Uważam, że innego wyjścia nie było. Celem tej umowy nie jest skrzywdzenie kogokolwiek, tylko wygenerowanie korzyści dla UE, przede wszystkim ekonomicznych. Ma ona również swój polityczny wymiar, bo porozumienie z tak dużym blokiem jak Mercosur na pewno nie osłabi globalnej pozycji Europy, a ma szansę ją poprawić.
Nie przesadzałbym zresztą z tą słabością UE, która w dalszym ciągu jest istotnym graczem na światowym rynku, choćby ze względu na kilkadziesiąt innych porozumień handlowych, które już weszły w życie. Za ich sprawą jesteśmy w stanie zniwelować, przynajmniej częściowo, najbardziej palące deficyty – w przypadku Mercosuru to np. dostęp do nowych rynków zbytu dla trawionego kryzysem europejskiego przemysłu motoryzacyjnego, ale także możliwe ułatwienia w dostępie do obecnych w tym regionie surowców krytycznych. W sytuacji, kiedy dotychczasowe partnerstwa ulegają korektom, by wspomnieć o Stanach Zjednoczonych, a dodatkowy impuls gospodarczy leży właściwie na talerzu, nie czas na wybrzydzanie. Dla UE to właśnie relacje handlowe z państwami trzecimi, w tym szybko rosnącymi krajami rozwijającymi się, będą głównym potencjalnym czynnikiem wzrostu w przyszłości.
Od samego początku nie warto było wierzyć w opowieści o tym, że od razu na drugi dzień po wejściu w życie tej umowy zyski po stronie UE wystrzelą w górę.
Choćby ze względu na nasze ograniczone zasoby – unijne gospodarki nie zaczną nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wytwarzać dwa razy więcej. Poza tym, umówmy się, kraje Mercosuru dzieli od nas ogromna odległość, a w handlu międzynarodowym obowiązuje efekt grawitacji. W skrócie: najintensywniej handlują ze sobą te państwa, którym geograficznie, ale też geopolitycznie, jest do siebie blisko. Nie bez kozery głównymi partnerami handlowymi USA są Meksyk i Kanada, a UE notuje spory obrót handlowy z Turcją. Mało kto jest w stanie wyjść poza ten schemat, no może poza Chinami, ale ich możliwości produkcyjne to trochę inna liga. Efekt grawitacji można oczywiście osłabić obniżeniem barier w handlu i właśnie z tym będziemy mieli do czynienia po podpisaniu umowy UE–Mercosur, przy czym nie zapominajmy, że jej postanowienia wchodzą w życie stopniowo, rozłożone na kilkanaście lat.
W raporcie przygotowanym na zlecenie Parlamentu Europejskiego porównywaliśmy ujawnione przewagi komparatywne poszczególnych państw w ujęciu globalnym. Zarówno UE, jak i Mercosur mogą się pochwalić takimi przewagami na tle reszty świata w obszarze szeroko rozumianej żywności, drewna i produktów z drewna. Natomiast należy tutaj pamiętać, że nie zawsze są to bez pośrednio konkurujące między sobą produkty.
W wielu sektorach ta relacja rzeczywiście ma charakter asymetryczny, przypominając raczej stan rzeczy z XIX w. i handel między bogatą północą Europy a biednym południem kontynentu. Państwa członkowskie UE rzeczywiście będą sprzedawać Mercosurowi produkty sektorów przemysłowych i to tych najbardziej zaawansowanych, a więc samochody, maszyny i urządzenia, metale oraz chemię czy farmaceutyki. Wymienione branże, już teraz będące motorem napędowym europejskiego eksportu, zyskają na umowie najwięcej, a ten zysk będzie znacznie przewyższał ewentualne straty w innych gałęziach europejskiej gospodarki.
To najgłośniej dyskutowany przykład, choć w umowie zapisano mechanizmy ochronne dla rolników i kontyngenty taryfowe dla szczególnie wrażliwych towarów. Odnoszę wrażenie, że ton debacie o Mercosurze narzucili politycy, zwłaszcza ci populistyczni, przez co całkowicie pomijana jest perspektywa konsumentów, a to w istocie główni beneficjenci nie tylko tej, ale wszystkich umów handlowych.
Porozumienia o wolnym handlu zawiera się przede wszystkim po to, żeby klient odwiedzający sklep miał większy wybór i kupował taniej. Ponadto niższe ceny wynikające z eliminacji ceł wpływają motywująco na krajowe sektory produkcyjne, czyniąc je bardziej konkurencyjnymi. I oczywiście, towary pochodzące z krajów trzecich muszą spełnić normy unijne, więc twierdzenia o ich szkodliwości i niskiej jakości są po prostu nieprawdziwe. Szkoda, że nie rozmawiamy o tym, jak handel międzynarodowy i konkurencja prowadzą do wzrostu gospodarczego. Zamiast tego wolimy operować mitami.
Tak, choć to bardziej zniuansowana kwestia. W Polsce nie powstają wyłącznie komponenty wysyłane do fabryk za zachodnią granicą, bo produkujemy również dla koncernów włoskich, francuskich czy japońskich, choć tak naprawdę trudno teraz łączyć markę samochodu z krajem, ponieważ wszystko produkują koncerny międzynarodowe. W ramach tych samych sieci powiązań powstają również gotowe samochody osobowe i dostawcze. Na mniejszą skalę produkowane są w Polsce autobusy, które w przeciwieństwie do osobówek eksportujemy bezpośrednio.
Gdy do tych sektorów dodamy powiązane z nimi branże gumową, metalową czy elektroniczną, okaże się, że mówimy pewnie o jakichś 40 proc. całego polskiego przetwórstwa przemysłowego. Potencjał do wzrostu otwiera się również przed producentami maszyn i urządzeń, dóbr inwestycyjnych oraz przed usługodawcami, choć akurat sektor nowoczesnych usług w państwach Mercosuru zdążył już rozwinąć się do niemałych rozmiarów i południowoamerykański blok jest ich znaczącym eksporterem. ©℗