Mamy zatem grę. Tylko czasy mamy takie trochę niezwykłe. A politycy jak gdyby nigdy nic znów odbędą powyborcze podchody o resorty, o zaspokojenie ambicji własnych i swojego zaplecza. I oczywiście o dziesiątki miejsc pracy dla swoich. Przypomnę jednak tylko, że niedzielne wybory były pierwszymi polskimi wyborami w czasach kryzysu. Od ostatnich nieco się zmieniło i być może tradycyjne polityczne rytuały nie są odpowiedzią na wyzwania, jakie w międzyczasie pojawiły się przed Polską.

Nie chodzi mi nawet o drugą odsłonę kryzysu stukającego do naszego kraju. Spowolnienie gospodarki nas czeka, pytanie, w jakim stopniu, ale też rządzący musieliby popełnić jakiś kardynalny błąd, żeby doprowadzić do katastrofy. W tym rozdaniu politycznym jest to raczej niemożliwe, docenił to zresztą złoty, który wczoraj się umocnił, zaprzeczając tezie, że wynik wyborów jest wliczony w jego cenę. Rynek nie był niczego pewien.

Ale polityczna gra dotyczy spraw z pozoru spoza pierwszego planu, które jednak będą miały kolosalne znaczenie dla polskiej gospodarki. W kompetencjach którego resortu znajdzie się taki sektor jak energetyka, w znacznej mierze własność Skarbu Państwa? Kto nim będzie zarządzał? Kto będzie decydował o mechanizmach prawnych związanych z wydobyciem gazu łupkowego? Czym będzie ministerstwo cyfryzacji, bo na razie pewne jest tylko to, że przez pierwszych kilkanaście miesięcy będzie się zajmowało organizowaniem się, czyli samym sobą? Na ile kompetentny będzie przyszły minister pracy, by skutecznie ograniczyć wzbierającą – oby nie – falę bezrobocia?

Jakoś tak się złożyło, że w Polsce nawet nie warto pytać o kompetencje polityków, a określenie rząd fachowców budzi uśmiech politowania. Tylko że to pytanie w sposób brutalny może przywołać sama komplikująca się rzeczywistość.