Niektórych zaskoczyła wstrzemięźliwa odpowiedź Chin na amerykański atak na Iran. Przecież to sojusznik, który wraz z Pekinem i Moskwą miał tworzyć oś zła i w ten sposób zadać cios Zachodowi. A skoro tak, to słaba reakcja chińskich władz jest oznaką ich słabości. Taką diagnozę postawił były ambasador USA w Chinach Nicholas Burns, wywlekając Pekinowi, że jest „nieudolnym sojusznikiem dla swoich autorytarnych partnerów”.
Problem w tym, że taka diagnoza bazuje na mało adekwatnym odczycie intencji chińskich władz. Sam Pekin nie myśli o relacjach z Iranem w kategoriach sojuszu (formalnie też go nie ma), lecz – jak od dawna określają chińscy eksperci – „strategicznego oportunizmu”. Dla Pekinu Iran jest użytecznym partnerem w przeciwstawianiu się USA na Bliskim Wschodzie, właśnie po to, by same nie musiały się w to bezpośrednio angażować. Nie jest przy tym wcale partnerem najważniejszym, co widać choćby po tym, że od objęcia władzy 13 lat temu Xi Jinping na wizytę w Iranie zdecydował się tylko raz (do Rosji podróżował 11 razy). Iran był wprawdzie dla Chin dostawcą taniej ropy, ale w 2025 r. odpowiadała ona za jedynie 13 proc. importu. To łatwe do zastąpienia z własnych rezerw czy poprzez zwiększenie importu z Rosji i Arabii Saudyjskiej.
Chiny: zmierzch Zachodu jest blisko
Głębszego wyjaśnienia kalkulacji Pekinu może dostarczyć opublikowana w weekend analiza „China Leadership Monitor”, w której badacze polityki ChRL Jonathan A. Czin i Allie Matthias przeanalizowali narrację o schyłku Zachodu pojawiającą się w chińskich mediach i przemówieniach polityków. Chociaż opowieści te zaczęły kiełkować już w okolicach światowego kryzysu finansowego w 2008 r., to w ostatnich latach stają się coraz bardziej powszechne i rozbudowane. Wyraźny skok odniesień do upadku USA w oficjalnej narracji pojawił się w 2025 r. (wzrost o ok. 80 proc. względem 2024 r.). Jak dowodzą Czin i Matthias, przekonanie o schyłku Stanów Zjednoczonych nabrało wręcz charakteru teleologicznego.
Jeśli Waszyngton buduje koalicję, by dawać odpór Chinom, to Pekin widzi to jako dowód osłabienia rywala. Jeśli USA samodzielnie prężą muskuły, interpretuje się to jako próbę kurczowego trzymania się słabnącej dominacji. „Czytanie tych ocen z ostatnich pięciu lat przypomina nieco lekarza z Monty Pythona, którego diagnoza pozostaje niezmienna bez względu na objawy pacjenta” – piszą badacze. Nie trzeba przesądzać o słuszności diagnozy Pekinu, by dostrzec, że wpływa ona na jego wybory strategiczne. Skoro USA znajdują się w fazie schyłkowej, to czas działa na korzyść Chin, więc po co niepotrzebnie prowokować wciąż groźnego przeciwnika? Zbyt gwałtowny ruch mógłby uwikłać Chiny w niepotrzebną wojnę i wzbudzić gniew gospodarza Białego Domu. A to mogłoby odbić się na gospodarce lub, co gorsza, skłonić Donalda Trumpa do zwrócenia większej uwagi na Indo-Pacyfik.
Pekin nie boi się, że Trump zwróci się ku Azji
Tymczasem Trump w ostatnim orędziu o stanie państwa temu regionowi nie poświęcił ani słowa, a w nowej strategii obrony narodowej nazwa Tajwanu nie padła. Według przecieków medialnych USA wstrzymały dostawy broni dla wyspy po niedawnej rozmowie telefonicznej Trumpa z Xi w nadziei, że sprawa nie będzie im zaprzątała głowy podczas kwietniowego szczytu w Pekinie. W ChRL raczej niewielu obawia się więc, że atak na Iran jest próbą anihilacji wroga na Bliskim Wschodzie po to, by móc poświęcić całą uwagę Chinom. Gdyby tak było, byłaby to – w najlepszym razie – niezwykle pokrętna, a w najgorszym mało efektywna droga do osiągnięcia celu. Na razie działania USA przynoszą odwrotny skutek: wiążą amerykańskie siły na Bliskim Wschodzie i budzą obawy innych państw, które tym bardziej będą zwracały się ku Pekinowi. Teraz wiele zależy od tego, jak długo potrwa konflikt i czy w Iranie na skutek działań Trumpa do władzy dojdą siły proamerykańskie, na co na razie nic nie wskazuje. Ale na tym etapie USA wykonują dla Chin kawał trudnej roboty.