Problem dotyczy 43 mln osób. Średnia wysokość zadłużenia na osobę po licencjacie to 30 tys. dol. Od wielu lat dużo się mówi o potrzebie skasowania choćby części tych zobowiązań. Obiecał to prezydent Joe Biden. I nawet zaczął – w bardzo małej skali – realizować. Ale czy takie oddłużenie jest w ogóle do pomyślenia?
W Ameryce pożyczki studenckie zostały wymyślone po wojnie (1958 r.). Był to czas szybkiego wzrostu zamożności obywateli oraz znacznego poszerzenia klasy średniej. Ambicje, by pójść na uniwersytet, mocno się wtedy zdemokratyzowały. Początkowo schemat działał znakomicie. Dobre i stałe dochody z pracy zdobytej dzięki dyplomowi z nawiązką pokrywały konieczne do spłacenia raty. Pożyczek niespłaconych było niewiele. Sytuacja zmieniła się dopiero w latach 80. Miało to oczywiście związek ze zmianą modelu gospodarczego. Dyplom przestał być gwarantem dobrej pracy. Jednocześnie koszty czesnego stale rosły, więc rosła także wysokość studenckiego zadłużenia.
Reklama
W XXI w. – po kryzysie 2008 r., który przyniósł czasowy wzrost bezrobocia – sprawy nie dało się już dłużej zamiatać pod dywan. Łączna wartość długu urosła z 3,5 proc. amerykańskiego PKB (2006 r.) do 8 proc. (2020 r.). Już sam rzut oka na listę uniwersytetów o najwyższym udziale pożyczek studenckich pozwala zrozumieć sedno problemu. Na tej liście są bowiem takie szkoły, jak University of Phoenix, Walden University, Nova Southeastern University albo Capella University. Tak, tak. Nie ma na tej liście Uniwersytetu Harvarda, Uniwersytetu Yale, Uniwersytetu Princeton i innych superprestiżowych uczelni z Ligi Bluszczowej. Są trzecioligowcy. Czyli właśnie te szkoły, które wybierają słabiej przygotowani i mniej zamożni młodzi ludzie. Bo to właśnie oni zaciągali te pożyczki, podczas gdy dzieciom z Harvarda czy Yale płacili za szkołę bogaci rodzice. Takie życie. W 2018 r. Instytut Brookingsa szacował, że odsetek niespłaconych kredytów studenckich dla rocznika 2004 będzie wynosił ok. 40 proc. Wśród czarnych studentów liczba ta wzrasta do 62 proc.
Rosnąca skala problemu uczyniła go ostatnio tematem politycznym. Zwłaszcza na lewicy, gdzie jako główny rzecznik oddłużenia studentów prezentował się Bernie Sanders. Ale Bernie przegrał prawybory w 2020 r. A wygrał je (jak i całe głosowanie) Joe Biden. A Biden postąpił jak to Biden. Ogłosił, że nastąpi wielkie oddłużenie. Po czym miały miejsce cztery rundy redukcji studenckich pożyczek, które objęły zaledwie ok. 1 proc. zadłużonych. Zaczęto, po pierwsze, od osób z niepełnosprawnością. Po drugie, od tych, którzy zadłużyli się w najbardziej podejrzanych uczelniach krzakach, które, jeśli nawet dały im dyplom, to zaraz się zwinęły i nikt przy zdrowych zmysłach tego dyplomu nie chciał uznawać. Po trzecie zaś, dla pracowników sektora publicznego, którzy mają dobrą historię dotychczasowego spłacania. Górna granica darowania długu została ustalona na 10 tys. dol. Choć pierwotnie miała wynosić 30 tys.
I tak to w tej chwili wygląda. Zwolennicy Bidena powiadają: poczekajcie, nie od razu Kraków (pardon, Waszyngton) zbudowano. Krytycy odgryzają się, że w tym tempie do oddłużenia studentów z roczników po roku 2000 dojdzie gdzieś w okolicach 2080 r. Ameryka wie, że ma poważny problem. Ale do darowania długów się nie kwapi.