9 maja 2014 r., w dniu parady wojskowej w Moskwie, resztki ukraińskich sił rządowych ewakuowały się z Mariupola. Do liczącego 430 tys. mieszkańców miasta weszli wspierani przez Kreml separatyści z budowanej właśnie Donieckiej Republiki Ludowej. Na ulicach, niedaleko spalonej siedziby policji, powstały prowizoryczne barykady sugerujące, że inicjatywa ma charakter ludowo-rewolucyjny. W ten sposób wiosną 2014 r. próbowano budować symetrię pomiędzy tym, co wydarzyło się zimą na Majdanie w Kijowie podczas rewolucji godności, a ruchami separatystycznymi na wschodzie oraz południu. Kreml nazwał to Rosyjską Wiosną. Tworzono mity założycielskie nowych parapaństw.

Sojusz z oligarchą

Reklama
Rajd na miasto, w którym – jak relacjonowali reporterzy BBC i „New York Timesa” – wzięli udział również liczni autentycznie prorosyjsko nastawieni mieszkańcy, nie trwał jednak długo. Już 15 maja barykady usunęli pracownicy górniczo-hutniczego Metinvestu, koncernu należącego do oligarchy Rinata Achmetowa związanego z Donieckiem, a w przeszłości współpracującego z obalonym prezydentem Wiktorem Janukowyczem. Miliarder był jeszcze wówczas „piwotalnym członkiem” – jak o lawirantach mówił Marek Belka – a to orientował się na władze w Kijowie, a to paktował z separatystami. Niezależnie od tego, w interesie Achmetowa była ochrona należącego do niego wielkiego kombinatu metalurgicznego Azowstal. Tego samego, który w ostatnich tygodniach stał się niemal ikoną popkultury.
Właśnie z powodu huty pojawił się nagle czyn społeczny aktywu robotniczego Mariupola, który – mimo że rosyjskojęzyczny i niekoniecznie wierzący w Ukrainę – przechylił szalę na korzyść Kijowa. Separatystów wyparto poza centrum, do którego wróciła z kolei upokorzona kilka dni wcześniej ukraińska policja. W połowie czerwca doczyszczaniem miasta zajęło się wierne władzom ukraińskim wojsko. W walkach brał udział – wówczas jeszcze ochotniczy i poza strukturami państwa – batalion Azow. Nie stanowił on jednak siły kluczowej. Najważniejsze były regularne oddziały: 72. Brygada Zmechanizowana, 20. Samodzielny Batalion Piechoty Zmotoryzowanej „Dniepropetrowsk”, specjalny oddział MSW Omeha, Służba Bezpieczeństwa Ukrainy czy pogranicznicy. Zapamiętano jednak tylko Azow.

Reklama
Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do początków Rosyjskiej Wiosny. Do zajść między separatystami a siłami prorządowymi dochodziło w zasadzie od marca 2014 r. Kulminacją był przełom maja i czerwca. Wtedy dochodziło do – jak to pisała Anna Neistat z Human Rights Watch – stosowania przez oddziały prorządowe „nadmiernej siły” wobec ludności Mariupola wspierającej prorosyjski separatyzm. Władze w Kijowie stały wówczas przed wyborem: albo radykalne środki, albo utrata strategicznie położonego miasta. Wybrano pierwszy wariant.
13 czerwca miasto było całkowicie wolne od separatystów. Wówczas ustanowiono Dzień Wyzwolenia Mariupola, prywatne święto batalionu Azow. Na dobre zaczęła się rozkręcać legenda tej formacji, która regularnie – co roku tego dnia – organizowała paradę na cześć swoich rzeczywistych i domniemanych wysiłków wojennych. Mimo tego, że azowcy nie byli ani jedynym, ani głównym czynnikiem, który zdecydował o utrzymaniu Mariupola w pierwszej wojnie z Rosją i separatystami, udało im się przejąć legendę. W 2015 r. zbudowano tu pomnik ku czci Jednostki 3057, jak oficjalnie określano Azow. Kręcono o nich filmy dokumentalne. Nikt nie miał złudzeń, że od samego początku – poza wartością bojową, której nikt nie kwestionował – był to doskonale pomyślany projekt PR. Medialnie dopracowany nawet bardziej niż wojskowo.

Chłopak z Metalista

To m.in. z powodu tych naturalnych zdolności do kreowania wizerunku niemal całkowicie udało się odwrócić heilująca legendę pułku. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że formację założoną przez urodzonego w 1979 r. kibica Metalista Charków oraz entuzjastę boksu Andrija Biłeckiego – zwanego Białym Wodzem – nagle zaczęto kojarzyć z Mariupolem i Przyazowiem, regionem, który z Charkowem ma tyle wspólnego, co Łomża z Wrocławiem.
Biłecki od początku nie był zwykłym kibolem. Pochodził z dobrej rodziny z kozackimi tradycjami. Urodzona w Żytomierzu matka – Ołena z domu Łukaszewicz – miała wśród przodków dekabrystów. „Biały Wódz” swoją pracę magisterską poświęcił Ukraińskiej Powstańczej Armii, a pierwsze lata młodości na działanie w ruchu Ukraina bez Kuczmy, z którego wyrosła Pomarańczowa Rewolucja 2004 r. W okresie Majdanu 2013–2014 razem z przyjaciółmi z prawicowego Tryzuba współtworzył Prawy Sektor (PS). Po zwycięstwie rewolucji godności i wybuchu separatyzmu PS powierzył mu odpowiedzialność za Połtawę, Charków, Donieck i Ługańsk. „Biały Wódz” powołał jednak batalion Azow w portowym Berdiańsku nad Morzem Azowskim 5 maja 2014 r., czyli na cztery dni przed zajęciem centrum Mariupola przez separatystów. Kilka tygodni wcześniej – ze względu na umundurowanie i skryte porwania oraz zabójstwa separatystów – ludzi Biłeckiego ochrzczono mianem „czarnych ludzików”. Oczywiste nawiązanie do rosyjskich zielonych ludzików, którzy zajęli Krym dwa miesiące wcześniej, było sugestią, że oto rodzi się siła, która będzie odpowiedzią na rebelię i aneksje.
Ochotniczą formację – wspieraną przez wykształconego w Charkowie, lecz urodzonego w azerskim Baku szefa MSW Arsena Awakowa – zasilali prawacy z organizacji takich jak Patriot Ukrainy czy stadionowi chuligani. I wielu – co tu kryć – nie ukrywało ciągot do heilowania. Kuratorem ruchu był zupełnie bezideowy Awakow, który do prawicowych organizacji paramilitarnych próbował później dobudowywać skrzydła polityczne i w ten sposób funkcjonować na ukraińskiej scenie politycznej. Projekt przyjął się jednak słabo – o ile Biłeckiemu jesienią 2014 r. udało się zdobyć mandat parlamentarny, o tyle powołany w 2016 r. Korpus Narodowy – przybudówka polityczna Azowa – w wyborach do Rady Najwyższej w 2019 r. zdobył oszałamiające 2 proc. głosów. W tamtym czasie problemem jednak były nieformalne wpływy osób takich jak Biłecki. Mniej więcej do 2019/2020 r. pułk Azow (od września 2014 r. już nie ochotniczy, lecz w strukturach MSW) był punktem odniesienia dla skrajnie prawicowych organizacji na Ukrainie. Jak pisaliśmy w DGP w listopadzie 2019 r., sympatyzowały z nim takie organizacje jak Freicorp, S14 czy działająca w Użhorodzie Karpacka Sicz. Oprócz struktury wojskowej podporządkowanej MSW i politycznej (Korpus Narodowy), pułk Azow miał swoje miejskie milicje – Drużyny Narodowe. Te z kolei utrzymywały kontakty z włoską faszyzującą CasaPound, węgierskim Jobbikiem czy niemiecką AfD.
Gdy szefem MSW był Awakow, ruch – mimo że w sondażach nie przekroczył 2 proc. – oplatał struktury państwowe: ministerstwa, policję i wojsko. Jesienią 2019 r. zasiadający w amerykańskiej Izbie Reprezentantów Demokrata Max Rose zażądał, by ruch azowski wciągnąć na listę organizacji terrorystycznych razem ze szwedzkim Nordyckim Ruchem Oporu i zdelegalizowaną w Wielkiej Brytanii Akcją Narodową. W tym samym czasie ówczesny p.o. szef Departamentu Bezpieczeństwa Wewnętrznego USA Kevin McAleenan, odpowiednik ukraińskiego ministra spraw wewnętrznych, któremu podlega pułk, poinformował Kijów o niepokojących związkach Azowa z amerykańskimi białymi suprematystami. Z kolei Departament Stanu zasugerował wyłączenie Korpusu Narodowego i S14 z listy podmiotów, które mogą otrzymywać pomoc USA. Na cenzurowanym znalazła się niejaka Ołena Semeniaka, odpowiedzialna w Korpusie za kontakty międzynarodowe, czyli taki nieformalny szef MSZ Korpusu. Do dziś w sieci są jej zdjęcia z uniesioną ręką oznaczającą zamówienie pięciu piw. Semeniaka zasłynęła m.in. z doskonałych kontaktów z CasaPound, której z kolei zarzuca się przyjmowanie pieniędzy od ludzi związanych z Kremlem. Działaczka bywała również w Warszawie na organizowanych przez Sejm konferencjach o przyszłości Trójmorza.

Ugrzecznianie

Akcja Rose’a to już okres prezydentury w Ukrainie – wybranego w maju 2019 r. – Wołodymyra Zełenskiego. W obronę Azowa zaangażowali się wówczas deputowani z jego Sługi Narodu, którzy przypominali Amerykaninowi, że pułk jest w strukturach MSW szkolonych przez siły zbrojne USA (już wtedy Amerykanie uczyli azowców m.in. obsługi przeciwpancernych Javelinów), które chyba mają rozeznanie, z kim współpracują, i raczej wiedzą, że to nie organizacja pokroju libańskiego Hezbollahu. Z jednej strony byliśmy świadkami afery w mediach społecznościowych w obronie Azowa, z drugiej strony Ukraińcy, pod naciskiem USA i – jak przekonują rozmówcy DGP – „dyplomatów kilku zachodnich państw w Kijowie” – po cichu zaczęli czyścić pułk z osób o poglądach skrajnych i odcinać się od przystawek w stylu Korpusu czy Drużyn Narodowych. Z kolei Amerykanie – po zamieszaniu wywołanym przez Rose’a – dyskretnie dawali do zrozumienia, że pułk i idee wokół niego wymagają „ugrzecznienia”. Działo się to na każdym poziomie: kadr, kontaktów w rządzie i symboliki. Bez echa przeszła rezygnacja z ostentacyjnego eksponowania emblematu pułku, nawiązującego do Wolfsangel wilczego haka (używało go również SS) i przejście na tryzub. W praktyce na mundurach żołnierzy Azowa są przede wszystkim oficjalne symbole państwa ukraińskiego. Nawet na poziomie mitologizowanych przez rosyjską propagandę tatuaży dziś nie sposób znaleźć wojskowych z wzorami nawiązującymi do ideologii totalitarnych. Żołnierze mają dziary, ale też pokroju tryzuba.
W marcu 2022 r., tuż po ataku rosyjskim rozmawiałem w Kijowie z wysokim rangą oficerem pułku Azow. Dopytywany o relacje z organizacjami skrajnie prawicowymi, zapewniał, że nie istnieją takie powiązania i nie znajdę na nie dowodu. – Pułk jest profesjonalną formacją w strukturach państwa ukraińskiego. Nie ma w nim tematu antysemityzmu, rasizmu czy białego suprematyzmu. Te tezy są wygodne dla rosyjskiej propagandy, ale nieprawdziwe – mówił Ołeksandr, który ma stopień pułkownika. Jak dodawał, twórcy kremlowskich narracji zapominają, że na zapleczu rosyjskich sił zbrojnych działa cała liga prywatnych armii, w których dowódcami są jawni neonaziści łączący w umiejętny sposób fascynację III Rzeszą i wielką wojną ojczyźnianą. Skrajnym przykładem wykorzystania takich ludzi jest Dmitrij Utkin vel Wagner, dowódca Prywatnej Firmy Wojskowej Grupa Wagnera. Utkin to były pułkownik Specnazu, wywiadu wojskowego GRU. Oprócz fascynacji Hitlerem jest wytatuowany w symbole SS, a w Syrii paradował w mundurze Afrika Korps. W wykorzystywanej na Donbasie po 2014 r. grupie ENOT działał z kolei prominentny lider neonazistowskiej międzynarodówki Aleksiej Miłczakow ps. Serb albo Fryc, który podczas „pracy” w Ukrainie zasłynął z nagrania, na którym widać, jak zabija szczeniaka, a następnie przygotowuje z niego szaszłyk.

Dojrzewanie

Zanim jednak zaczęto „ugrzeczniać” Azow, pułk stoczył formacyjne bitwy o Mariupol. Żołnierze – poza legendą medialną – rzeczywiście byli nieźle wyszkoleni i zdeterminowani. Wtopili się też w miasto. Zyskali jego uznanie i szacunek. Poznali jego topografię i wszystkie możliwe do wykorzystania w wojnie podjazdowej zakamarki. Zbudowali też dobre relacje z miejscową ludnością, która już późnym latem 2014 r. z własnej woli brała udział w szkoleniach organizowanych przez żołnierzy pułku.
Pod koniec sierpnia 2014 r. Ukraińcy stracili na rzecz separatystów miasto Nowoazowsk położone ok. 45 km w linii prostej od Mariupola. Już wtedy Azow uczył się walki z czołgami przeciwnika, które dotarły na przedmieścia Mariupola, i przyzwyczajał się do ostrzałów z moździerzy i rosyjskich Gradów. Jednak – podobnie jak w maju 2014 r. – to nie Azow zdecydował wówczas o losach obrony miasta, lecz regularne jednostki zmechanizowane, artyleryjskie i pogranicznicy. Pułk miał spektakularne rajdy na pozycje wroga, zbierał wartościowe dane wywiadowcze. Jednak to nie on przechylił szalę zwycięstwa.
Trzecia ofensywa na Mariupol zaczęła się 24 stycznia 2015 r. Miasto zbombardowały wówczas regularne jednostki rosyjskie. Użyto pocisków Grad i Uragan. Tych samych, które dziś sieją spustoszenie na osiedlach cywilnych w ukraińskich miastach. Zginęło co najmniej 30 mieszkańców.
Wówczas – podobnie jak teraz – Mariupol był postrzegany jako ważny hub komunikacyjny, konieczny do wyrąbania korytarza lądowego łączącego Doniecką Republikę Ludową i Rosję z Krymem. W styczniu 2015 r. drugim takim hubem – kolejowym – było Debalcewo, które wpadło w ręce sił prokremlowskich 18 lutego 2015 r. Mariupol udało się obronić, a Azow wsławił się udziałem w ofensywie na rzecz odepchnięcia Rosjan i separatystów w kierunku Nowoazowska. Walki, z różnym natężeniem, trwały do kwietnia. Notowania pułku rosły. Formacja niemal zrastała się z lokalną tożsamością Przyazowia, która możliwe, że była nawet silniejsza niż sentyment proukraiński czy prorosyjski.

Oblężenie

Efektem tych historii i doświadczeń była długotrwała obrona miasta i należącego do Achmetowa kombinatu metalurgicznego po 24 lutego 2022 r. Bez poparcia ludności i bez znajomości sekretów Mariupola nawet najlepiej wyszkolona formacja uległaby pod presją przeważających sił rosyjskich, które traktowały szturm bardziej prestiżowo niż zdobycie Kijowa.
Dowódcą był już wówczas ppłk. Denys Prokopenko vel Redis. Poza tym, że jest fanem futbolu (Dynama Kijów, nie Metalista) z ludźmi takimi jak Biłecki nie łączy go niemal nic. Jego rodzina pochodzi z fińskiej Karelii, a dziadek walczył w wojnie zimowej ze Związkiem Sowieckim w latach 1939–1940. – Wydaje się, jakbym kontynuował tę samą walkę – opowiadał w rozmowie z dziennikarzami Prokopenko. I rzeczywiście, w 2016 r. pozował do zdjęć w mundurze polowym z wyeksponowanym na prawym ramieniu krzyżem istniejącej od 1920 r. do 1922 r. i zlikwidowanej przez Sowietów Republiki Wschodniej Karelii (Uhtua).
Ten absolwent filologii germańskiej na kijowskim Narodowym Uniwersytecie Lingwistycznym miał pewną przewagę nad swoimi kolegami. Był bardziej krytyczny wobec swojej formacji i nie „woził” się tak jak jego kompani. Od 2014 r. walczył na Donbasie, od 2017 r. dowodził kompanią w batalionie Azow, a rok wcześniej mówił w jednym z wywiadów: – Musimy budować nową armię. Straciliśmy wielu doświadczonych przyjaciół, ale jakość naszej formacji wzrosła.
Jak przekonywał, z biegającej z karabinem grupy zaczęli przekształcać się w jednostkę zdolną do współdziałania z wojskami zmechanizowanymi czy artyleryjskimi.
Podczas obrony Mariupola w 2022 r. Prokopenko – nawiązując do najlepszych tradycji pułku – nagrywał virale, które szybko podbijały sieć. 7 marca wezwał do zamknięcia nieba nad Ukrainą. Teza stała się szybko jednym z głównym tematów na forach międzynarodowych w kolejnych tygodniach. Z kolei 12 kwietnia oskarżył Rosjan o zrzucenie z drona bomby z nieznaną substancją chemiczną, co postawiło na nogi cały świat zaniepokojony wprowadzeniem do wojny broni masowego rażenia. Niczym wytrwały spin doktor albo sprawny publicysta wrzucał do debaty tezy, które na długo bulwersowały i angażowały publiczność. Nadawał ton tej debacie. Utrzymywał uwagę wokół miasta. Oprócz brawurowej walki stwarzał rzeczywistość polityczną. Zdjęcia rannych żołnierzy pozujących w schronach kombinatu Azowstal – poza tym, że realnie przejmujące – były PR-owym majstersztykiem. Znów uwagę skupiono jedynie na pułku. Mimo że kombinatu bronili również żołnierze 36. Brygady Piechoty Morskiej, było jasne, że bohaterami są gwardziści z pułku Azow. Kto dziś kojarzy nazwisko pułkownika Wołodymyra Baraniuka, dowódcy 36. brygady?
Czwarta wojna o Mariupol dla Prokopenki skończyła się 20 maja. Tego dnia opublikował w mediach społecznościowych nagranie, w którym opowiedział o poddaniu Azowstalu. – Najwyższe dowództwo wydało rozkaz ochrony życia żołnierzy naszego garnizonu i zaprzestania obrony miasta – powiedział. Wcześniej rosyjska Duma uznała pułk Azow za organizację terrorystyczną, czyli zrobiła to, czego chciał były deputowany Izby Reprezentantów USA z ramienia Demokratów Max Rose. Historia zatoczyła koło. To, co zapoczątkowało „ugrzecznianie” pułku, w wariancie rosyjskim może stać się jego przekleństwem. Jeśli Prokopenko i jego ludzie zostaną uznani za terrorystów, a nie jeńców wojennych, ich los może być tragiczny. Analitycy spodziewają się jednak spektakularnego procesu pokazowego azowców i wymiany ich na pojmanych Rosjan. Taki scenariusz byłby dla obrońców Mariupola optymalny.