Starcie pomiędzy Europą i USA o Grenlandię doczekało się kolejnej odsłony. W grze są już nie tylko cła, jakich nałożenie na kilka europejskich państw zapowiedział Donald Trump, ale też przyszłość amerykańskich wojsk w Europie.

Amerykanie zabierają wojska z Europy

Tych na Starym Kontynencie nadal przebywa ok. 84 tysięcy. Obawiając się emocjonalnych ruchów Donalda Trumpa, jeszcze w grudniu 2025 r. Kongres USA przegłosował ustawę, w myśl której ich liczba nie może spaść poniżej 76 tys. I dziś wiele wskazuje na to, że Biały Dom zaczął przygotowywać się do redukcji, o czym informuje Reuters. Zmniejszanie liczby wojsk na terenie Europy na razie ma być symboliczne, jednak obejmie kluczowe miejsca, a mianowicie dowództwa, odpowiadające za wywiad i rozpoznanie.

Liczebność wojsk USA na naszym kontynencie zmniejszyć ma się o ok 200 osób, a redukcje dotyczyć mają między innymi brytyjskiego Centrum Fuzji Wywiadu NATO oraz Dowództwa Sił Operacji Specjalnych Sojuszu w Brukseli. Zlikwidowana ma być też portugalska STRIKFORNATO, która zajmuje się nadzorowaniem niektórych operacji Sojuszu. Decyzje te oraz zapowiedzi Donalda Trumpa, iż w grę wchodzi nawet siłowe zajęcie Grenlandii, czyli terytorium należącego administracyjnie do innego członka NATO, wywołały w Europie dyskusję o konieczności stworzenia wspólnych sił zbrojnych. Na najbliższy czwartek, 22 stycznia zapowiedziano nadzwyczajne posiedzenie Rady Europejskiej, której tematem ma być „skoordynowanie dalszych działań” wobec amerykańskiego partnera. Jak zapowiedział wcześniej Antonio Costa, szef Rady Europejskiej, Europa wyraża „gotowość do obrony przed jakąkolwiek formą przymusu”.

Europa silniejsza od USA? Tak, ale tylko na papierze

Na razie europejscy politycy nie wyjaśnili, czy obrona, o której wspomniał Antonio Costa, może mieć też wymiar militarny, ale warto się przyjrzeć, jaki potencjał wojskowy Stanom Zjednoczonym może przeciwstawić Europa. Według rankingu Global Firepower za 2025 r. USA dysponują najsilniejszą armią na świecie, a kolejne dwa europejskie kraje (Wielka Brytania i Francja) znajdują się dopiero na 6 i 7 pozycji.

Patrząc jednak na surowe liczby, europejskie państwa NATO wcale nie prezentują się tak słabo. Pod bronią mają ponad 2,1 mln ludzi, gdy tymczasem USA dysponują stałą armią, liczącą 1,3 mln żołnierzy. Europejską przewagę liczebną widać też w segmencie czołgów, artylerii, czy innych pojazdów wojskowych. Stany Zjednoczone natomiast biją europejskie państwa na głowę, jeśli chodzi o liczbę samolotów różnego rodzaju (patrz: tabela).

Liczebność wojsk NATO
ikona lupy />
Liczebność wojsk NATO / INFOR

I chociaż na pierwszy rzut oka wydawać się może, iż Europa wcale nie wygląda na tak rozbrojoną, to specjaliści studzą emocje. Nie chodzi bowiem tylko o sprzęt, ludzi, zapasy, czy zdolności produkcyjne, których w naszej części świata nadal brakuje, ale o zdolności bojowe.

- Zdolności to są właściwości uzbrojenia, które pozwalają wykonywać różne zadania. I na przykład zdolnością może być możliwość rażenia silnie umocnionych obiektów, czy wywiad kosmiczny, prowadzenie operacji specjalnych na duże odległości, tankowanie w powietrzu. Są one decydujące w walce zbrojnej. Brak niektórych, bardzo newralgicznych we współczesnych warunkach zdolności sprawia, że same liczby niekoniecznie rekompensują brak tych zdolności. – wyjaśnia generał Stanisław Koziej, były szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego.

Co zrobi Europa, gdy Amerykanie się „wyłączą”? Generał Koziej ma złe wieści

Tych dziś Europie brakuje. Państwa naszego kontynentu nie byłyby dziś w stanie wykorzystać w stu procentach skuteczności swych armii chociażby bez amerykańskiego wsparcia kosmicznego, pomocy w tankowaniu w powietrzu. W ocenie generała Kozieja, Europa potrzebuje najmniej dwóch lat, aby nadrobić największe zaległości.

- Gdyby Amerykanie wyłączyli się z operacji wojskowych, to same państwa europejskie byłyby „kulawe” w sensie prowadzenia pełnowymiarowych operacji wojennych – mówi generał.

Politycy starają się znaleźć z tej sytuacji jakieś wyjście, a jednym z nich jest powołanie do życia wspólnej armii europejskiej, o czym mówił w styczniu Andrius Kubilius, unijny komisarz ds. obrony. Polscy wojskowi są jednak sceptycznie nastawieni do takiego pomysłu. Jak twierdzi generał Roman Polko, były szef BBN i dowódca jednostki GROM, takie nawoływania mają głównie charakter propagandowy.

- Armie europejskie nie potrafią ze sobą współdziałać. I to nie jest tylko kwestia liczebności, sprzętu, uzbrojenia, bo jakby to razem poskładać, to to wszystko mamy. Mimo tego, że działamy w ramach tych samych procedur NATO, to umiejętność interoperacyjność, zamienności funkcji nie działa – mówił generał Polko.

W Europie narastają obawy, iż groźby prezydenta Trumpa mogą doprowadzić do rozpadu NATO w formie, jaką znamy od lat. Chcąc się przed tym zabezpieczyć, państwa europejskie skłaniają się do podpisywania coraz większej liczby bilateralnych porozumień obronnych. Drogą tą idzie też Polska, która w ubiegłym roku zawarła traktat z Francją, a obecnie szykuje się do podpisania podobnych porozumień z Niemcami i Wielką Brytanią.

O solidarności, nie tylko europejskiej, ale też transatlantyckiej wiele mówi się podczas trwającego w Davos Światowego Forum Ekonomicznego. Głos w tej sprawie zabrał między innymi prezydent Karol Nawrocki uznając, iż „konieczna jest solidarność w Europie, ale konieczne jest również budowanie dobrych stosunków transatlantyckich”.