Mózg jeszcze nie przyjął do wiadomości, że ciało zostało pozbawione prawej ręki – i składa raport, że owa nieistniejąca ręka jest, powiedzmy, w stanie bolesnego skurczu. Gdyby posiadacz mózgu rękę faktycznie miał, mógłby ją rozprostować, rozmasować, rozciągnąć. Ale ponieważ jej nie ma, jest skazany na dojmujący i bezsensowny ból.

A przynajmniej był skazany, dopóki Vilayanur S. Ramachandran, słynny profesor neurologii, nie wpadł na zawstydzająco prosty pomysł, który może, przy pewnych konkretnych bólach, rozwiązać ten problem. Jesteś pacjentem z amputowaną i widmo-bolącą prawą ręką. Lekarz każe ci włożyć obie ręce do pudełka – nie przejmuj się, że jedna z nich nie istnieje, postępuj tak, jakby wciąż tam była. Pudełko jest wyposażone w system luster sprytnie odbijających zdrową rękę – i nagle, ku twojemu zdumieniu, przed twoimi oczami ukazują się obie ręce, jak żywe. „Wykonuj jednoczesne symetryczne ruchy obiema rękami” – mówi do ciebie lekarz. Twój mózg wysyła odpowiednie instrukcje i dostaje feedback wizualny: instrukcje działają! Zupełnie jakby ręka nieistniejąca nagle zaistniała! Teraz więc rozprostuj obie ręce, rozluźnij – i nagle sam siebie przekonałeś, że ręka odtajała. Ból ustąpił. Za pomocą prostego triku. Okłamałeś sam siebie i wziąłeś to za dobrą monetę. Wykonałeś na sobie małoinwazyjną operację mózgu. Ręka co prawda nie odrosła – ale niewątpliwie odczuwasz ulgę.

To mocna rzecz, ten eksperyment; z gatunku tych, które wywołują dziesiątki skojarzeń. I mnie się skojarzyło, w zeszłą sobotę, kiedy przez Warszawę przetoczyła się fala demonstracji. Był KOD, byli narodowcy, była Parada Schumana, byli fani Edyty Górniak. Wszyscy szli w imieniu politycznych haseł (Trybunał! Europa! Polska! To nie ja byłam Ewą!), poprzez protest ćwicząc swoje mięśnie demokratyczne. Można ulec pokusie patrzenia na Polskę z osobna – ale silna potrzeba politycznego wiecu od kilku dobrych lat krąży nad całym Zachodem. Po uspokojeniu nastrojów lewicowych z lat mniej więcej 60. w 2011 roku tamę na nowo przerwał amerykański ruch Occupy Wall Street. W wielu krajach ludzie wyszli na ulicę w proteście przeciwko ACTA, potem TTIP, CETA i TiSA. W Stanach schedę po OWS przejął teraz ruch Black Lives Matter domagający się równego traktowania Afroamerykanów; w Europie na zmianę protestują ruchy narodowe i obrońcy praw człowieka. Lud jest na ulicach i nie zawaha się użyć flag.

Jeśli wierzyć mędrcom, ogólny nastrój wiecu jest wynikiem kryzysu demokracji, a konkretnie długotrwałego poczucia obywatelskiej impotencji. Poczucia uzasadnionego. Bo co tak naprawdę może dziś zrobić obywatel? Zagłosować; to prawda. Wybrać swoich polityków. Co prawda często wyboru dokonujemy na ślepo – bo tu partyzanckie media, bo tam ukryte w Panamie papiery, bo to czy tamto jest ściśle tajne. Często więc władza wpada w ręce kontrolujących przekaz elit, które zajęłyby się potrzebami obywatela, gdyby nie musiały ciągle zajmować się wyłącznie własnym interesem.

Jednak nawet gdyby obywatel wybrał kryształową postać, o wartościach zgodnych z interesem własnym obywatela, ów polityk i tak nie miałby większego pola manewru. Demokracja zachodnia jest bowiem demokracją liberalną: skonstruowana jest tak, by niezależnie od woli ludu nie dało się ruszyć jej fundamentów, zabezpieczanych przez cały system instytucji międzynarodowych.

A gdyby nawet wybrany przez obywatela polityk taki wpływ miał, to i tak gospodarcza globalizacja powoli odbiera faktyczną władzę instytucjom politycznym i cichaczem przenosi ją w ręce prywatnych korporacji.

I, trochę z innej beczki, jeśli nawet jakimś cudem boskim korporacje te (można marzyć) działałyby w interesie obywatela, to pewnie usiłowałyby zatrzymać globalne ocieplenie albo uwolnić go od moralnego ciężaru korzystania z niewolniczej pracy tak zwanego Trzeciego Świata, odbierając mu tym samym samochód i powodując drastyczne podwyżki w H&M, owego obywatela po raz kolejny pozbawiając poczucia sprawczości i kontroli nad własnym życiem. Bo tak naprawdę poczucie kontroli w systemie globalnych zależności i nadpodaży podrzędnych informacji można stracić niezależnie od tego, czyje interesy realizuje władza.

Być może jest to świat najlepszy z możliwych. Kto wie. Ale w tym świecie obywatel jest coraz częściej skazany na obserwowanie rzeczywistości z rozdziawioną gębą, tylko usuwając się z drogi tańczącym żywiołom

Być może więc jest to świat najlepszy z możliwych. Kto wie? Ale w tym świecie obywatel jest coraz częściej skazany na obserwowanie rzeczywistości z rozdziawioną gębą, tylko usuwając się z drogi tańczącym żywiołom. Jednocześnie obywatel ten wie (bo tak mu powiedziano), że z chwilą wrodzenia się w system demokracji został wyposażony w specjalny organ duszy służący do działań demokratycznych. To nim wywiera wpływ na rzeczywistość, to on jest narzędziem jego politycznej sprawczości. To tam rezyduje okruch mocy suwerena, mający moc prawdziwego działania i czyniący z obywatela prawdziwy polityczny podmiot. Więc dziwi się obywatel: dlaczego ten narząd jest tak przykurczony, dlaczego boli, jakby wlazł weń jakiś potworny skurcz? Zdesperowany bólem, wkurzony brakiem wpływu na cokolwiek, w celu rozruszania owego narządu poprzez regularne ćwiczenia obywatel wychodzi więc na ulicę – przeciw bankom, białej elicie; w imię Europy, Polski, trybunału, Smoleńska.

I co? Patrząc ze środka demonstracji, pewnie dużo, pewnie istotnie, pewnie i chwalebnie. Ale czasem najdzie któregoś z nas straszna myśl, myśl, od której ręka mocniej zaciśnie się na fladze. Może już wcale nie ma tej części duszy. Może niezauważenie amputowali nam cały polityczny wpływ, oddając władzę gdzieś w ręce jednego procenta albo – co gorsza – w ręce nieludzkich procesów historycznych, które przyspieszają z każdym zatoczonym przez internet kręgiem. Jak w tym cytacie z Twaina: „Gdyby głosowanie coś zmieniało, nie pozwoliliby nam tego robić”. Gdyby demonstracje wywierały prawdziwy nacisk na coś istotnego, już by nas rozpędzili. Może wiec to tylko pudełko z systemem luster, który nabiera mózg, podstępem go przekonując, że nieistniejąca demokratyczna sprawczość ma się dobrze, jest zdrowa i świetnie nią operujemy. Poszliśmy leczyć ból realny, zaleczyliśmy fantomowy. Nakarmiliśmy snami widmo amputowanego z duszy suwerena. Ręka co prawda nie odrosła, ale co za ulga. Tymczasem nie dzieje się nic, karawana idzie dalej.

To oczywiście nieważne. Chodźcie, państwo, na demonstracje, pójdę i ja. W końcu ból widmo i ból prawdziwy bolą tak samo, ulga należy się obu. Z pewnej perspektywy, wcale nie tak głupiej, poczucie sprawstwa jest równie wartościowe co sprawstwo samo w sobie. I tego sobie i wam życzę w tym nadchodzącym czasie demonstracji: demokratycznej fizjoterapii, choćby nawet w lustrzanym pudełku.