Czy w debacie o umowie handlowej z Mercosurem narosło wiele mitów?

Zdecydowanie.

Który ma najmniej wspólnego z prawdą?

Ten, że wejście w życie porozumienia doprowadzi do rozregulowania unijnego rynku żywności. Po pierwsze, umowie towarzyszą bezpieczniki mające przeciwdziałać niekontrolowanemu importowi. Po drugie, Mercosur i tak już tu jest, bo do UE każdego dnia trafiają produkty z Ameryki Płd.

Słyszę, że Europa na własne życzenie degraduje swoje bezpieczeństwo żywnościowe. Wiele osób może nie ma świadomości, że gdyby nie państwa zrzeszone w Mercosurze, to wspomniane bezpieczeństwo żywnościowe w niektórych obszarach, jak produkcja zwierzęca, byłoby zagrożone, bo to stamtąd importujemy ogromne ilości śruty sojowej do wytwarzania pasz. Podobne czarne scenariusze snuto przy okazji podpisywania przez UE umowy z Kanadą, która miała nas zalać żywnością modyfikowaną genetycznie. Dziś wiemy, że się nie sprawdziły.

Mercosur wysyła do UE mikroskopijną część rodzimej wołowiny. Bezcłowy kontyngent na drób wynoszący 180 tys. t odpowiada 1,3 proc. całkowitej produkcji UE. Czy te statystyki utrzymają się w kolejnych latach?

Każdy pakt można renegocjować, ale radykalne modyfikacje wprowadza się rzadko. W przypadku Mercosuru kontyngenty z preferencyjnymi taryfami będą stanowić 1–2 proc. unijnej produkcji lub konsumpcji, więc w ujęciu globalnym wielkiego zagrożenia nie dostrzegam. Przytoczę na dowód kilka liczb. Kontyngent z obniżonymi cłami na wołowinę z Ameryki Płd. ma docelowo wynosić 99 tys. t; tylko w 2024 r. jako UE importowaliśmy ok. 200 tys. t. Jeśli chodzi o drób, eliminacja ceł ma dotyczyć 180 tys. t. Dziś UE kupuje w państwach Mercosuru blisko 300 tys. t, czyli 1/3 importu. Pomijam fakt, że i dziś sprowadzamy te dwa rodzaje mięsa w ramach kontyngentów Światowej Organizacji Handlu, z których Argentyna, Brazylia, Paragwaj i Urugwaj korzystają zaledwie w połowie.

Strach rolników nie wziął się chyba z sufitu.

Rolnicy obawiają się przede wszystkim wyparcia polskich produktów z unijnego rynku, na który dostarczamy znaczące wolumeny drobiu i wołowiny. Warto jednak przyjrzeć się strukturze towarowej eksportu. Skupiając się na drobiu, Polska eksportuje w pierwszej kolejności świeże i schłodzone mięso, natomiast Mercosur – zamrożone, solone i wędzone. Podzielam głos organizacji branżowych o możliwych sektorowych zakłóceniach wynikających z tego, że importujemy z Południa głównie szlachetne elementy półtuszy wołowej, jak rostbef czy polędwica.

A przewaga konkurencyjna w postaci niższych kosztów produkcji i mniej restrykcyjnego podejścia do norm środowiskowych czy dobrostanu zwierząt?

UE wykazuje się tu hipokryzją, ponieważ eksportuje do państw Mercosuru pestycydy, których zakazała na własnym terytorium, a później importuje żywność wyprodukowaną przy użyciu tych środków. Co nie zmienia faktu, że towary trafiające do UE z krajów trzecich nie mogą zawierać pozostałości niedozwolonych substancji i muszą spełniać rygorystyczne wymogi. I tak się dzieje, choć służby sanitarne badające żywność na granicach powinny zostać wzmocnione finansowo i personalnie.

Którym gałęziom rolnictwa umowa może dać szansę na rozwój?

Przede wszystkim producentom żywności wysoko przetworzonej, na którą w bogacących się społeczeństwach Mercosuru popyt będzie rósł. Mam na myśli np. wyroby czekoladowe i mleczarskie. Do umowy wpisano 350 europejskich produktów z oznaczeniami geograficznymi, wśród których znalazły się dwie polskie wódki.

A co z Europą? Będzie taniej?

Na unijnym, w tym polskim rynku jest miejsce dla żywności zróżnicowanej cenowo, pochodzącej z różnych stron świata i o różnej jakości, oczywiście w granicach prawa i rozsądku. Konsumenci nie są jednolici pod kątem dochodów. Dla części z nich najistotniejszy będzie portfel, inni przedłożą jakość nad cenę. Z Mercosuru importujemy m.in. półprodukty wykorzystywane w przetwórstwie, więc perspektywa tańszej żywności jest realna.

W IERGŻ–PIB stoimy na stanowisku, że polscy producenci powinni odchodzić od konkurowania na rynkach zagranicznych wyłącznie ceną. Takie podejście było źródłem sukcesu sektora, jednak ten zasób powoli się wyczerpuje. Niższa cena przestaje być siłą napędową polskiego eksportu. Pora postawić na model promujący jakość, przede wszystkim w sektorze produktów wysoko przetworzonych, i zacząć budować rozpoznawalne na świecie polskie marki.

Dr hab. Łukasz Ambroziak – profesor w Instytucie Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej Państwowym Instytucie Badawczym (Zakład Ekonomiki Agrobiznesu i Biogospodarki).

Rozmawiał Michał Litorowicz