przewodnikiem był Siergiej Niedorosliew, kluczowa postać holdingu Kaskol obsługującego m.in. Airbusa, wcześniej menedżer Rosoboronoeksportu, firmy zajmującej się sprzedażą rosyjskiej broni na całym świecie.
Barlow opowiada o Forum z kokieteryjnym rozczarowaniem. Chwaląc panelistów, przekonuje jednocześnie, że zbyt wiele uwagi poświęcono technologiom i słownictwu opisującemu współczesność, a zbyt mało prozie życia, czyli przygotowaniu żołnierzy do walki. Szczerość musiała się spodobać w rosyjskim Ministerstwie Obrony. To właśnie wystąpienie Barlowa podczas Forum i doniesienia na temat sukcesów jego firmy w Afryce były impulsem do zaprojektowania tego, co później świat nazwał Grupą Wagnera.
Usługi premium
Reklama
Urodzony w 1953 r. Barlow służył m.in. w niejawnej jednostce Burgerlike Samewerkingsburo (BS). Komisja Prawdy i Pojednania powołana, by rozliczyć czasy apartheidu, określiła ją jako szwadrony śmierci. Sam Barlow zaprzecza, jakoby służył - jak to określił - w siłach specjalnych, a z ogólnodostępnych źródeł wynika, że ma na swoim koncie epizod w komórce BS odpowiedzialnej za region 5B, Europę i Bliski Wschód; konkretnie za powoływanie do życia spółek, które pozwalały władzom RPA omijać nałożone na ten kraj pod koniec lat 70. sankcje na zakup broni.
Executive Outcomes (EO) założył w 1989 r., gdy prezydent Nelson Mandela zażądał rozwiązania takich jednostek jak 32 Batalion, Koevoet czy BS. Między innymi z tych formacji zbudowano firmę Barlowa. Miała zajmować się szkoleniem oddziałów specjalnych, ale jej pierwszy poważny kontrakt dotyczył ochrony kopalni diamentów w Botswanie. EO szkoliła również na lewo siły specjalne Angoli. Gdy te informacje dotarły do władz Botswany, zmusiły one diamentowy holding do zerwania kontaktów z firmą Barlowa.

Reklama
W latach 80. Angola była miejscem, w którym jego oddziały prowadziły działania wojenne, w kolejnej dekadzie Barlow szkolił tamtejszych komandosów. I to właściwie tylko po to, by później większość z nich zatrudnić. Nie widział też nic zdrożnego w angażowaniu bojowników Umkhonto We Sizwe, Włóczni Narodu, zbrojnego ramienia Afrykańskiego Kongresu Narodowego, albo działaczy Poqo, którą RPA pod rządami apartheidu i USA uznawały za organizację terrorystyczną.
Jeszcze więcej kontrowersji budzi procedura rejestrowania firmy Executive Outcomes w 1993 r. W tym celu wykorzystano słupy. I to nie byle jakie, bo chodzi o najemnika i byłego żołnierza zwiadu brytyjskiej jednostki Special Air Service (SAS) Simona Manna i weterana SAS oraz biznesmena z branży naftowej Anthony’ego Buckinghama. Ten drugi prowadził z Barlowem prywatne linie lotnicze i równocześnie prywatne siły powietrzne Ibis Air.
Pierwszą poważną robotą tej trójki było odbicie w 1993 r. z rąk Narodowego Związku na rzecz Całkowitego Wyzwolenia Angoli (UNITA) pola naftowego położonego niedaleko miasta Soyo. Około 100 najemników osiągnęło założone cele, gdy jednak kontrolę przekazano armii Angoli, Soyo ponownie wpadło w ręce UNIT-y. Rząd Angoli zdecydował wówczas o rozpoczęciu współpracy z Barlowem. Celem było stworzenie oddziałów, które miałyby zdolności bojowe zbliżone do EO. W zamian - jak podaje „Mail & Guardian” w tekście z 1997 r. - Barlow miał dostać udziały w polu naftowym. Jego firma szkoliła grupę 500 żołnierzy angolańskich, do tego udało się jej zbudować batalion, który skutecznie odwrócił losy wojny z UNIT-ą.
Po Angoli było Sierra Leone i wspieranie junty kapitana Valentine’a Strassera. A potem Kenia, Sudan i ochrona kanadyjskich instalacji naftowych, Uganda i szkolenie sił zbrojnych oraz ochrona kopalni złota. Do Burundi Executive Outocomes dostarczało nielegalnie broń. Barlow i jego firma zainstalowali się w co najmniej 30 państwach Afryki. Już po kilku latach pracy postrzegano Executive Outcomes jako wzór prywatnej armii w wersji premium. Jak pisze „Mail & Guardian”, z londyńskiego King’s Road zarządzano firmą, która była wojskiem, linią lotniczą, firmą doradczą, korporacją specjalistów od księgowości i rejestrowania przedsiębiorstw w rajach podatkowych oraz wywiadem o zasięgu globalnym. Raport brytyjskich służb specjalnych stwierdza, że „Executive Outcomes zyskuje w Afryce Subsaharyjskiej reputację firmy solidnej i efektywnej. Ma szczególny urok dla małych państw, które potrzebują natychmiastowej pomocy. Operacje ONZ są powolne, a Organizacja Jedności Afrykańskiej (Organization of African Unity, OAU) jawi się raczej jako klub dyskusyjny”.
Ponad dwie dekady później firma Barlowa nadal działa w Afryce. Jej najnowszym osiągnięciem jest współpraca z władzami Nigerii w walce z fundamentalistami z Boko Haram. O sukcesach władze w Abudży zaczęły mówić dopiero wówczas, gdy Barlow zaoferował połączenie sprawdzonej w Afryce Południowej taktyki antyrebelianckiej z nowoczesnymi technologiami. Opowiada Mark W., pracujący w jednej z zachodnich korporacji zajmujących się produkcją software’u do inwigilowania forów dżihadystowskich, ale i mediów społecznościowych: „Rząd w Abudży kupił dostęp do takiego oprogramowania, ale z tego, co mi wiadomo, korzystają z niego ludzie, którzy pracują dla prywatnej firmy wojskowej, a nie władze. Tamci najpierw ustalają, kto jest liderem grupy rebelianckiej w danym rejonie, a później namierzają takiego człowieka i go zabijają. Taka jest zasada w walce z Boko Haram. Prowadzi się z nimi otwartą wojnę, ale chodzi też o wyeliminowanie przywódców i konsekwentne zabijanie ich następców”.
Przeciw Boko Haram walczyła prywatna armia Barlowa funkcjonująca pod nazwą Specialised Tasks, Training, Equipment and Protection International (STTEP). Po raz pierwszy rząd Nigerii skorzystał z jej usług w 2014 r. Miała zapanować nad sytuacją w miastach na północnym wschodzie przed zaplanowanymi na kolejny rok wyborami. Nigeria zrobiła to samo, co sąsiedni Kamerun, który do walk z Boko Haram zatrudnił izraelskich najemników Erana Moasa - ten wyszkolił Batalion Szybkiej Interwencji, który zasłynął z brutalności w walkach przeciwko dżihadystom. Takie firmy jak STTEP oficjalnie przyznawały się jedynie do „niewielkich zleceń”, np. szkolenia pilotów do lotów z dużą szybkością i na niskich wysokościach w nocy, a nie chwaliły się tym, że w 2015 r. z nigeryjskich żołnierzy sformowano 72 Mobilny Oddział Uderzeniowy.
Walka Barlowa z Boko Haram nosiła kryptonim Kowadło. Zakończyła ją polityka i zwycięstwo w wyborach prezydenckich w Nigerii gen. Muhammadu Buhariego, a nie geniusz dowódczy Barlowa. Polityk postawił na rozmowy z fundamentalistami i rozgrywanie narastających podziałów między dowodzonym przez Abubakara Shekaua Boko Haram a Państwem Islamskim Prowincji Afryki Zachodniej, którym kierował Abu Musab al-Barnawi. Z biegiem lat taktyka przyniosła rezultaty i rząd zaczął odzyskiwać tereny zajęte przez Boko Haram, a sam Shekau popełnił samobójstwo, gdy otoczyły go siły Barnawiego.
We wpisie na Facebooku Barlow twierdził, że spolityzował temat wojny z Boko Haram jeszcze przed objęciem urzędu przez Buhariego. „Trzystopniowa strategia zniszczenia BH w stanie Borno, pod kryptonimem Kowadło, została odrzucona przez jego (Buhariego) doradców. Prezydent dał do zrozumienia, że obecność firmy nie będzie tolerowana” - pisał. Dodał, że Buhari zignorował informacje wywiadowcze na temat fundamentalistów, które przekazała mu firma Barlowa.
Spór o udział EO w wojnie z Boko Haram i jej skuteczność jest nierozstrzygnięty do dziś. Przeciwnicy Barlowa przekonują, że jego najpoważniejszą bronią jest propaganda i reklama, za pomocą których pokazuje, jak bardzo jest niezbędny. Sam Barlow mówi, że poza wizerunkiem może się też pochwalić efektami. Obydwie strony mają w pewnym stopniu rację. Prywatna firma sama nie jest w stanie zaprowadzić długotrwałego pokoju ani prowadzić czasochłonnych negocjacji, bo nie stoi za nią żaden poważny gracz. Może wygrywać bitwy, ale wymagająca wojna pozostaje poza jej zasięgiem. Z kolei rządy słabych państw nie potrafią właściwie używać swoich ograniczonych zasobów. Oficjalne armie są równocześnie ogromnymi, powolnymi machinami biurokratycznymi, z wszelkimi tego konsekwencjami.
Z bitwy o wizerunek Barlow wychodzi obronną ręką. To jego poczynaniami zainspirowała się Rosja i na bazie jego doświadczeń Chiny budują swoje prywatne firmy wojskowe. Na swobodę działania Barlowa z zazdrością patrzą jego odpowiednicy w USA. Nigdy nie dotarli nawet do etapu, na którym Barlow zaczynał; są wysokiej klasy ochroniarzami, ale nie prywatną armią w pełnym tego słowa znaczeniu.
Nowy gracz
Siergiej Suchankin z Jameson Foundation, jeden z najwybitniejszych specjalistów od prywatyzacji wojny, uważa, że wraz z rozlewaniem się po świecie promowanej przez Pekin koncepcji pasa i szlaku, rozszerzania wpływów gospodarczych i politycznych, chińskie prywatne armie będą pęcznieć. Wiele z nich ma bazy w egzotycznych zakątkach świata, jedna na pewno jest w Dżibuti. Po objęciu władzy przez talibów Chińczycy mieli zainstalować się w dawnej bazie lotniczej w Bagram pod Kabulem.
Paradoksalnie to właśnie Afganistan stał się dla Pekinu inspiracją do powołania takich przedsiębiorstw. Chodzi o zamordowanie przez talibów w 2004 r. 11 chińskich budowlańców. Późniejsze incydenty w Czadzie, Libanie czy Timorze Wschodnim tylko potwierdziły potrzebę znalezienia nowej formuły zapewnienia bezpieczeństwa poza granicami państwa. W 2009 r. Pekin przyjął ustawę regulującą zasady działania firm wojskowych. Jak podaje Suchankin, mowa w niej o dwóch rodzajach koncernów: od bezpieczeństwa oraz bezpieczeństwa i eskorty zbrojnej. Prawo reguluje ich działanie w Chinach, nie odnosi się jednak do aktywności poza granicami państwa.
W 2013 r. na już dość prężnie działający rynek chiński zaczął z usługami wchodzić Erik Prince, założyciel chyba najbardziej znanej na świecie firmy ochroniarskiej, niegdyś nazywającej się Blackwater. Swój eksperyment w Azji rozpoczął od Hongkongu, gdzie powołał do życia Frontier Services Group. W wywiadzie dla „Global Times” w 2017 r. stwierdził, że będzie szkolił Chińczyków, aby mogli zapewnić bezpieczeństwo swoim inwestycjom. Mniej więcej w tym samym czasie miały miejsce wydarzenia w Iraku i Sudanie Południowym, przy okazji których świat usłyszał o dwóch prywatnych armiach chińskich: VSS Security i DeWeSecurity. Z przekazów prasowych wynika, że za granicami Chin pracowało wówczas ok. 3,2 tys. żołnierzy.
Jak jednak podaje Suchankin, dopiero od 2019 r. można mówić o profesjonalizacji chińskich firm. Wtedy powstała w ujgurskim Sinciangu duża baza szkoleniowa dla prywatnych armii. Mimo to chińskie podmioty uznawane są za źle wyszkolone i mało efektywne. Według rosyjskiego sinologa Aleksieja Masłowa brakuje też dowodów na ich związki z państwem. Analitycy Mercator Institute for China Studies przekonują jednak, że nadzorcą branży jest Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego. Zebrane przez Suchankina dane pozwalają nakreślić mapę zainteresowań przedsiębiorstw. Działają m.in. w Iraku, Jordanii, na Sri Lance, w Dżibuti, Etiopii, Argentynie, Pakistanie, Kambodży, Laosie, Tajlandii, Mozambiku, Malezji i Indonezji.
Autor analizy w Jameson Foundation cytuje również byłego żołnierza chińskich sił specjalnych Tiana Buchou, który opowiada o słabościach branży. Jego zdaniem, firmy wojskowe nie mają zaplecza logistycznego, nie oferują pomocy medycznej, żołnierze są słabo wykształceni i wyszkoleni i większość z nich nie zna języków obcych. Buchou jest zdania, że to wszystko obniża prestiż pracy w chińskich prywatnych firmach wojskowych, a sami inwestorzy z Państwa Środka wolą korzystać z usług firm z Zachodu.
Te z kolei działają na zupełnie innych zasadach. Nie mają jednoznacznych związków z państwem, ich funkcjonowanie dość precyzyjnie określa prawo i nie wymaga się od nich realizowania celów geopolitycznych. Nawet legenda rynku, były komandos Navy SEAL Erik Prince był jedynie lepszej klasy ochroniarzem. Dlatego też nie można biznesu zachodniego porównywać ani z rosyjskimi wagnerowcami, ani z siłami Barlowa. Wyjątkiem był Afganistan.
Upadek projektu
Według magazynu „Foreign Policy” upadek prezydenta Aszrafa Ghaniego był w dużej mierze spowodowany nie wycofaniem się NATO i USA, ale odejściem zachodnich firm wojskowych, które utrzymywały system bezpieczeństwa parapaństwa. Zajmowały się zbieraniem informacji wywiadowczych, obsługą sprzętu wojskowego, zaopatrzeniem, szeroko pojętą logistyką i w końcu ochroną notabli.
Po 1 maja 2021 r., kiedy to większość zachodnich żołnierzy wyjechała z Afganistanu, Departament Stanu podpisał warte ponad miliard dolarów kontrakty z 17 firmami wojskowymi. Nie wiadomo, jaki będzie los tych porozumień po tym, jak w sierpniu doszło w Kabulu do chaotycznej ewakuacji. Wśród podwykonawców Pentagonu byli tacy gracze, jak Flour czy Leidos. Ta druga firma była odpowiedzialna m.in. za to, by samoloty i śmigłowce afgańskich sił powietrznych mogły latać. Salient Federal Services gwarantował władzom w Kabulu dostęp do technologii informatycznych, a dawny DynCorp, obecnie część korporacji Amentum, dostał zlecenie na ochronę VIP-ów.
Jak przekonuje znający kulisy zawierania części kontraktów menedżer Northrop Grumman, przedstawiciele firm, które zdobyły angaż, umieli ocenić sytuację w Afganistanie i lobbowali za przesunięciem terminu wycofania sił USA z tego kraju. „Oni jako pierwsi mówili, że przejęcie władzy przez talibów to kwestia czasu i że stanie się to wcześniej niż później. Trzeba było mieć zamknięte oczy albo być całkowicie pozbawionym wyobraźni, by nie przewidzieć, jak rozwinie się sytuacja po wyjeździe wojsk. Prywatne firmy wojskowe wiedziały, że wszystko się posypie. W ich interesie było lobbowanie za jak najdłuższym trwaniem władz w Kabulu. Każdy kolejny miesiąc to były kolejne miliony dolarów dla koncernów. Biznes kierował się trzeźwą oceną sytuacji i chęcią zarobku, a państwo - natychmiastową potrzebą spełnienia postulatu politycznego w postaci wycofania wojsk” - opowiada.
Wraz ze zmniejszaniem się liczby żołnierzy zachodnich usługi wojskowe zlecano kolejnym prywatnym firmom. W 2021 r. zajmowały się one również szkoleniem armii afgańskiej. Mariusz, były żołnierz polskich sił specjalnych, opowiadał o trudnościach napotykanych w tej pracy: „Ta armia nie mogła wygrać żadnej poważnej wojny. Wojna z talibami była przegrana od początku. Czego można oczekiwać od żołnierza, który nie zjawia się w swojej jednostce na szkoleniu strzeleckim? Zdarzało się, że przychodziło na nie 30 proc. członków kompanii, reszta w najlepszym razie podsyłała kuzynów czy braci, ale najczęściej po prostu tłumaczyła, że miała prace w polu czy coś w tym rodzaju. Nie miałem żadnej możliwości przywołania takich żołnierzy do porządku. Płacono mi za nauczenie ich obsługiwania i konserwacji broni, nie za wzbudzenie w nich ducha walki i determinacji. Talibowie wiedzieli, czego chcą. Byli zdeterminowani. My trenowaliśmy zbieraninę przypadkowych osób, które przychodziły tu dla pieniędzy. Jedyną wartościową częścią armii afgańskiej były siły specjalne, ale tych było po prostu zbyt mało do zwycięstwa. Miejscowi patrzyli na nas niechętnie. Nawet w Kabulu, czyli - jak na warunki afgańskie - mocno kosmopolitycznym mieście, nie byliśmy mile widziani. Wielu pracowników firm wojskowych mieszkało w Green Village. To była dzielnica, która - mówiąc delikatnie - odbiegała mocno od reszty miasta. Najważniejsze jest jednak to, że zagraniczni pracownicy byli celem. Zanim talibowie objęli władzę, podejmowali udane i mniej udane próby ataku na Green Village. Przy okazji miejscowi z pobliskich dzielnic byli narażeni na przemoc. Nienawidzili nas za to”.
Tacy jak Mariusz szkolili żołnierzy armii afgańskiej, ale mieli również bardziej prozaiczne zadania. Patrolowali np. bazy wojskowe USA, pełnili wartę na bramach, wydawali posiłki w difakach (DFAC - dining facilities). W Bagram, tuż obok więzienia prowadzonego przez CIA, można było zjeść porządnego burgera wydawanego przez pracowników koncernu KBR. Zakres pracy tego przedsiębiorstwa rozciągał się między serwowaniem burgerów a szkoleniem żołnierzy, budowaniem nowej ambasady USA w Kabulu czy baz w Bagram i Kandaharze. W 2008 r. o KBR było głośno w związku z nietypowymi sposobami werbowania pracowników. Jedna ze współpracujących z koncernem firm zatrudniła w hotelach i restauracjach w Jordanii 13 Nepalczyków. Na miejscu odebrano im dokumenty i skierowano do amerykańskiej bazy w Al-Asad w Iraku. Po drodze konwój wpadł w zasadzkę zorganizowaną przez fundamentalistów. 12 Nepalczyków dostało się do niewoli i nie przeżyło. W ten sposób sprawa wyszła na jaw. Ocaleniec trafił do bazy amerykańskiej, gdzie przez 15 miesięcy pracował bez wynagrodzenia.
Przypadek Nepalczyków wiele mówi o naturze zachodniego biznesu wojennego podczas niekończących się wojen w Afganistanie i Iraku. Znaczna część pracowników firm wojskowych pochodziła właśnie z krajów Azji Centralnej, Afryki i z Europy Wschodniej. Byli wojskowi zajmujący się szkoleniem sił afgańskich, tacy jak Mariusz, znajdowali się na szczycie hierarchii. Mogli liczyć na komfortowe mieszkanie w Green Village lub klimatyzowany kontener w bazie Bagram albo w Kandaharze. Nepalczycy, którzy zajmowali się eskortowaniem afgańskich pracowników w bazie, zarabiali kilkukrotnie mniej i kwaterowano ich w słabo wentylowanych latem i słabo ogrzewanych zimą namiotach. Podobna zasada dotyczyła bezpieczeństwa. Zachodnie bazy w Afganistanie były otoczone trzema kordonami. W pierwszym wartę pełnili Afgańczycy, na drugą linię wystawiano Nepalczyków lub obywateli państw afrykańskich, a na trzeciej - najbardziej oddalonej od świata zewnętrznego - umieszczano Amerykanów lub Europejczyków. Wynagrodzenie kształtowało się odwrotnie. Najwięcej zarabiali ci, którzy pracowali w najbezpieczniejszym miejscu, czyli w trzecim kręgu. Pracownicy spoza USA i Europy nie mieli również ubezpieczenia ani nie mogli liczyć na rekompensatę dla rodziny w przypadku śmierci.
Według wyliczeń Bloomberg Government na umowy z prywatnymi firmami wojskowymi Amerykanie wydali od 2002 r. prawie 108 mld dol. Na krótko przed ewakuacją, w maju 2021 r., w takich przedsiębiorstwach w Afganistanie pracowało nieco ponad sześć tysięcy Amerykanów, czyli dwa razy więcej niż było tam żołnierzy USA. Ich ostatnią misją był udział w ewakuacji z Kabulu w sierpniu 2021 r. Jak podawał „Wall Street Journal”, firma Erika Prince’a za każdą wywiezioną osobę pobierała 6,5 tys. dol. Sam Prince, mający doskonałe relacje z republikańskimi elitami politycznymi, w 2017 r. przedstawił ówczesnemu prezydentowi USA Donaldowi Trumpowi plan całkowitej prywatyzacji wojny afgańskiej. Projekt jednak przepadł.
Na umowy z prywatnymi firmami wojskowymi Amerykanie wydali od 2002 r. prawie 108 mld dol. W maju 2021 r. w Afganistanie pracowało 6 tys. amerykańskich najemników, czyli dwa razy więcej, niż było tam żołnierzy USA
Fragment książki „Prywatne armie świata, czyli jak wyglądają współczesne konflikty” Zbigniewa Parafianowicza. Tytuł, śródtytuły oraz skróty pochodzą od redakcji